3 listopada 2018

Książka jest gorsza niż film, cz. II

Przyjęło się twierdzić, że książki są lepsze niż filmy nakręcone na ich podstawie. Przed tygodniem zamieściłem wpis, otwierający serię postów, w których przedstawię filmy, które są lepsze niż literackie pierwowzory. Albo przynajmniej tak samo dobre. Według mnie oczywiście. 

W poprzednim wpisie wyjaśniłem różnicę pomiędzy adaptacją i ekranizacją. Obiecywałem, że będę omawiał reprezentatywne przykłady, ale jako że sam sobie jestem selekcjonerem – reprezentację dobieram osobiście. I możecie się ze mną kłócić na śmierć i życie. Udowodnię, że jest sporo takich filmów. Jeśli macie swoje typy, wpisujecie w komentarzach. Wieczory mamy długie, więc możliwe, że obejrzę, a potem przeczytam. 


Lektor (The Reader – 2008 r.). Film powstał na podstawie powieści Bernharda Schlinka z 1995 r. o tym samym tytule. Lektura szkolna w niemieckich szkołach. Wyreżyserował go Stephen Daldry, a w role główne wcielili się Ralph Fiennes i… No właśnie. W rolę Hanny Schmitz początkowo miała się wcielić Nicole Kidman lub Marion Cotillard. Pod uwagę były brane również: Juliette Binoche, Naomi Watts i Angelina Jolie. Ostatecznie zagrała Kate Winslet i to jej przypadł Oskar dla żeńskiej roli pierwszoplanowej, mimo że wcześniej odmówiła reżyserowi. 

„Uciec nie znaczy tylko skądś odejść, lecz również dokądś dotrzeć”



Oprócz Oskara film dostał jeszcze 5 innych nagród (w tym Złoty Glob) i 19 nominacji. A to mówi samo za siebie. Film do połowy mnie interesował. Potem opadła mi szczęka. Żadna inna fabuła filmowa nie zaskoczyła mnie tak bardzo.  Obraz niesamowity, a książka… Jedna z tych, które uderzają z pięścią w twarz i krzyczą: myślisz, że Twoje życie jest prze***ane? A gó**o prawda! Ocena 7,8 na Filmweb, książka 7,18 na LubimyCzytac. Nie oglądaliście, nie czytaliście? Nie czytajcie recenzji i nie oglądajcie trailerów!  Zepsujecie sobie zabawę. Chociaż... to złe słowo. Tak czy inaczej polecam. 

Lolita (Lolita – 1997 r.).  Ciekawe, że ten film nie zdobył żadnej nagrody. Ciekawe, że będzie budził zgoła odmienne reakcje niż poprzedni, a wiele ich łączy. Tak czy inaczej, obraz ze Jeremym Ironsem, Dominique Swain i Melanie Griffith to genialna adaptacja powieści Vladimira Nabokova z 1955 roku o tym samym tytule.  Nie mniej genialnej zresztą, szczególnie jeśli chodzi o język. Jej fabuła jest tak bogata, wielowątkowa, pełna zagadek, gier słownych i odniesień do innych dzieł, że film może być tylko jej żałosnym wycinkiem. A jednak jest inaczej. Adrian Lyne z wyciętego fragmentu uczynił dzieło wielkie, kunsztownie nagrane. 

„Lolito, światło mego życia, płomieniu mych lędźwi”

Wystarczy wspomnieć, że tytułową rolę odrzuciła Natalie Portman, a twórcy aktorkę wybrali wśród 2,5 tysiąca kandydatek. Jasne, że tytułowa Lo w filmie i tak jest podstarzała a w głosach krytyki słychać, że obraz jest apoteozą pedofilii. Nie wiem, nimfetki mnie nie interesują, ale wiem, że obejrzałem genialną i bolesną historię, która zapiera dech w piersiach. Podobnie jak książka, której język powala na kolana. Ocena 7,4 na Filmweb, książka 7,29 na LubimyCzytac.   

Angielski pacjent (The English Patient – 1996 r.). Adaptacja powieści z 1992 roku Michaela Ondaatje (ten sam tytuł), za którą kanadyjski pisarz otrzymał Nagrodę Bookera. Film powstawał w bólach. Pierwsza wytwórnia (20th Century Fox) wycofała się z projektu z powodu nieporozumień z producentem w kwestii obsady. Kością niezgody była m.in. rola Katharine Clifton. Tu widziano Demi Moore lub ewentualnie Mirandę Richardson czy Sharon Stone. Do obsady przewidywano również takie nazwiska jak: Sean Connery, John Goodman, Richard Dreyfuss lub Danny DeVito (Caravaggio) i Daniel Day-Lewis (Almasy). Ostatecznie do roli Katharine Clifton zaangażowano Kristin Scott Thomas po tym, jak napisała w liście do reżysera, że „To ja jestem Katharine w twoim filmie”. 

„Wszyscy, których pokocham, giną. Ty chcesz być kolejny?”


Film dostał 9 Oskarów, dwa Złote Globy, 13 innych nagród i aż 33 nominacje! Obraz Minghella zwraca uwagę. Począwszy od przepięknych zdjęć, po świetną grę utytułowanych aktorów. Nie bez znaczenia jest również rozmach i świetna muzyka. Film jest lepszy od książki lub inaczej… Książka jest równie dobra, lecz czytanie jej jest trudniejsze po stokroć od oglądania. To powieść specyficzna. Nie można jej czytać pośpieszne, raptownie, trzeba myśleć. Ocena 7,4 na Filmweb, książka 6 na LubimyCzytac.   

Skazani na Shawshank (The Shawshank Redemption – 1994 r.). Bardzo możliwe, że to najlepszy film wszechczasów. Tym bardziej interesujące, że w kinach nie odniósł sukcesu. Ciekawe również, że pomimo 7 nominacji do Oskara i 9 do innych nagród nagrodzono tylko zdjęcia. Dopiero po ukazaniu się filmu na kasetach i płytach produkcja zdobyła popularność. I to ogromną! Od lat na „Skazani Shawshank” zajmuje 1. miejsce w przeróżnych rankingach, filmowych bazach danych i portalach dla kinomaniaków oraz bardziej lub mniej prestiżowych rankingach i plebiscytach. 

„Nadzieja to dobra rzecz, może najlepsza ze wszystkich”

Tymczasem film jest tylko dość luźną adaptacją i to nawet nie powieści, ale zaledwie opowiadania Stephena Kinga z roku 1982 (opublikowanego w zbiorze pt. „Cztery Pory Roku”). Między dziełami jest też sporo różnic. U Kinga jeden z bohaterów jest rudym Irlandczykiem, a w filmie gra go Morgan Freeman. O tym aktorze można powiedzieć wiele, ale na pewno nie wygląda na rudowłosego Irlandczyka. W filmie niektóre wątki zostały rozbudowane. Film Franka Darabonta jest nie mniej genialny, niż literacki pierwowzór, a może nawet jest lepszy. Ocena aż 8,8 na Filmweb, książka 7,5 na LubimyCzytac.   

Miłość w czasach zarazy (Love in the Time of Cholera – 2007 r.). Właściwie ten film nie powinien się tutaj znaleźć. Analizując oceny: zaledwie 6,3 na Filmweb i 7,33 na LubimyCzytac można odnieść wrażenie, że to książka, na podstawie której nakręcono film, jest zdecydowanie lepsza. Dlaczego zatem umieściłem go w tym czcigodnym zestawieniu? Ponieważ reżyser postąpił wbrew pisarzowi. O ile Márquez stworzył utwór w konwencji kiczowatego romansu, cichcem naśmiewając się z tego gatunku, co uczyniło dzieło wielkim, to…

„To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę, kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie”

… reżyser (Mike Newell) spłycił historię Florentono Arizy, Ferminy Dazy i doktora Juvenala Urbino do poziomu niemal tandetnej komedii romantycznej. Tym samym  pozwolił odbiorcy śmiać się głośno z czegoś tak osobliwego, jak wspomniany wcześniej gatunek. Nawet, jeśli jesteśmy jego fanami. A tak już na poważnie, to film jest piękny, ciekawy, kolorowy i najzwyczajniej dobry. Warto go obejrzeć, choćby po to, aby zrozumieć, że to popłuczyny dzieła Márqueza. I nawet śmieszy mnie, że w filmie słyszałem „damned” zamiast osobliwej interpunkcji autora, jak wyżej, a na ekranie przeczytałem „psiakrew”.  

Milczenie owiec  (Silence of the Lambs – 1991 r.). Tego tytułu nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć. Dzieło Jonathana Demme'a to majstersztyk. Przeniesienie powieści Thomasa Harrisa z 1988 roku na ekran to przecież nie lada wyzwanie. Wszak przecież to jeden z najwybitniejszych thrillerów psychologicznych XX wieku. Film jest przykładem, że można zekranizować książkę w ponadprzeciętnie dobry sposób, a przy tym dość wiernie. Kto czytał powieść, a potem widział Haniballa Lectera wie, o czym mówię.  

...musisz nauczyć się oszukiwać zło. Czasami tylko w ten sposób można osiągnąć coś dobrego...



Gra Hopkinsa i Jodie Foster jest tym, co teraz zastępuje się wybuchami, efektami komputerowymi i wszystkim, co nie ma nic wspólnego z prawdziwym aktorstwem. Aby uczynić graną postać autentyczną, Hopkins studiował nagrania głosów morderców. Wypowiadając swoje kwestie przed kamerą, nie mrugał. I m.in. dlatego rola niebywale inteligentnego lekarza-mordercy jest bardzo wiarygodna. Zresztą agentka FBI Clarice Starling tak samo, dzięki czemu powstał najbardziej przerażający film wszech czasów (według plebiscytu magazynu Giant). Jestem pewien, że gdyby nie genialna gra tych aktorów, film nie obniósłby takiego sukcesu.  Ocena 8,2 na Filmweb i 7,94 na LubimyCzytac.   

Pachnidło (Perfume: The Story of a Murderer 2006 r.). Zacznę od tego, że wersja kinowa historii o genialnym mordercy mocno odbiega od literackiego pierwowzoru z powieści Patricka Süskinda i co z tego. Zamiast ekranizacji otrzymujemy dzieło, które poraża rozmachem. Kinowe „Pachnidło” nie jest zwykłym widowiskiem. Oglądając film, przeżywamy coś niecodziennego. Widzimy to, co książka pozwala nam poczuć od pierwszej strony: zapachy. 

„W epoce, o której mowa, miasta wypełniał wprost niewyobrażalny dla nas, ludzi nowoczesnych, smród. Ulice śmierdziały łajnem, podwórza śmierdziały uryną, klatki schodowe śmierdziały przegniłym drewnem i odchodami szczurów, kuchnie - skisłą kapustą i baranim łojem; w nie wietrzonych izbach śmierdziało zastarzałym kurzem, w sypialniach - nieświeżymi prześcieradłami, zawilgłymi pierzynami i ostrym, słodkawym odorem nocników”


Co ciekawe, po przeczytaniu książki, obraz w wielu przypadkach jest jeszcze bardziej genialny. Możemy wychwycić to, co widać na zdjęciach, ale czego bez lektury lub za pierwszym razem nie dostrzegaliśmy i nie rozumieliśmy. W tym wypadku obraz i książka się w unikalny sposób uzupełniają. A podmiot tej niezwyklej historii? Aż ciarki przechodzą po plecach. Fakt, geniusz, ale przerażający. Niedocenione 7,4 na Filmweb i również niedocenione 6,99 LubimyCzytać. Moim bardzo skromnym zdaniem. 


Pornografia (2003 r.). O ile Gombrowicz w 1958 roku napisał powieść ocierającą się o perwersję, bluźnierstwo i okrutną, to ze smakowitymi odniesieniami do filozofii Nietzschego. Na pewno jest ona wspaniała. Z pewnością warto ją przeczytać dla tajemnicy, intrygi, szalonego pomysłu i choćby jej drugiego zdania:

„Wówczas, a było to w 1943-im, przebywałem w byłej Polsce i w byłej Warszawie, na samym dnie faktu dokonanego”

Jan Jakub Kolski przenosząc to dzieło na ekran, wykazał się sporą odwagą, również dlatego, że sprzeniewierzył się literackiemu pierwowzorowi. I dobrze. Ogromnym atutem „Pornografii” na pewno są cudowne zdjęcia. Film dla wielu może być nudny, można go nie zrozumieć, ale obserwując, jak pracuje przysłona, zoom albo ostrość kamery trzeba przyznać, że obraz jest wspaniale subtelny, a przy tym wymowny.

Również gra Ferencego, Majchrzaka czy też Frycza to najwyższy poziom sztuki aktorskiej. Całość dopełnia fantastyczna muzyka. Przyznaję, to nie jest film dla każdego, tak jak Gombrowicz nie każdego zachwyca. Tu nic nie jest oczywiste, nic nie mówi się wprost. A jednak zaserwowane nam przez reżysera danie jest bardzo smaczne.  Tak samo, jak książka.  Według mnie zdecydowanie niedocenione 7 na Filmweb i uczciwe 7,42 LubimyCzytac. Szkoda, że ten  polski kandydat do Oscara, go jednak nie dostał.

Osiem zupełnie różnych filmów, osiem dzieł literackich. Doskonałe dzieła, zarówno literackie, jak i filmowe – z zastrzeżeniem, że filmowe lepsze, oczywiście według mojego skromnego zdania.  Tak, na ostateczny efekt składają się różne czynniki: zdjęcia, gra aktorska, montaż czy interpretacja pierwowzoru, ale według mnie w tych wypadkach wygrywa film.

W następnym odcinku m.in. „Wywiad z wampirem”, „Requiem dla snu” „Przerwana lekcja muzyki”, „Czerwony Październik”, „Wichrowe wzgórza” i pewnie coś jeszcze. Zapraszam. 
--
Fotografia pierwsza od góry: Kadr z filmu "The Reader". Fotografia trzecia od góry. kadr z filmu "The Silence of the Lambs". 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze wulgarne, hejt oraz spam będą usunięte.

Książka jest gorsza niż film, cz. III

W poprzednich dwóch wpisach , z pomocą przykładów starałem się udowodnić, że wyprodukowano filmy, które powstały na kanwie dzieł literackic...