Jak się zaczęła seria astronomiczna?

Pisząc „Erę Wodnika”, nie zakładałem kontynuacji. Jednak opublikowałem jej sequel, a niebawem pojawi się kolejna część cyklu. Mam już fragmenty czwartego tomu i plany na następne. Dziś o tym, skąd wziął się pomysł i jak zaczęła się seria astronomiczna. Zdradzę, jak powstawały kolejne części i co będzie dalej. 


Wszystko zaczęło się dekadę temu. Zawsze sporo czytałem, interesowały mnie fakty, kryminalistyka, prawo i zbrodnia. Zainteresowałem się tematem seryjnych zabójców. Okazało się, że dość często ich ofiarami padają bezdomni, prostytutki, narkomani, wałęsający się po ulicach czy homoseksualiści. Zaczem czytać o tych, którzy wybierali bezdomnych. 

Analiza poszczególnych przypadków, choć makabryczna, była bardzo ciekawa, żeby nie napisać, że fascynująca. Wielu zabójców wybierało podobne ofiary, ale ich sposób działania, motywy, okoliczności znacząco się różniły. To właśnie od lektury biogramów zabójców (a czasem ich ofiar) zaczęło się to wszystko. To oni mnie zainspirowali. 

Jednym z nich był „Rzeźnik z Rostowa”, sprawca ponad pięćdziesięciu zabójstw. Zabijał dzieci. Inny, okrzyknięty „Kanałowym mordercą”, działał na terenie Frankfurtu nad Menem. Nigdy go nie schwytano. Z kolei Williama MacDonalda, uznano za najbardziej okrutnego zabójcę Australii. Pił alkohol z bezdomnymi, potem pozbawiał ich genitaliów i masakrował. 

Brazylijczyk Gomes da Rocha wyszukiwał ofiary, wałęsając się na motocyklu. Richard Kuklinski wprawiał się do zawodu płatnego zabójcy, mordując 50 bezdomnych. Nieopodal mojej rodzinnej miejscowości zabijał Karl Denke. Przypisuje mu się zabicie, a potem przerobienie na peklowane mięso około 40 ludzi. Nieszczęśników wybierał na dworcu kolejowym.

Także w Polsce działali mordercy gustujący we włóczęgach i bezdomnych. Szczeciński „Eksterminator” uderzył czterokrotnie, nim został zatrzymany. Był też zielonogórski „Francuz”. Zresztą, podobnych przykładów było więcej. Wszyscy posłużyli do stworzenia porterów psychologicznych, jakie pojawiły się na kartach moich powieści z serii astronomicznej. 

Kryminalistyka uczy, że istnieje kilka typów zabójców. Z uwagi na motywację, dzielimy ich na wizjonerów, maniaków władzy, hedonistów i misjonarzy. Jesiennym wieczorem 2007 roku czytałem o tym, jadąc autobusem ulicą Ozimską w Opolu. Przez okno zobaczyłem żebrzącą na chodniku staruszkę i jej widok podsunął mi pewien pomysł. To wtedy zacząłem pracę nad „Erą Wodnika”. 

Bezdomni i włóczędzy padają ofiarami, bo są łatwym celem. Nikt się nimi nie przejmuje, nikt nie szuka. Lektura biogramów potworów w typie misjonarza świadczyła, że eliminując takie ofiary, zabijali jednostki niepożądane lub nieprzydatne w społeczeństwie (w ich mniemaniu). Czasem twierdzili nawet, że „oczyszczają ulice”. Pomyślałem, że taki będzie, mój morderca. 

Wyobraźcie sobie, że istnieje człowiek uważający, że społeczność miasta to ekosystem. Morderca uważa, że, jak w każdym ekosystemie znajdują się w nim jednostki słabe, chore, kalekie lub stare. Wcześniej czy później powinny zostać wyeliminowane. W naturze zajmują się tym drapieżcy. W ekosystemie miejskim zajmie się tym seryjny morderca-misjonarz.

Czerpiąc z bogactwa przyrody i casususów znanych kryminalistyce zacząłem tworzyć. Uznałem, że mój zabójca będzie działał na terenie Opola, będzie wybierał bezdomnych i zechce spełnić pewną misję. W miarę powstawania materiału na książkę okazało się jednak, że wychodzi mi ktoś zupełnie inny, a utwór odbiega od początkowej idei. 

W mordercy z „Ery Wodnika” prawie niczego nie pozostawiłem z fazy, w jakiej zrodził się pomysł. Książka powstała od pierwszego do ostatniego rozdziału, bez planu i konspektu. Dzisiaj, po prawie dekadzie, uważam za poważny błąd. Dziesięć lat temu byłem jednak innym twórcą. Inny był czas, doświadczenie, wiedza i warsztat. Inny był mój morderca. 

Losy jednego z bohaterów „Ery Wodnika” oparłem na sprawie Ryszarda Siwica. Modus operandi mordercy zaczerpnąłem od seryjnego mordercy działającego w USA o pseudonimie Zodiak. Tekst ulegał zmianom, przechodził redakcje, skracałem go i szlifowałem – aż w 2012 roku „Era Wodnika” została opublikowana w ostatecznej wersji. Dziś, jestem z niej prawie zadowolony. 

W żadnym razie nie planowałem kontynuacji. Namęczyłem się z „Erą Wodnika” i miałem jej dość. Miała być pojedynczą powieścią, jednak po kilku latach okazało się, że będzie inaczej. Protagonista spodobał się czytelnikom. Kilka lat po wydaniu, po obejrzeniu filmu: „Psy 2. Ostatnia krew”, ruszyłem wyobraźnią. Niebawem zacząłem zbierać materiały na sequel i stukać w klawisze. Zaczął się rodzić „Punkt Barana” . 

Bohatera osadziłem w nowej rzeczywistości, pięć lat po wydarzeniach znanych z „Ery Wodnika”. Zrobiłem plan, charakterystykę bohaterów i jeszcze raz przeczyłem „Erę Wodnika”. Założyłem, że chociaż wszystkie książki serii będzie można czytać oddzielnie, losy bohaterów muszą być spójne. Wierzcie mi lub nie, ale to trudne zadanie, czasem bardzo mnie ograniczało. 

W drugiej części Stompor nie może mieć sześćdziesiątki na karku, skoro w pierwszej miał lat czterdzieści. Mając pewne cechy w „Erze”, musi je posiadać w „Punkcie” i tak dalej… Skoro jednak wcześniej mowa o dwóch braciach, można z tego skorzystać, prawda? Sięgnięcie do usuniętych przed publikacją fragmentów (oraz bohaterów) bardzo mi pomogło. 

Stworzyłem precyzyjny kwestionariusz bohatera – zresztą nie tylko Emila, ale i pozostałych postaci. Plan podzieliłem na główne wątki i wokół nich zbudowałem fabułę. Jeszcze większy nacisk położyłem na dialogi: złożyłem, że to w głównej mierze właśnie z nich mają składać się moje powieści. Czytelnik nie może przez pół strony się nudzić. 

Czas akcji „Ery” to rok 2008, „Punkt” rozgrywa się w 2012 roku, ale trzecią część przeniosłem  do roku 1992. Akcję kolejnego tomu zaplanowałem na lata 1999-2002, a wydarzenia w zamykającym tytule cyklu na rok 2015. Nie mam jeszcze tylko pewności co do szóstej części, której akcja poprzedzałaby wydarzenia znane z „Ery Wodnika”.

W „Erze Wodnika” i „Punkcie Barana” fabuła ostro skręca w stronę polityki. Taki zwrot nie czyni ich książkami gatunku political fiction. Ten zabieg jednak uwiarygodnia fabuły i czyni je ciekawszymi. Mamy tu odniesienia do zmian politycznych, a nawet postaci, w których można doszukiwać się podobieństw do prawdziwych bohaterów naszej sceny politycznej. 

Również i w trzeciej części („Gwiazdach Oriona”) przyjąłem takie założenia i je realizuję. Czyli, wzór na kolejne części cyklu prezentuje się następująco: Ten sam bohater (Emil Stompor) + nowi bohaterowie + nowe miejsce akcji + nowy czas akcji + nowy czarny charakter. Opcjonalnie gra o najwyższą stawkę (polityka) + zarysowane wcześniej wątki. 

Zrezygnowałem z zakładanej spójności graficznej okładek. Nawiązują do siebie tylko czcionką tytułu. One („Era Wodnika”, „Punkt Barana”, „Gwiazdy Oriona”, „Konstelacja Artemidy”, „Znak Wagi”) odnoszą się do zjawisk, ciał niebieskich i astrologii. Są aluzją do sił napędowych kierujących protagonistami. 

Cykl nie jest skazany na sukces. Powodzenie zależy od tego, czy czytelnik będzie chciał czytać o Emilu. Dlatego już teraz, aby zapewnić sobie potencjalnych odbiorców, zapraszam do pozostawienia kontaktu do siebie. Czyli reklama na koniec, bo zebranie grupy odbiorców jest ważnym narzędziem marketingowym samodzielnie działającego (jak ja) autora. 

Dlatego zapraszam już teraz do pozostania z Emilem Stomporem do końca. Jeśli go polubiłeś, spodobała ci się „Era Wodnika” lub (oraz) „Punkt Barana” i chcesz wiedzieć, co się wydarzy – zapisz się na newsletter już teraz.  Pewnego dnia otrzymasz wiadomość z informacją w tytule: moja nowa książka. Kto wie, czy nie będzie ona za damo, albo z obłędnie korzystnym rabatem? Zapraszam – zapisać możesz się tutaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze wulgarne, hejt oraz spam będą usunięte.

Zobacz, czego nauczył mnie self-publishing

Minęło kilkanaście lat, odkąd wydano moją pierwszą publikację. Po niej przyszły następne, potem zacząłem wydawać sam. Moje książki  trafiły...