Piosenki między kartkami

Bywa, że niektóre filmy zapadają nam w pamięć bardziej za sprawą muzyki, niż fabuły czy gry aktorskiej. Jeszcze częściej na doskonałe dzieło filmowe składa się świetny scenariusz i genialny soundtrack. A jak jest w książkach? [Uwaga, w treści jest więcej linków do YT, niż rodzynków w serniku z Tesco – autor lojalnie ostrzega].

Pamiętacie wolną, ciągnącą się niczym długie godziny rejsu muzykę, a potem wraz z przyśpieszonym rytmem smyczków szaleńczy pęd U-96 po powierzchni wzburzonego morza w filmie Petersena „Okręt” z 1981 roku? Ciekawe, czy odczulibyśmy klaustrofobiczną atmosferę bez genialnej muzyki Klausa Doldingera z przerażającym dźwiękiem sonaru w tle? 

Morricone w spaghetti westernach („Dobry, Zły i Brzydki”, „Za garść dolarów”) serwuje nam obraz suchy, gorący aż czujemy piach i kurz pod kopytami naszego wierzchowca, a pot spływa nam po plecach. Zresztą Morricone sprawdza się też w horrorach. W „Coś” ścieżka dźwiękowa jest jak bicie serca. Dopóty ono bije, przerażenie rośnie, z każdą minutą. 

Taniec Eleny w „Bandycie” oddaje pozytywne przesłanie filmu, a kołysanka w „Psach” Pasikowskiego bez trąbek nie miałaby pewnie wyjątkowego nastroju alkoholowej libacji.  A skoro już o Lorencu mowa, to zastanawiam się, ilu z nas „Wyjazd z Polski” kojarzy z „Różyczką”, a ilu z czymś innym? Tak czy inaczej, ścieżka genialna, teraz już historyczna.  

Możemy niektórych gatunków filmowych nie lubić, nie oglądać, ale i tak zapamiętujemy pewne utwory. Wystarczy wspomnieć Righteous Brothers z „Uwierz w ducha”, Survivor ze swoim „Aye of the tiger” w „Rockym” albo „Fallen” Sarah McLachlan w „Mieście Aniołów”. Że o Céline Dion w „Titanicu” nie wspomnę, czy „The sound of silence w „Absolwencie” 

Każdy, kto widział „Gladiatora”, „Braveheart”  czy „Requiem dla snu” pewnie zgodzi się, że z inną muzyką te filmy nie byłyby już takie same. Nie byłyby pewnie takie dobre. Możliwe, że bez Stinga nie byłoby tak łatwo pokochać Leona Zawodowca, Banderas nie byłby w Desperado taki dziki, a w „Zapachu kobiety” nie czekalibyśmy z wypiekami na twarzy na błąd Dony i podpułkownika Franka Slade w tangu. 

Przykłady można mnożyć. To, że muzyka jest częścią obrazu filmowego, jest oczywiste od czasów, kiedy traper przygrywał widzom w kinie do niemego filmu. Czy zastanawialiście się jednak, jak jest z muzyką w literaturze? Każdy, kto pisał maturę, zapewne się teraz uśmiechnie. Cóż motyw muzyki w literaturze – to temat niemal żelazny.  

W tekstach literackich można znaleźć fragmenty opisujące grę na instrumentach, muzykę czy opisy słuchaczy urzeczonych grą. Weźmy, chociażby koncert Jankiela w „Panu Tadeuszu”. Można wspomnieć też „Symfonię patetyczną Czajkowskiego” w „Dziejach grzechu”, „Sonatę Kreutzerowska” Tołstoja czy balladę g-moll Chopina w „Pianiście” Szpilmana 

Wciąż jednak muzyka w książce to raczej opis (bardzo często z wykorzystaniem onomatopei) niż konkretny tytuł, kompozytor czy wykonawca. W tym zakresie liryka i dramat wiedzie prym przed epiką. Chociaż Euterpe jest przedstawiana z fletem, to jednak według literaturoznawców jej związek z Kalliope i Polihymnią wydaje się, oględnie rzecz biorąc, raczej chłodny. 

Nie ma istotnego związku pomiędzy strukturą utworów literackich i muzycznych, a raczej jest tak, że to muzycy czerpią inspirację z literatury. Przecież Salinger tytuł „Buszującego w zbożu” zaczerpnął z piosenki Roberta Burnsa. Myslovitz śpiewali „W deszczu maleńkich żółtych kwiatków”, będąc pod wpływem Marqueza, a zafascynowani „Mistrzem i Małgorzatą” Stonesi stworzyli „Sympathy for the devil”. 

Nie da się ukryć związku „Komu bije dzwon” Hemingwaya z utworem zespołu Metallica o takim samym tytule, a „1984” Davida Bowiego z Orwellem. Wiemy, że „Pachnidło” Süskinda zainspirowało Cobaina do napisania „Scentless apprentice”, a „Wuthering Heights” Emily Brontë do zaśpiewania Kate Bush swojego hitu o tym samym tytule.  To jednak wciąż tylko inspiracje, a co z prawdziwą muzyką w książkach? 

To, że muzyk stworzy dzieło muzyczne zainspirowany dziełem literackim, nie jest niczym niezwykłym, sytuacja odwrotna jest rzadsza. W końcu pięciominutowa piosenka, z tekstem liczącym dwieście pięćdziesiąt słów, to nie to samo co dziesięć arkuszy wydawniczych, każdy po czterdzieści tysięcy znaków ze spacjami. 

Utwór muzyczny bywa przedmiotem dzieł literackich, kiedy autor uwikła go w jakiś sposób w fabułę („Fortepian”, „Kontrabasista”, „Skrzypce”). Może on stanowić również bezpośredni temat wypowiedzi lub przyjąć pewne symboliczne znaczenie. Wydaje się, że muzyka odgrywa największą rolę w fabule, jeśli autor spełni te trzy warunki jednocześnie. 

W moich wcześniej opublikowanych powieściach motywy muzyczne umieszczałem rzadko. W najnowszej powieści kryminalnej pt. „Punkt Barana” jest inaczej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że odniesienia do szesnastu utworów muzycznych (tak!) to ryzyko. Przecież kryminał to nie musical, literatura to nie film i nie każdy musi znać (lub lubić) właśnie te piosenki/utwory, które wybrałem.

Nie inspirowałem się muzyką, choć przyznaję, że pisząc, czasem jej słucham. Pewnie łatwiej przy niej jest mi przelewać pomysły na papier. Jednak w „Punkcie Barana” nie jest ona w żadnym razie tematem i odgrywa rolę mocno poboczną. Pojawia się w tle, przy okazji zdarzeń, dialogów lub opisu konkretnej sceny. W założeniu ma służyć wywołaniu określonego efektu. 

O doborze nie zdecydował jedynie mój gust, raczej efekt, jaki chciałem w czytelniku wywołać, lub to, co chciałem w fabule podkreślić. Wierzcie lub nie, lecz dołożyłem sporo starań, aby nastrój powieści był odpowiedni. Przykładowo, kiedy Emil, będąc w Niemczech, nawiązuje pewną znajomość, nieprzypadkowo pojawia się w tle utwór niemieckiej kapeli punkrockowej

Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek skojarzy, że Campino (wokal w Die Toten Hosen) jest półkrwi Niemcem, podobnie jak Eckert z cytowanego fragmentu. Niemniej to nie jest przypadek. W innym fragmencie, bohaterowie książki spotykają się po to, by porozmawiać o śledztwie przy wódce. Taka senna scena skojarzyła mi się utworem „The Sound of Silence”.

Nie zdradzę wszystkich tytułów, mogę jednak dodać, że czytelnicy „Punktu Barana” odnajdą w treści jeszcze Boba Marleya, Fryderyka Chopina, Nicka Cave czy Helenę Vondráčkovą. Nie liczę, że wpiszę się w czytelnicze gusta (nie o to mi chodzi).  Chciałbym, by „Punkt Barana” był powieścią wyróżniającą się klimatem, zbudowanym między innymi dzięki muzyce. 

Przyznaję, pomieszałem literaturą z filmem, w to wszystko zamieszałem muzykę. Wielkie osiągnięcia światowej literatury zestawiłem z moją skromną powieścią, która dopiero za kilka tygodni trafi na wirtualne półki w księgarniach internetowych. I zastanawiam się, co o tym wszystkim myślicie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze wulgarne, hejt oraz spam będą usunięte.

Książki dla (prawie) pisarzy

Człowiek przed klawiaturą nie różni się wiele od muzyka, stolarza, hydraulika czy pracownika zakładu przetwórstwa mięsa, albo zawodnika upr...