27 sierpnia 2018

Blokada twórcza

Miałem sen, iż pewnego dnia wstanę z łóżka, aby żyć zgodnie ze swoim marzeniem: żyć z pisania i nie zajmować się niczym innym. Mam nadzieję, że M.L. King wybaczy mi tę parafrazę, ale jestem po nocnej zmianie.  

Piszący uskarżają się na „blokadę twórczą”. Mnie na przykład w dokończeniu najnowszej powieści bardzo przeszkadza to, że muszę pracować zawodowo. Okazuje się, że kiedy mam wenę, wypada ruszać do pracy, a kiedy mam czas by coś wreszcie skrobnąć, jestem zmęczony po nocnej zmianie. I kiedy już zrobię kawę i siądę do komputera, w pisaniu przeszkadza mi niesprawna klawiatura. A tu na blog też trzeba coś stworzyć.

To jest lenistwo, brak organizacji oraz wymówki

Wtedy przychodzą myśli tzw. egzystencjonalne. Nie, żebym nie lubił myśleć o czymś abstrakcyjnym, ale okazuje się, że bank żąda pieniędzy na rachunku. Piszą: środki do pokrycia raty kredytu (skandalicznie wysokiej), a ja patrzę w migający kursor. No i co?

I nic. Klawiatura zepsuta, noc nieprzespana, chęci niewielkie, a kawa jakaś taka słodko-gorzka. Wiadomo, bez smaku, bo oto dopadła mnie Jej Magnificencja, Blokada Twórcza.


Czy aby na pewno początkującemu jest (podobno) trudniej?

Teoretycznie wystarczyłoby kupić klawiaturę, aby część problemu znikła, to jednak gorzej z pracą i bankiem. No i kawą. Z tym że niekoniecznie, ale o tym zaraz, bo właśnie nastąpił kolejny etap – faza zaprzeczania. Po co to wszystko? Ze sprzedaży egzemplarza swojej powieści (nieistotne, czy w formie elektronicznej, czy papierowej) zarabiam średnio jakieś 3-4 PLN netto. Ponieważ mówią o mnie self-publisher (choć wolę pisać o sobie autor niezależny), samopuplikujący i indie autor, oznacza to, że całość kosztów wydania swojej książki pokrywam sam, z własnej, dziurawej i trawionej przez banki kieszeni. Innymi słowy, moje honorarium w wysokości wspomnianej dostanę, sprzedając dopiero (średnio) pięćsetny egzemplarz. Z tego wynika, że wydanie książki przez niezależnego autora to niezbyt pewna inwestycja. I sporo wysiłku, jak na jedną małą, czarną kawkę, nie uważacie? [pytanie retoryczne]

A wierzcie mi, namówić pięciuset obcych ludzi, do tego, by wyjęli z portfela od 10 do 35 złotych i kupili moją książkę/e-booka to sztuka niełatwa i pół tysiąca naiwniaków znaleźć jest trudno. Wielu tej sztuki próbuje i konkurencja jest jak u lemingów. No, chyba że towar jest dobry. Ale jak stworzyć dobry towar, kiedy po nocy człowiek zmęczony, banki żądają przelewów, a kawa jakaś nijaka? A klawiatura także do bani.


Do tego słyszę: początkującemu jest trudniej, Pan ma czytelników, a ja tylko pomysł na książkę i ciągle mnie coś blokuje. Mam blokadę twórczą. Gdybym był… nie był… miał… nie miał… czuł… nie czuł… widział… nie widział… O! Wtedy, tak! Ale nie teraz. Uhm. Bullshit! – powiedziałbym w USA. Ja też mam. Inne podejście! Bo niestety, życie pokazuje, że „kiedyś” zbyt często oznacza „nigdy”. Odpowiedź jest prosta!


Nie czekaj. 
„Kiedyś” zbyt często oznacza „nigdy”

Pisałem przecież: klawiatura, banki, praca, niespecjalnie pewna inwestycja. Więc i mnie się zdarza, zastanawiać, czy nie rzucić wszystkiego i uprawiać ekologiczne marchewki, hodować czarno-białe króliki i karmić rudawe koty. A do tego popijać piwo i smażyć kiełbasę, niech będzie, że nawet składającą się tylko z 60% mięsa, oczywiście oddzielonego (od reszty) mechanicznie.  Tak jednak się książki nie pisze.

Napisanie powieści, to nie mniej niż kilka miesięcy intensywnej pracy. Są tacy, co piszą szybciej, ale dla mnie pisanie to ślęczenie nad klawiaturą (wciąż niesprawną), przed monitorem w czasie, kiedy można by pójść po keczup, pieczywo i musztardę do kiełbasy. Pisanie oznacza godziny poprawek, wymyślanie fabuły, postaci. Pisanie wymaga uporu, samodyscypliny i dążenia do celu. Pisanie to wyrzeczenia i walka z sobą.


Czyli blokada twórcza to bzdura? 

Patrząc w lustro, mam wrażenie, że facet w nim jest nienormalny. Bo mimo tego wszystkiego (szczególnie niesprawnej klawiatury), on wciąż stuka w wolnym czasie w klawisze i pisze. A potem wydaje. I to jego pisanie ktoś czyta. Więc ta cała „blokada twórcza” to jakieś bzdury. Nie ma innej recepty na nią, jak nie myśleć o tym, co przeszkadza. Klawiatura, bank, kawa, brak czasu? To wszystko jest bez znaczenia.

Istotnie jest dzieło. Trzeba je stworzyć, dopracować i wydać. Nie warto tracić energii i czasu na wymówki. Istotny jest czytelnik. Bo są gdzieś ludzie, którzy czekają, żeby moją książkę przeczytać. Nie można ich zawieść. A cała reszta to tylko wymówki. Więc niech na koniec będzie oficjalnie: skończyłem kolejną powieść. Teraz tekst czeka redakcja.  Klawiaturę wciąż mam starą i muszę kończyć, bo kawa stygnie. Jej smak, tak się nagle poprawił. Nie wiem, czary, czy co?
--
fot. www.sxc.hu

2 komentarze:

  1. Piszę,czekam,znowu kawa.Tak codziennie.Co mi po pomysłach i grupie prywatnych czytelników?Nie przestaję.Dla nich piszę 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I pewnie też również trochę dla siebie. Jedno jest pewne: bez pisania nie da się napisać żadnej książki. Dobrej, słabej, wspaniałej czy beznadziejnej.

      Usuń

Komentarze wulgarne, hejt oraz spam będą usunięte.

Książka jest gorsza niż film, cz. III

W poprzednich dwóch wpisach , z pomocą przykładów starałem się udowodnić, że wyprodukowano filmy, które powstały na kanwie dzieł literackic...