17 grudnia 2018

Czy to koniec książki po polsku w Amazon?

W poradniku dla samopublikujących autorów pt. „Biblia SELF-PUBLISHINGu” napisałem, że CreateSpace to niemal idealna platforma dla publikującego papierowe książki autora. Dziś, niestety, mogę napisać, że to nieprawda. Zdanie jest już nieaktualne, bo nadszedł koniec CreateSpace. Serwis zakończył działalność, ale...



Zaczęło się w roku 2000. Powstała platforma dla samodzielnie publikujących autorów o nazwie BookSurge. Dzięki niej, samodzielnie wydający autorzy mogli przygotowywać do druku oraz wprowadzać do sprzedaży online książki, drukowane w technologii print on demand. Dwa lata potem powstał CustomFlix umożliwiający niezależnie tworzącym produkcje filmowe publikowanie i sprzedaż filmów na płytach DVD w podobnym modelu jak książki drukowane na życzenie. 

W 2005 r. obie firmy nabył Amazon. Dwa lata poźniej CustomFlix zmienił nazwę na CreateSpace, a w październiku 2009 r. BookSurge włączono do CreateSpace. Od tego czasu serwis oferował świadczone wcześniej przez prekursorów usługi pod jedną nazwą na całym świecie. Oprócz książek umożliwiał publikowanie filmów oraz muzyki. Dla autorów wydających swoje książki jest ważniejsze, że serwis umożliwiał ich proste i tanie wydawanie.  Tak było między innymi ze mną. Było naprawdę nieźle.

Przyszedł czas na podsumowanie

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz się tam zalogowałem i włączyłem swoje publikacji do oferty. Przypuszczam, że około 2014 roku. Może trochę wcześniej albo nieco później. Od tego czasu, dzięki CreateSpace sprzedałem niemal 900 egzemplarzy moich, drukowanych na życzenie książek. Najwięcej sprzedało się powieści „Koma”, bo ponad 220 egzemplarzy, co daje jakieś 450 USD zarobku. Jest to kwota, jaką wykłada się za dobrą redakcję oraz pojedynczą korektę powieści o długości ok. 10-12 arkuszy. Nic wielkiego, ale też niemało. Akurat na koszty wydania.

Co dobre jednak szybko się kończy. Od jakiegoś czasu zdawałem sobie sprawę, że koniec serwisu jest bliski. Przeczuwałem, że nadejdą zmiany i pisałem nawet o tym w „Biblii #SELF-PUBLISHINGu”. Miałem jednak nadzieję, że koniec nie najdzie aż tak szybko. Liczyłem, że w pierwszym kwartale przyszłego roku uda mi się „dobić” do okrągłego tysiąca sprzedaży. Niestety, wiadomo już, że to się już nie może udać. Os tanią książką, jaką opublikowałem dzięki CreateSpace, jest „O człowieku, który patrzył w niebo”. Umieściłem ją w serwisie pod koniec lutego 2018 r. 
Co zapowiadało koniec?

Jeszcze jesienią ubiegłego roku (2017) przestała działać księgarnia CreateSpace. To było, co najmniej zastanawiające. Pod koniec kwietnia 2018 roku nie można było już publikować nowych książek. Zaraz potem wyłączono dodatkowe usługi (z żadnej nie skorzystałem) tj. np. płatna redakcja, skład czy profesjonalny projekt okładki. W lipcu 2018 r. zwolniano 58 pracowników w biurze North Charleston w Południowej Karolinie oraz ogłoszono, że w niebawem świadczone usługi zostaną przekazane innemu serwisowi. Pod koniec sierpnia 2018 r. w anglojęzycznym Internecie zawrzało. U nas cisza. 

Nietrudno było się domyślić, że będzie to KDP Amazon, w którym zresztą od jakiegoś czasu pojawiła się możliwość testowania takiej samej usługi. W sierpniu 2018 roku to oficjalnie potwierdzono. Pojawiły się komunikaty zachęcające do przeniesienia oferty do KDP Amazon. Kilka dni temu zapowiedzi stały się faktem. Nie tylko nie można już publikować w CreateSpace, ale nie ma nawet możliwości zalogowania się w serwisie i wglądu w statystyki. Tym samym CreateSpace i Kindle Direct Publishing (KDP) stały się jedną, nową usługą: KDP Print. Czy KDP Print jest lepszy niż CreateSpace? To się prawdopodobnie dopiero okaże. Już jednak można coś przeczuwać. 

Co się zmieniło po końcu CreateSpace?

CreateSpace od dawna istniał przede wszystkim, jako satelita Amazonu. Prawie 90% sprzedanych przeze mnie książek z CreateSpace sprzedano w księgarni Amazon. Tak zwana „szeroka dystrybucja” (Expanded Distribution) stanowiła u mnie zaledwie ok. 10-15% wszystkich zamówień. To, co teraz KDP Amazon oferuje zamiast CreateSpace, łudząco przypomina wcześniej stosowane rozwiązania, chociaż w kilku przypadkach zauważyłem bardzo istotne dla nas, autorów z Polski, różnice. Dodam jednak, niestety.

Po pierwsze język. O ile w CreateSpace można było publikować po polsku, to KDP Amazon naszego języka oficjalnie nie wspiera. Wprawdzie w CreateSpace nie można było stosować „ogonków” w opisach na stronie i tytułach, to jednak bez trudu można było opublikować książkę w języku polskim z wszystkimi naszymi znakami. Obawiam się, że ta zmiana może oznaczać zniknięcie z oferty Kindle Store moich papierowych książek. Byłoby trochę szkoda, zważywszy, że mniej więcej 25-35 czytelników miesięcznie decydowało się na ich zakup. Sporo. 

Druga sprawa to rozliczenia. CreateSpace rozliczała się z autorami z wykorzystaniem czeków, co jak przypuszczam, zniechęcało wielu mieszkających nie tylko w Polsce, ale również w Europie autorów. To, teoretycznie, zmiana na lepsze. Tylko, co nam po takiej zmianie, skoro wciąż Amazon nie zauważa języka, którym posługuje się ponad 40 milionów ludzi? Niektórzy pewnie pamiętają, jak Amazon wielokrotnie blokował e-booki w Kindle Store po polsku. Mam nadzieję, że może jednak moje książki po polsku nie będą blokowane. 

Nie wspieramy języka polskiego i już!

Nadzieje, mogą jednak zostać tylko nadziejami. Wprawdzie USA to oficjalnie dla nas największy sojusznik i niebawem będziemy mieć bazy US Army w naszym kraju, to jednak żeby do USA pojechać, musimy mieć wizę, a Amazon wspiera czasem bardzo egzotyczne języki, ale nie nasz, ojczysty.  I nie o samą politykę tu chodzi, bo Amazon „sugerował” przeniesienie swoich książek z CreateSpace do KDP już od kilku miesięcy. Chodzi o to, że jesteśmy przez Jeffa Bezosa systematycznie olewani. Dla Amazonu się, po prostu w ogóle, nie liczymy. Więc zwlekałem, zwlekałem…

Dalej się już nie dało. Wybór był prosty: koniec moich książek z CreateSpace albo przeniesienie do KDP Amazon. Teoretycznie katalog tytułów miał zostać przeniesiony jednym kliknięciem. W wypadku kilku moich utworów opublikowanych po angielsku (lub po niemiecku) tak się rzeczywiście stało, ale dla wszystkich polskojęzycznych dzieł pojawił się komunikat „on hold”. Możliwe, że się mylę, ale prawdopodobnie już – niestety – tak pozostanie. To raczej oznacza koniec sprzedaży moich książek papierowych w Amazon. Sądzę, że to kwestia czasu. Pytanie tylko kiedy to nastąpi?

Oczywiście nie tylko moich książek, ale wszystkich innych po polsku i w językach innych niż 35 oficjalnie wspieranych przez amerykańskiego giganta. Pozostałe różnice między Kindle Direct Publishing (KDP) a CreateSpace są raczej kosmetyczne. Zaliczam do nich np. siedem słów kluczowych w opisie dzieła zamiast pięciu lub wydłużony z 30 do 60 dni okres rozliczania płatności wraz ze zmianą systemu z czekowego na rozliczenie przelewem. Okładki będą teraz tylko matowe a dystrybucja rozszerzona m.in. do Kanady, Meksyku i Australii. I można się będzie reklamować. 

Migracja z CreateSpace do KDP Print to koszmar

Wraz z akcją przeniesienia pojawiły się też, raczej nieuniknione komentarze o problemach. Najwięcej skarg dotyczy supportu Amazon. Nic dziwnego, mają ponad 2 miliony tytułów do przeniesienia; coś musi pójść nie tak. A moje doświadczenie z obsługą klienta KDP wskazuje, że nigdy nie jest różowo – szczególnie jeśli publikuje się nie po angielsku. Wielu autorów pisze wprost – migracja to koszmar. Fora pękają w szwach ze skargami i żalami autorów. Można dodawać książki ręczne i przekonać się np., że nowy Cover Creator to już nie to samo. 

W tej chwili nie umiem odpowiedzieć na pytanie, co będzie dalej. Na razie moje książki papierowe teoretycznie wciąż można kupić w księgarniach Kindle Store, niemniej od kilku dni nie sprzedała się ani jedna, chociaż dotychczas, co 1-2 dni notowałem jakieś opłacone zamówienia. Nasuwa się też uwaga, że taki ruch w połowie grudnia, (kiedy sprzedaż papierowych książek jest największa w całym roku) jest, co najmniej, nieprzemyślany. No, cóż. Amazon to światowy gigant. Robi to, co chce. Dawno już do tego się przyzwyczailiśmy. Kto bogatemu zabroni?

Pożyjemy, zobaczymy

Ludzie z Amazon twierdzą, że istnieje ponad tysiąc niezależnych autorów, którzy zarabiają w roku ponad 100 tysięcy USD dzięki sprzedaży swoich książek przez Amazon. Bardzo nie chciałbym, by pozostała ogromna rzesza zarabiających mniej niż 100 tysięcy USD rocznie miała przestać się liczyć. Według mnie, to mało prawdopodobne. Amazon przecież przyjął strategię długiego ogona. Niemniej wielokrotnie gigant z siedzibą w Seattle pokazał nam, że w jego działaniu często brakuje logiki, z naszego punktu widzenia. 

Jeśli rzeczywiście nasz język nie będzie wspierany przez KDP Print, to będzie oznaczało koniec sprzedaży w Kindle Store drukowanych książek miękkiej okładce, wydawanych samodzielnie przez autorów w naszym języku. Wprawdzie ich katalog nie był zbyt liczny, ale i tak byłoby go szkoda, szczególnie dla wielu mieszkających poza granicami naszego kraju rodaków. Chyba że jest jakiś inny sposób na to, aby jednak w KDP Print można było publikować po polsku. Nic mi na ten temat, w tej chwili, nie wiadomo.

Jak na razie moje książki papierowe wydane w CreateSpace są wciąż (jeszcze) dostępne w Kindle Store. Jak długo, to się okaże. Pożyjemy, zobaczymy. Zapowiada się, że w Amazon nadszedł koniec książki po polsku, drukowanej na życzenie. Obym się tym razem mylił.

3 grudnia 2018

Problemy niezależnych autorów w Polsce

Od lat w Polsce mówi się o self-publishingu oraz niezależnych pisarzach częściej i głośniej. To zrozumiałe, czerpiemy wzorce zza oceanu. Tam self-publishing staje się coraz popularniejszy. Nie do końca jeszcze jest jasne, czy ten trend się utrzyma, ponieważ wielu uważa, że szczyt swojej popularności self-publishing ma już za sobą.  



Pożyjemy, zobaczymy. Tymczasem wsadzam kij w mrowisko i mówię: Największym problemem samopublikującego autora jest on sam. I już wyjaśniam dlaczego. Dla wielu, zaskakująco wielu odbiorców w Polsce termin „self-publishing” jest tożsamy z grafomanią. Niestety, sporo w tym racji. Kto jest grafomanem, a kto nie, to nie moja rzecz. Zajmował się tym nie będę. Wszak dla jednych jestem samodzielnym autorem, a dla innych klasycznym przykładem grafomana. Nieważne, jak mówią, byle nie przekręcali nazwiska. Czy to prawda? Nie, to mit marketingu, taki sam jak twierdzenie, że self-publishing jest tak samo dobry jak tradycyjne wydawanie. 

Twierdzenie, że self-publishing jest tak samo dobry jak tradycyjne wydawanie to kłamstwo

Nie jest. Self-publishing to przede wszystkim ścieżka wydawnicza dla utworów, które nie zostały przyjęte do publikacji w tradycyjnej drodze wydawniczej. W przytłaczającej większości tą drogą do czytelnika trafiają utwory, które zostały odrzucone. Odrzucone, czyli gorsze. Z założenia takie utwory będą kojarzyć się pejoratywnie. Co więcej, to nie tylko stereotyp. W miażdżącej przewadze utwory wydawane przez autorów niezależnych zasłużyły sobie na to, ponieważ self-publishing trapi kilka bardzo poważnych chorób, a niezależni autorzy napotykają w Polsce istotne problemy.

Pisarstwo jest aktem tworzenia. Ów akt związany jest z umiejętnościami. Stawiam tezę, że jednym z najważniejszych problemów większości self-publisherów jest brak umiejętności, chociaż mamy także autorów, którzy radzą sobie dobrze. Cieszę się, że czytasz ten wpis, bo to prawdopodobnie oznacza, że jesteś świadomy tego, czym się zajmujesz, i chcesz się w tym doskonalić. Ale zapewniam Cię, że nie każdy autor niezależny go przeczyta, podobnie moją książkę.  

Największym problemem samopublikującego autora jest on sam

W Polsce obecnie jest przeszło 1000 autorów, którzy wydali już swój utwór samodzielnie. Drugie tyle zastanawia się nad wydaniem i z pewnością to zrobi, nie mając pojęcia, że jakość buduje, dziadostwo rujnuje. Zdecydują się przedwcześnie na debiut, bez redakcji, bez korekty, bez przemyślenia tematu i fabuły. W ten sposób już na starcie zniszczą swoje nazwisko, tak jak ja zrobiłem to z etykietą Aleksander Sowa.

Oczywiście niektóre utwory, nawet jeśli zostaną poprawione pod kątem gramatycznym, ortograficznym i interpunkcyjnym, nadal nie będą nadawać się do zaprezentowania czytelnikowi i pomóc może tylko jedno — wstrzymanie się od publikowania, a potem napisanie od nowa.

Typowe, że wielu początkujących self-publisherów za wszelką cenę dąży do oryginalności, nie decydując się jednocześnie na profesjonalną redakcję. I tak do odbiorcy trafiają teksty naszpikowane niezrozumiałymi metaforami, często przy tym nietrafionymi. Takie prace zawierają za dużo akapitów, dziwacznych porównań, powszechną praktyką jest też nadużywanie wielokropka oraz pytajnika. W zamierzeniu twórców utwór ma zyskać aurę tajemniczości, a stawianie trudnych, psychologicznych pytań powinno podnieść artystyczną wartość utworu. 

Tak się właśnie tworzy dzieło, które nie przyniesie autorowi niczego dobrego, czyli gniot. Dlatego po raz kolejny podkreślę konieczność redakcji: fachowiec powykreśla bzdury, a z tego, co zostanie, być może uda się uzyskać coś, co będzie się nadawać do opublikowania. Wielu zaraz się zjeży. Przecież Hans Christian Andersen był dyslektykiem, a podobno — jak podaje autorka książki Portrety nie tylko sławnych osób z dysleksją — także Adam Mickiewicz, Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus, Julian Tuwim oraz Stefan Żeromski. 

Niska jakość to poważny problem naszego self-publishingu

Tak, ten ostatni powtarzał trzy klasy, a Émile Zola dwukrotnie nie zdał matury. Ze współczesnych twórców dyslektykiem jest też Andrzej Pilipiuk i jak sam mówi: „sadzę nieprawdopodobną ilość literówek i nie jestem w stanie zgrać palców przy pisaniu na klawiaturze — piszę tylko dwoma”. Tyle że to nie tłumaczy publikowania tekstów najeżonych błędami. A niska jakość redakcji i brak korekty to niestety poważny problem naszego self-publishingu. Wydawca i redaktor dla niezależnego autora nie powinni być (nie)przyjacielami z podwórka. Wytrzeszczasz oczy?

Specjalnie napisałem coś dziwacznego, żeby zwrócić Ci uwagę na to, że tekst musi być przede wszystkim dopracowany na poziomie językowym, aby można go było przekazać odbiorcy. Oryginalność jest pożądana, ale z zachowaniem elementarnych zasad jakościowych. Profesjonalną pomoc może dostarczyć tylko profesjonalista, ale nie kumpel. Tak być powinno, lecz nie jest. A skutek jest łatwy do przewidzenia: zdecydowana większość tego, co możemy przeczytać jako utwory z nurtu self-publishingu (nie tylko krajowego!), to gnioty. 

Nie chodzi o to, że są one wtórne i nudne. Po pierwsze, zawierają błędy, po drugie, są słabe, a po trzecie, prezentowane w nieestetycznych okładkach. Autora profesjonalnego od niezależnego odróżnia m.in. obecność wydawcy. A wydawca oznacza fachowców. Redaktor, zanim dopuści tekst do druku, doprowadzi go do poziomu drukowalności. Korektor poprawi literówki. Spec od reklamy napisze tekst promocyjny, a grafik zrobi okładkę. Self-publisher próbuje to wszystko (z)robić sam. Nie dość, że redaguje, zajmuje się korektą oraz marketingiem, to jeszcze wciela się w rolę grafika.

Niektórzy autorzy są pozbawieni nie tylko smaku, gustu, 
ale także dystansu

Nie ma wątpliwości, że autorzy niektórych dzieł są kompletnie pozbawieni nie tylko smaku, gustu, ale także dystansu. Tacy autorzy robią zjawisku czarny PR. Przecież odbiorca, widząc amatorszczyznę, nie może wyrobić sobie dobrego zdania o zjawisku publikowania bez udziału wydawcy. Biję się w piersi, sam popełniałem błędy, ale właśnie dlatego o tym piszę i jestem na tym punkcie przewrażliwiony jak mało kto. Błędy są moje, ale nie muszą być powtarzane. Między innymi dlatego powstała Biblia #SELF-PUBLISHIBNGu”.

Tradycyjni autorzy, mają zazwyczaj zapewnioną także promocję — choćby szczątkową. Ich książki trafiają do blogerów, krytyków albo do prasy. Organizuje się im spotkania autorskie, a niekiedy nawet zapewnia płatną reklamę. Okładkę robi grafik, a fachowiec od reklamy przygotowuje teksty promocyjne. Tymczasem autor samodzielny jest pozostawiony sam sobie. 

Oczywiście pisarz indie także może podejmować działania promocyjne, nawet powinien, niemniej ze względu na skalę nigdy nie będą one mieć takiej siły przebicia jak prowadzone przez dział marketingu oraz public relations profesjonalnego wydawnictwa. I nade wszystko nie będą tak profesjonalne jak te zrobione przez zawodowców. To jeden z argumentów, dla których tradycyjne podejście do wydawania jest lepsze. I dlatego największym problemem self-publishera jest on sam. 

Autor samodzielny jest pozostawiony sam sobie 

To, czy mnie, jako czytelnikowi, książka się podoba czy też nie, jest subiektywną oceną. Książka dobra, książka zła, tralala. Mam do niej prawo. Jako autor wychodzę z założenia, że wcześniej lub później czytelnicy i tak ocenią moją twórczość. Problemem samodzielnie publikującego autora jest to, że nie dopuszcza faktu istnienia krytyki, a krytyka nie dostrzega istnienia self-publishingu. To jasne, że przecież nie każdemu musi się podobać ta sama książka, niemniej jeśli 90 ocen na 100 mówi, że jest beznadziejna, trzeba z tego wyciągnąć wnioski. 

Książka zła to książka, którą źle oceniają czytelnicy niezależnie od tego, jak bardzo zachwycają się nią autor, wydawcy, redaktorzy, krytycy czy dziennikarze. Niestety, te cztery ostatnie grupy zdają się nie dostrzegać książek niezależnych twórców. I nawet jeśli na 100 nieprofesjonalnych recenzji czytelniczych 90 jest pozytywnych, to jeśli dotyczą utworu self-publishera, automatycznie są uznawane za niemiarodajne.

W tym miejscu warto przytoczyć wynik zaskakującego raportu Hugh Howeya. Interesujące, ale w USA książki self-publisherów otrzymują wyższe oceny niż te wydane przez wielkich wydawców. Interpretować to można oczywiście różnie, ale wygląda na to, że wskaźnik satysfakcji może być skorelowany z ceną. A publikacje niezależnych twórców są zazwyczaj dużo tańsze. Co ciekawe, opinie z krajowego podwórka zdają się w wielu wypadkach tę teorię potwierdzać. Pojawia się pytanie: dlaczego tak jest, skoro obiegowa opinia o self-publishingu mówi, że to narzędzie grafomanów? 

Jednym z problemów self-publishingu w Polsce jest nieznajomość zjawiska 

Czyżby czytelnicy lepiej oceniali złe niż dobre książki? Niewątpliwie więc jednym z problemów self-publishingu w Polsce jest nieznajomość zjawiska przez ogół. Poważnym problemem polskiego self-publishingu jest również jego skala. A właściwie brak skali. Dla przykładu katalog platformy Virtualo w marcu 2015 r. liczył 1174 pozycje e-bookowe opisane tagiem „self-publishing”. Stanowiło to zaledwie 3% całego katalogu tej platformy. Czyli self-publishing u nas to owszem, underground, ale wcale nie na skalę quasi-przemysłową. 

Innymi słowy: to bardzo głęboka nisza, coś, co nie ma większego znaczenia. Tymczasem na listach bestsellerów Amazona już kilka lat temu aż 35% tytułów stanowiły utwory opublikowane bez udziału wydawnictwa (Indie Published)! Nie mniej istotne, że kolejne 18% to pozycje również opublikowane poza tradycyjnym obiegiem wydawniczym (Uncategorized Single-Author Publisher). Jeśli ktoś zarzuci mi, że wciąż odwołuję się do sytuacji w USA, odpowiem natychmiast: uwierzcie mi — to dobry punkt odniesienia. 

W USA wartość rynku książki wynosi w przeliczeniu ok. 115 mld zł, z czego 27% to e-booki. U nas 3% udziału w rynku książki to wartość ok. 40 mln zł (sic!). To nam daje proste wyliczenie: udział utworów niezależnych autorów w rynku polskiej książki to nie więcej niż 0,02 – 0,03% i ma wartość ok. 400 tys. zł. Zaledwie tyle w tej chwili jest warty polski self-publishing. Tyle, co nic. 

Polski self-publishing jest warty tyle, co nic

W lutym 2015 r. Piotr Drozd na swoim blogu pisał, że „Kindle Store ma wreszcie kategorię z książkami po polsku”, trzy lata wcześniej pisano: „Jutro Amazon z Kindle Store wchodzi do Polski”, tymczasem Amazon od kilkunastu miesięcy sukcesywnie i z uporem maniaka blokuje moje e-booki po polsku. Powód jest rzecz jasna taki sam — nieobsługiwany język. Tak jak pewne jest, że polski rynek książki obawia się amerykańskiego giganta, tak wiadomo, że polski Amazon wiele zmieni. 

Amazon ma ogromy wpływ na branżę. Gdyby nie plotki z 2012 r., że Amazon wchodzi z Kindle Store do Polski, pewnie do dziś w naszych księgarniach królowałyby PDF-y, a e-booki w formacie EPUB stanowiłby… 10% oferty. Brak zgodnej z regulaminem możliwości publikowania w języku polskim w KDP Amazona jest bardzo poważnym problemem krajowego niezależnego pisarstwa. Śmiem twierdzić, że póki to się nie zmieni, self-publishing będzie się u nas rozwijał w ślimaczym tempie. A na razie Amazon język polski i 39 – 48 mln Polaków ma w głębokim poważaniu.

Sprzedaż moich e-booków przez krajową sieć dystrybucyjną jest 10 – 12 razy niższa niż w Kindle Store. Inicjatywa serwisu Wydaje.pl nie spełniła zakładanych oczekiwań i jak wiemy, zakończyła działalność. Serwis RW2010 z liczbą ok. 1250 utworów nie ma szans na osiągnięcie czegokolwiek na rynku. Jedyną sensowną alternatywą dla krajowego niezależnego autora było Virtualo.pl, ale właściwie tylko na polu dystrybucji. W chwili pisania mojej książki Virtualo było już przejęte przez innego wydawcę i los tej platformy oraz kilkuset selfów rysował się niezbyt pewnie. Księgarnia Nexto.pl nie jest szczególnie przyjazna self-publishingowi, a pozostałe inicjatywy pominę, bo to margines. Na razie niezależny autor w Polsce jest pozostawiony sam sobie.

W Polsce nie ma dobrej platformy dla self-publisherów

Tymczasem stereotypy budują siłę rynku. Niszowość self-publishingu czyni zeń zjawisko mało znane. Wspominałem już, że większość błędnie utożsamia je z grafomanią. Wielu nie ma pojęcia o różnicach pomiędzy vanity a własnym sumptem. Podkreślana niska jakość większości dzieł pozamainstreamowych pisarzy rodzi kolejny stereotyp: jakoby wszystkie utwory wszystkich niezależnych twórców były słabe. Niemal każdy natychmiast przedstawia argument: skoro jest taki dobry, dlaczego nikt nie chciał go wydać? 

To potwierdza, że w stereotypowym myśleniu jedynie słuszną metodą publikacji jest wydanie książki przez wielkie i prestiżowe wydawnictwo. To myślenie podtrzymują środowiska wydawnicze mające w tym swój oczywisty interes. Z drugiej strony, wiele w tym racji: niewątpliwie to najprostsza i najmniej wymagająca od autora droga do pisarstwa. Sukcesem self-publishera ma być samo już wydanie utworu w „wielkim i prestiżowym wydawnictwie”. Tymczasem z uwagi na kwestie finansowe nie jest to takie oczywiste. 

Barry Eisler zdaje się to udowadniać. Ten autor (m.in. „Zabójcy z Tokio”) publikował „u wydawców” od 2002 r., by w 2012 r. odrzucić pokaźną zaliczkę i zdecydować się na self-publishing… w Amazonie. Przykład Eislera nie jest odosobniony. Tak samo było w przypadku Hugh Howeya. Dlaczego? Ponieważ to może być bardziej opłacalne. Jak wielokrotnie udowadniałem w "Biblii #SELF-PUBLISHINGu" (na przykładach), przy większych nakładach self-publishing jest dużo bardziej korzystny finansowo od innych form wydania. 

W Polsce liczy się przede wszystkim papier

U nas 97 – 98% całego rynku książki stanowi edycja papierowa. Pozostała cyfrowa część (w 2014 r.) stanowiła ok. 35 tys. tytułów, przy czym po odjęciu klasyki zostaje nie więcej niż 20 tys. Dla porównania: księgozbiór średniej biblioteki gminnej to ok. 15 tys. tytułów, natomiast amerykańska oferta cyfrowa Amazon.com to sporo ponad… 1,5 mln tytułów! Ktoś powie — owszem, ale w tej liczbie mamy utwory w różnych językach. Zgadza się, co nie zmienia faktu, że jest to ponad 75 razy większy katalog niż w Polsce.

Liczą się najsilniejsi, a problemem polskiego self-publishingu jest jego słabość. Nie mamy również znaczących sukcesów. A precyzyjnie: uznanych społecznie sukcesów. Mówiąc o success story w self-publishingu, myślimy o USA. Yes, american dream and world success story. I tutaj owszem, pojawiają się nazwiska. Mamy przecież wywoływany do tablicy przy każdej okazji przykład Amandy Hocking. Niektórzy być może zdają sobie sprawę jeszcze z faktu, że niejaki John Locke był pierwszym samopublikującym autorem na świecie, który sprzedał ponad milion e-booków w ciągu pięciu miesięcy. 

Lecz czy pozostałe nazwiska są w Polsce znane? Zapytam: kim jest wspominany Hugh C. Howey? Kim jest Cory Doctorow? Może część z Was przypomni sobie, że pierwszy to autor wydanych w Polsce powieści „Silos” czy „Zmiana”, a drugi napisał „Małego Brata”? Ale kto z Was wie, że autor rozpowszechniał tę powieść za darmo na licencji Creative Commons? A Metro 2033 Głuchowskiego? Nawet niektórzy czytelnicy tych powieści nie wiedzą, jaka była droga tych tytułów do ich rąk. 

Brak nam w beletrystyce głośnych sukcesów

Czyli self-publishing to nie tylko USA? Ano nie tylko — zaraz na zachód za miedzą (przepraszam: za rzeką) mamy autorkę o pseudonimie Poppy J. Anderson. Biorąc pod uwagę, że niemiecki rynek e-booków jest mniejszy niż amerykański (lub choćby brytyjski), Anderson, sprzedając milion swoich samodzielnie wydanych e-booków, osiągnęła imponujący wynik. Zresztą lista nazwisk niezależnych autorów, którzy osiągnęli sukces, jest bardzo długa. Pisałem o tym w rozdziałach „Self-publishing success story” oraz „Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”.

U nas jak zwykle po staremu wciąż powtarzany jest stereotyp, że nasz self-publishing nie ma wielkich nazwisk. Nazwiska autorów, którzy jednak osiągnęli tą drogą sukces, są zwykle oddzielane od self-publishingu. Wielu napisze, że ich sukcesy mają się nijak do przypadku Amandy Hocking. Z drugiej strony, niewielu się przyznaje, ile naprawdę sprzedaje. W efekcie w powszechnym mniemaniu nadal nie mamy nazwiska, które byłoby stawiane za przykład samodzielnego autora osiągającego sukces, a dziennikarze się tym tematem nie zajmują. A jeżeli już, to powtarzają frazesy, plotki i oczywiste oczywistości.

Kolejnym problemem jest polska sielska (nie)świadomość. Muszę przyznać, że słuchanie słów: „Wolę książkę od e-booka, bo książka to ma zapach…” doprowadza mnie do bardzo smutnych refleksji na temat kondycji intelektualnej nie tylko mojego rozmówcy, ale i całego mojego narodu. Tutaj pojawia się poważny problem, jaki napotyka niezależny autor w naszym kraju, czyli czytelnik. Większość tytułów niezależnych autorów wydawana jest — głównie z przyczyn ekonomicznych — w formie elektronicznej. 

Uważam, że to najlepsza droga do niezależnego pisarstwa, ale publikacja elektroniczna wciąż wydaje się u nas jakąś technologiczną nowością, do której niektórzy czytelnicy nie są przygotowani. Najgorsze jednak, że w kwestii e-booków i ich czytania, a także przewagi nad nimi książki papierowej, mają zdecydowanie najwięcej do powiedzenia osoby, które nigdy żadnego e-booka nie przeczytały. Co więcej, najgłośniej swoje opinie wypowiadają ci, którzy w ogóle nie czytają! 

Przecież Polacy prawie nie czytają książek!

Tutaj widzę ogromne pole do popisu dla bibliotek i instytucji publicznych: trzeba wyjaśniać, że czytanie na e-papierze jest równie wygodne jak na zwykłym, a przy tym może być tańsze i jest bardziej przyjazne dla środowiska. To szczególnie istotne w sytuacji, kiedy 42% Polaków przez cały rok ani razu nie sięga po książkę! Natomiast ci, którzy czytają z czytnika, mogą się pochwalić wynikiem 3,37 książki miesięcznie, a to trzykrotnie więcej niż u przeciętnego Polaka! 

Szacuje się, że czytników e-booków w Polsce jest od 140 do 200 tys. Wariant optymistyczny zakłada 300 tys. urządzeń. Przy tym założeniu, gdybym chciał trafić do Kindle Million Club, każdy użytkownik czytnika w Polsce musiałby kupić ponad trzy moje e-booki. Jasno więc widać, że problemem polskiego pisarza niezależnego jest zbyt mała grupa odbiorców.

Część odpowie, że się nie pisze dla hajsu. Pewnie, że nie. Tradycyjny, krajowy pisarz może liczyć na zysk w okolicach 5 – 10% ceny okładkowej książki minus podatek. W przypadku e-booków honorarium to ok. 25 – 35% ceny netto. Autor niezależny zarabia nieco więcej z jednego egzemplarza, albowiem krajowe platformy wydawnicze oferują od ok. 50% ceny netto. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że sam finansuje (a przynajmniej powinien) nakłady: redakcję, korektę, grafika, ewentualną reklamę i druk. 

On zresztą, delikatnie rzecz ujmując, mija się z celem, tak samo jak próba wydania papierowej książki przez samodzielnego autora mija się z zyskiem. Chyba, że rzecz dotyczy bestsellerowego tytułu, autor ma doświadczenie i sieć dystrybucji albo jest to druk cyfrowy. Wracając do porównania zysków pisarza tradycyjnego i pisarza niezależnego: docieramy znów do sprawy skali. Otóż zazwyczaj wydanie dzieła w tradycyjnym modelu wydawniczym pozwala dotrzeć z e-bookiem do niemal każdej księgarni internetowej, a z książką papierową prawie do każdej księgarni internetowej i do większości księgarń stacjonarnych. 

E-booków nikt nie czyta, a papier się nie opłaca

Tego samodzielnie publikujący pisarz praktycznie nie jest w stanie u nas osiągnąć. I choć 5% to obiektywnie rzecz biorąc mniej niż 50%, jednak pomnożone przez odpowiedni współczynnik sprzedaży zazwyczaj daje większą sumę zysku na rzecz autora wydającego tradycyjną ścieżką wydawniczą. Innymi słowy: problemem self-publishera w Polsce jest to, że bardzo mało zarabia. Jeśli w ogóle zarabia, bo bywa że koszty są większe niż zyski. Stawiam tezę, że marna jakość części self-publishingowej oferty w dużej mierze wynika z braku środków na porządne wydanie. 

Podam przykład. Moja powieść z 2015 r. pt. „Góra Bogów Śmierci” ma objętość ok. 45 tys. słów, czyli ok. 7 arkuszy wydawniczych. Na redakcję wraz z korektą wydałem ponad 1225 zł. Na szczęście nie musiałem płacić za okładkę i skład do wersji PDF, bo w przeciwnym razie trzeba by doliczyć kolejne kilka stówek. Niemniej zapłaciłem za konwersję na MOBI oraz EPUB. Podsumowując: opublikowanie jej kosztowało mnie ok. 1300 zł. Egzemplarz (e-book) sprzedaję za 9,99 zł brutto, co oznacza, że na rękę dostaję ok. 4 zł. Potem musiałem zapłacić od tego jeszcze podatek. Ile powinienem sprzedać kopii, aby zacząć zarabiać? Mniej więcej... 350 egzemplarzy.

Tymczasem z analizy mojej sprzedaży wynika, że w Virtualo od sierpnia 2011 r. do grudnia 2017 r. sprzedałem łącznie 799 e-boków (wszystkie moje tytuły). W Nexto od marca 2012 r. do grudnia 2017 r. czytelnicy kupili 453 moje publikacje. Mając to na uwadze (i przy założeniu, że powieść zostanie dobrze przyjęta), można przyznać, że na mojej powieści z 2015 r. zacznę zarabiać za dwa i pół do trzech lat, czyli pod koniec 2018 r. Więc można powiedzieć, że zdecydowanie dużym problemem w samodzielnym wydawaniu w Polsce są koszty niewspółmierne do zysków. 

Koszty niezależnego pisarstwa są u nas niewspółmierne
do zysków 

Inaczej rzecz ujmując: samodzielne wydanie oznacza zysk odłożony w czasie. Jest tylko jedno ale. W Kindle Store w miesiąc sprzedaję ok. 170 e-booków. Więc byleby tylko Amazon nie blokował polskiego języka, a nie będzie źle. W przypadku edycji papierowych sprawa jest jeszcze gorsza. Koszty wydania offsetem to kilka tysięcy złotych. Jeszcze większym kosztem jest obarczona skuteczna dystrybucja. Pewną alternatywą jest druk cyfrowy, niemniej problem dystrybucji wciąż jest aktualny. Do niedawna serwis Wydaje.pl oferował możliwość sprzedaży pojedynczych egzemplarzy w przystępnych cenach, co czyniło go atrakcyjnym dla wielu autorów. 

Zakończył jednak działanie. Obecnie self-publisher w Polsce nie ma większych możliwości sprzedaży z zyskiem papierowych edycji swoich utworów. A że 98% rynku to wydania papierowe, ciągle jesteśmy w dołku.

Dzięki platformie Smashwords istnieje możliwość wprowadzenia produktów do serwisów iTunes, Barnes & Noble, Kobo, Scribd czy Oyster. Do tego pozostaje indywidualna współpraca z takimi graczami na rynku jak Nexto.pl, RW2010 czy e-bookowo. Zupełnie inaczej jest jednak z wydaniami drukowanymi. Tutaj samodzielnie publikujący autor, jak pisałem kilka akapitów wyżej, napotyka poważne problemy. Są to wspomniane przeze mnie platformy. Oczywiście można założyć własne wydawnictwo i walczyć o swoje miejsce na półkach księgarskich lub spróbować podjąć współpracę z którymś z wydawnictw publikujących za pieniądze autora.


Pierwsze rozwiązanie jest ryzykownym pójściem na całość, drugie jest drogie i na dobrą sprawę mało efektywne. Jeśli tylko udałoby się nawiązać współpracę z dystrybutorem, który wprowadzi nakład do hurtowni, a te potem do księgarń — istnieje cień szansy, że książkę uda się sprzedać. Ale to jest rozwiązanie dobre jedynie dla kilku autorów. Tymczasem za granicą można wprowadzić swoją drukowaną publikację do przynajmniej kilkunastu księgarń internetowych bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów dzięki Lulu.com czy też CreateSpace.com. 

Można to zrobić w kilkanaście godzin. I wierzcie mi, to naprawdę działa! Czytelnicy kupują te książki. U nas brakuje takiego rozwiązania. To bardzo istotne w sytuacji, kiedy 98% tego, co się w Polsce czyta i kupuje, jest zapisane na papierze. Wspominałem, że pojawiły się projekty takie jak Rozpisani.pl czy też WydaćKsiążkę.pl, jednak analiza kosztów oraz ich ofert nie napawa mnie zbyt dużym optymizmem.

Kolejny problem to copyright

Na koniec kilka dodatkowych smutnych zdań. Zrelacjonuję Ci moje starcie z odbiorcą, które skończyło się dla mnie nokautem. W 2005 r. opublikowałem pewien poradnik. Wydałem go tradycyjną drogą wydawniczą: wysłałem manuskrypt, podpisałem umowę z istniejącym od 1949 r. wydawnictwem, potem zatwierdziłem redakcję i rok później w księgarniach pojawiło się 2000 egzemplarzy mojej książki. Co kwartał przychodził przelew w wysokości 1500 – 1800 zł. A, że byłem jeszcze studentem, nie pracowałem dodatkowo, by się utrzymać. Pisałem i żyłem z pisania. 

Książka sprzedawała się na tyle dobrze, że wydawca zdecydował się dodrukować następne 1500 egzemplarzy. Nagle honorarium zmniejszyło się dziesięciokrotnie. Wpisałem do wyszukiwarki tytuł i wszystko stało się jasne: ktoś zeskanował moją książkę i wrzucił PDF-a do internetu. Trzy lata później napisałem kolejną książkę. Znalazłem wydawcę i w pierwszym miesiącu sprzedałem ponad 500 egzemplarzy. Wkrótce napisałem kolejną i sytuacja się powtórzyła. Po roku sprzedaż w pierwszym i drugim przypadku znów spadła. 

Już nie musiałem wpisywać nic do wyszukiwarki. Wszystko było jasne. Napisałem więc jeszcze jedną książkę i przez kilka miesięcy zarabiałem, a potem wszystko wróciło do normy. Pytanie: czy tak właśnie wygląda norma? Nie chcę moralizować, przedstawiłem tylko fakty. Tak było. Jasne, że zazwyczaj nowy tytuł sprzedaje się najlepiej, z czasem mniej, szkoda tylko, że jest tak również z powodu piractwa. Powiem wprost: gdyby nie ono, to od 2007/2008 r. nie musiałbym pracować na etacie i mógłbym skromnie (mniej więcej tak samo jak teraz) żyć wyłącznie z pisania. 

Tak, nie każdy pisze „dla hajsu”, ale autor też musi płacić rachunki

Nie chcę się użalać, przecież nie piszę wyłącznie „dla hajsu”, ale też muszę płacić rachunki. Zaakceptowałem to, że istnieją piraci, że własność intelektualna nie jest uznawana za czyjąś pracę. Nic nie mogę z tym zrobić. Tak samo jak z wyższym VAT-em na e-booki czy ze spadkiem czytelnictwa. Ale nie muszę tego popierać. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie wyczerpałem tematu. Przeciwnicy self-publishingu będą gardłowali, że skoro my, autorzy niezależni, mamy tyle problemów, lepiej dajmy sobie spokój. 

Nie wiem jak inni, ale ja cierpliwie poczekam na pojawienie się możliwości zgodnego z regulaminem publikowania w KDP Amazona po polsku. Wierzę, że ta chwila kiedyś nastąpi, tak samo jak w to, że publikacje elektroniczne będą stanowiły 25% całego rynku naszej książki. I że czytnik e-booków będzie miał chociaż co dziesiąty Polak — nie, jak dziś, jeden na 200. Życzyłbym sobie też obniżenia cen e-booków. Najlepiej obniżenia podatku VAT z 23 do 5%. Wtedy z resztą problemów jakoś będzie się dało żyć. I tworzyć. 

Na koniec rzucę banałem: Polska to nie USA ani nawet Wielka Brytania. A już na pewno to nie Japonia. I nie tylko dlatego, że w chwili kiedy to piszę, funkcjonują księgarnie internetowe Amazon.com (dla USA), Amazon.co.uk (Wielka Brytania) i Amazon.co.jp (Japonia), ale generalnie dlatego, że jesteśmy krajem zacofanym i biednym, jeśli chodzi o tematykę e-booków i samopublikowania. Niestety. 
--
Wpis powyżej to nieco zmodyfikowany (na potrzebę blogu) rozdział o tym samym tytule z mojego poradnika pt. „Biblia #SELF-PUBLISHIBNGu”. Jeśli jesteś nią zainteresowany TUTAJ znajdziesz jej darmowy elektroniczny fragment. Jestem zapisany w programie partnerskim wydawnictwa Złote Myśli i jeśli dokonasz zakupu mojej korzystając z TEGO LINKU, otrzymam dodatkową prowizję. Dziękuję. Zapraszam również do wysłuchania tego, co mam do powiedzenia na YouTube, oraz zastanowienia się czy nie potrzebujesz także poradnika pt. „Autor 2.0”.

18 listopada 2018

Książka jest gorsza niż film, cz. III

W poprzednich dwóch wpisach, z pomocą przykładów starałem się udowodnić, że wyprodukowano filmy, które powstały na kanwie dzieł literackich i są lepsze niż ich pierwowzory lub tak samo dobre. Dziś ciąg dalszy obalania mitu, że książka jest zawsze lepsza niż film. 

Dokąd do tablicy wywołałem: „Lektora”, „Lolitę”, „Angielskiego pacjenta”, „Skazani na Shawshank”, „Miłość w czasach zarazy”, „Milczenie owiec”, „Pachnidło” i polskiego kandydata do Oskara w 2003 roku, czyli „Pornografię” Jana Jakuba Kolskiego. Wspominałem też o historii Krystiana Bali, która i mnie zainspirowała. Dziś postaram się – zgodnie z zapowiedzią – omówić nie mniej zróżnicowany literacko-filmowy repertuar, potwierdzający, że film może być jeszcze lepszy, niż dobra książka.


Wywiad z wampirem (1994 r.). Wampiryczny temat jakiś czas temu stał się popularny. Niestety raczej nad tym ubolewam, niże się cieszę, bo za sprawą cyklu „Zmierzch” Stephenie Meyer, przedstawiono go raczej w osobliwy sposób. Nawiasem mówiąc, nie lubię horrorów. Głównie, dlatego, że dobrą historię tego gatunku trzeba szukać ze świecą. Większość wampirów na ekranie była przedstawiona w sposób żałosny, śmieszny lub w najlepszym razie groteskowo niewiarygodny. A jednak ten film wyłamuje się z szeregu i jest wspaniałą niespodzianką. 

„Rozumiem – powiedział wampir z namysłem i nie śpiesząc się, podszedł do okna pokoju

Książkę wydała w 1976 roku Anna Rice.  Powieść urzeka klimatem, chwyta czytelnika od pierwszego zdania (jak wyżej) i do ostatniego już nie wypuszcza. Uczciwie trzeba przyznać, że powieść i film powstały na jej podstawie mają więcej z dramatu niż horroru, co ostatecznie czyni historię Louisa,  Lestata i Claudii bardzo wiarygodną. W odróżnieniu od innych, o podobnej tematyce jest ona pełna subtelnej liryki i magii. Czytelnik i widz ma niecodzienną okazję, by wniknąć w wampirzą psychikę, poznać uczucia oraz problemy bardzo bliskie nam, ludziom.  O ile film jest pozbawiany sporej części historii z książki, to bezsprzecznie jest jedną z najlepszych adaptacji powieści grozy. Mamy tu wspaniałe kostiumy oraz niezapomniane aktorstwo na najwyższym poziomie (Tom Cruise i Antonio Banderas). Zasłużone 7,7 w bazie Filmweb oraz 7,25 w portalu LubimyCzytać. 

Requiem dla snu (2000 r.). Są filmy, które szokują tak bardzo, że trudno się po nich otrząsnąć. Są książki, które potrafią rozerwać na strzępy. Niektóre tematy zawsze będą szokować. Ból, utracona miłość, marzenia czy uzależnienie. I to dostajemy w „Requiem dla snu”. Aż w nadmiarze.  Nienależnie czy oglądamy, czy wolimy czytać. Film powstał na podstawie książki Huberta Selby'ego Juniora z roku 1978. Przyznaję z ręką na sercu, że jest ona dziwna. Tak, dziwna. Chaos wylewa się z tekstu, czytelnik jest oszołomiony. Dziwny język, dziwna konwencja, a mimo tego od samego początku leżymy i kwiczymy. 


„Po cholerę te wszystkie słowa, jeśli nie stoją za nimi uczucia. To tylko słowa”



Szybko zaczyna okazywać się, że czytamy jedną z najbardziej przerażających historii, jakie można zaserwować czytelnikowi. A im dalej jest tylko gorzej. Jeśli zaś chodzi o film, to doskonale oddaje on ducha książki. Jest nawet bardziej przerażający, piękny, do tego przyprawiony genialną muzyką. Clint Mansell & Kronos Quartet spowodowali, że ktokolwiek obejrzy to dzieło, prawdopodobnie nigdy już go nie zapomni. Interesujące, że tę kompozycję wykorzystano jeszcze w wielu innych filmach (np. „Władca Pierścieni: Dwie Wieże”, „Babylon A.D.”, „Kropla słońca”, „Kod da Vinci”, „Dolina kwiatów” oraz w „Jestem legendą”) a nawet grach wideo i reklamach. Soundtrack w zestawieniu z dynamicznym montażem i wspaniałymi zdjęciami rozrywa na strzępy.  Nie wiem, dlaczego zaledwie 7,8 w bazie Filmweb. 7,68 w LubimyCzytac.



Trainspotting (1996 r.). Ostatnim razem postąpiłem świadomie, umieszczając w jednym poście „Lektora” oraz „Lolitę”. Teraz również dwa „podobne” filmy znalazły się obok siebie nieprzypadkowo. Kluczem jest temat. Został on ujęty zupełnie inaczej. Film powstał na podstawie owianej skandalem powieści Irvine Welsha z 1993 i w zaledwie trzy lata później ją zekranizowano. Autora oskarżano o szerzenie demoralizacji i wulgarny język. Z powodu rzekomej gloryfikacji uzależnienia od narkotyków cofnięto nawet nominację do nagrody Bookera. Czytałem polski przekład, który hm… trudno mi ocenić. Autor książki używa angielskiego, szkockiego i miejscowej gwary. Polskim tłumaczeniem niektórzy się zachwycają, dla mnie niektóre fragmenty były ciężkostrawne. 


„A ta pizda zaczyna czytać jebanom ksionżke! Co za jebane maniery! A potem zaczyna gadać z tom kanadyjskom laskom - obie som chyba studentki - o wszystkich jebanych ksionżkach, jakie przeczytali! W chuju mie strzyka. Mieliśmy sie kurwa pośmiać, a nie pierdolić o kionżkach i jakimś gównie”

Reżyser na podstawie smutnej, książkowej historii (miejscami odrażającej i obrzydliwej) opowiedzianej z wykorzystaniem kilku przekleństw i kilkunastu innych słów w dialogach, stworzył pozornie zabawny obraz o pogubionych ludziach wprost kroczących ku przepaści. Wielkim atutem filmu jest niezapomniana muzyka (Lou Reed – Perfect Day), świetne zdjęcia i montaż, podkreślający życie w ogromnym tempie, na krawędzi zwykłego świata oraz otchłani, w jaką wciąga uzależnienie. Film zajął 3. miejsce w rankingu na najlepszy brytyjski film wszech czasów oraz uznano go za jeden z 50 filmów, które trzeba zobaczyć przed śmiercią.  W Filmweb 7,8 oraz 7,29 w bazie LubimyCzytać. 

Polowanie na Czerwony Październik (1990 r.). Trzeba przyznać, że autor zadebiutował z przytupem. W zaskakująco poukładany sposób Tom Clancy zaserwował czytelnikom dość zawiłą intrygę, która trzyma w napięciu. Mogły to być nawet thriller idealny, gdyby nie to, że spomiędzy wartkiej akcji, wysokiej i stale rosnącej stawki, rosnącej presji czasu i zimnowojennych realiów podwodnych bitew, wyłaniają się za często, te nieco zbyt piękne i zbyt dobre Stany Zjednoczone.  Historia jest nieprawdopodobna, ale budzi zainteresowanie i dreszczyk emocji. Styl jest taki, jak bardzo lubię – oszczędny, jasny, rzeczowy. Od pierwszego zdania zostajemy rzuceniu w wir akcji. 


„Kapitan pierwszej rangi radzieckiej marynarki Marko Ramius ubrany był odpowiednio do arktycznych warunków, jakie panują zwykle w Polarnym – bazie okrętów podwodnych Floty Północnej”

Pomiędzy filmem i książką jest trochę, w sumie mało istotnych różnic. Niestety oba dzieła łączy przesyt amerykańskim patosem. Obraz ogląda się jednak z zapartym tchem. Świetni aktorzy (Alec Baldwin,  Sean Connery, Scott Glenn) grają za to na najwyższym poziomie.  Doskonałe zdjęcia i naprawdę świetna, oddająca grozę atomowej wojny i podwodnych zmagań ścieżka dźwiękowa (niezapominane sonary). W Filmweb 7,7 oraz 7,56 w bazie LubimyCzytać.  To wszystko, mimo wspomnianych wad, składa się na doskonały film, który mógłby być najlepszym dziełem z osią akcji osadzoną na pokładzie okrętu podwodnego, Mógłby, ale nie jest, bo Niemcy zrobili lepszy. 

Okręt (1981 r.). Zacznę od książki.  Jej autor, w czasie drugiej wojny światowej służył w Kriegsmarine. Pierwowzorem bohaterów książki stali się towarzysze broni autora, a „Das Boot” napisał na podstawie swoich przeżyć. I pewnie historia jest tak boleśnie realistyczna. Tyle tylko… że oba dzieła są takie. Ogromnym ich atutem jest bardzo szczegółowe i wiarygodnie oddanie nastrojów marynarzy. Twórcy bez moralizatorstwa ukazują los zwykłych żołnierzy, walczących bez złudzeń co do słuszności wojny i jej wyniku.  Zaskakująco realnie ukazują prawdę o walce na okręcie podwodnym i igranie marynarzy na granicy defetyzmu poprzez liczne dwuznaczności i zawoalowanie opinii, w obliczu pozbawienia możliwości swobodnego ich wyrażania oraz wszechobecnej inwigilacji i kapownictwa. 


„Zbyt wiele mamy zaufania do maszyn. Oddaliśmy się im na śmierć i życie. Teraz musimy być dla nich dobrzy, żeby były nam życzliwe. Wrogie maszyny łatwo zabijają człowieka. Nie do uwierzenia, na co mogą sobie pozwolić”

Wolfgang Petersen stworzył dzieło tak samo monumentalne, jak Lothar-Günther Buchheim. Wystarczy wspomnieć, że film trwa 149 minut (wersja reżyserska 210, a pełna wersja 293 minuty!), a książka liczy około 650 stron. W filmie mamy niesamowity (klaustrofobiczny) klimat i wspaniałą, świetnie dobraną muzykę. To jeden z najlepszych filmów wojennych, potwierdzających tezę, że również Niemcy potrafią takie tworzyć. Film jest dobry, bez niepotrzebnego patosu (patrz: jak wyżej), prawdopodobnie obiektywny. I Niemcy mówią w nim po niemiecku! Bez wątpienia to najlepszy film o wojnie podwodnej! Świetne kreacje aktorskie. W Filmweb 7,8 oraz 7,88 w bazie LubimyCzytać.

Przerwana lekcja muzyki (1999 r.). Bardzo często jest tak, że sięgam po dzieła literackie po obejrzeniu filmu. Niektórzy krytykują takie podejście. Mnie ono rzadko przeszkadza, ponieważ  zwykle tym sposobem obejrzany film staje się dla mnie pełniejszy. Tak było i tym razem. Powieść to niemal autobiografia, główna bohaterka (narrator) porusza ważne kwestie, jak chociażby tę, gdzie przebiega różnica pomiędzy chorobą psychiczną i dużą wrażliwością. Autorka wskazuje, że na pewne zagadnienia (np. wolność w obliczu samobójstwa) można spojrzeć dwojako.


„Właściwie nie wiadomo, czy to szpital specjalizował się w poetach i muzykach, czy też poeci i muzycy specjalizowali się w szaleństwie?”

Niezupełnie rozumiem, dlaczego książka jest oceniania tak nisko (zaledwie 6,1 w bazie LubimyCzytać), natomiast doskonale rozumiem, że film oceniono tak wysoko (7,9 w Filmweb). Mamy w filmie niezapomniane i świetne kreacje aktorskie. Winona Ryder i Angelina Jolie świetnie wcieliły się w rolę (chorych?) podobnych, a jednocześnie bardzo innych od siebie nastolatek. Pierwsza wrażliwa, nieśmiała, trzyma się z dala, zagubiona, a jednak silna. Druga, pozornie twarda, odważna, silna, przebojowa, a jednak gdzieś głęboko wrażliwa. Świetny film. 


Lot nad kukułczym gniazdem (1975 r.). Pewnie domyślaliście się, że przy okazji pobytu w szpitalu psychiatrycznym Susanny Kaysen napiszę również o powieści Kena Keseya. Tak, bo nawet nazwiska autorów są nieco podobne. Jednak na tym podobieństwa się kończą. U Kena Keseya, nawet narracja jest inna. Autor przedstawia zamknięty świat zakładu psychiatrycznego, oczami jednego z pacjentów, a książka mówi o zniewoleniu oraz tęsknocie za wolnością. Ciekawe, że powieść czytałem, sam będąc w tamtym czasie zniewolony i pozbawiony (w pewnym sensie) wolności. Niestety miałem własną „siostrę oddziałową”, nikt jednak nie rozumiał, dlaczego tak GO tak nazwałem. 


„Pomyśl; im bardziej człowiek jest pomylony, tym więcej może mieć władzy! Na przykład Hitler. Aż się w głowie kręci, nie? Warto się nad tym zastanowić”

Alegoryczny temat przewodni – historia walki niepokornego bohatera o godność z systemem (w domyśle władzę) – jest uwielbiany przez odbiorcę. Kochamy przecież anarchistów, buntowników, wariatów, którzy w swoim szaleństwie okazują się mądrzejsi od nas, normalnych. Do tego Jack Nicholson wcielił się w najwybitniejszą kreację w swej karierze, a Milos Forman stanął na wysokości zadania i nakręcił doskonałą ekranizację. Na każdym poziomie interpretacji mamy tu arcydzieła. Nic dziwnego, że ocenione na podziemie 8,5 (Filmweb) oraz  8,21 (LubimyCzytać).

Wichrowe wzgórza (1992 r.). Na koniec wybrałem książkę oraz film pod każdym względem inny niż poprzednie w tym poście. Po pierwsze, z uwagi na gatunek, po drugie, biorąc pod uwagę, że dzieło Emily Jane Brontë (to akurat być może nie jest pewne, ale o tym, kiedy indziej) pochodzi z pierwszej połowy XIX wieku!  Tragiczną historię miłości Katy i Heathcliffa ekranizowano kilkakrotnie. W najsłynniejszej w role główne wcielają się Juliette Binoche i Ralph Fiennes. Przyznam, że gatunek niezbyt mi odpowiada. A jednak czytając, czułem, jak bardzo tragiczną historię opowiada autor (autorka? – o tym, kiedy indziej). Prawie widziałem te tajemnicze i urzekające wrzosowiska północnej Anglii, po których wciąż wieje lodowaty wiatr i słyszałem skrzypienie drzwi. 


„Co wieczór modlę się, żebym ja go raczej przeżyła, niż on mnie, żebym ja raczej była nieszczęśliwa niż on. To oznacza, że kocham go więcej niż siebie”

Niewątpliwie, to historia o niewyobrażalnie tragicznej historii, a przy tym chyba jedna z najmroczniejszych powieści, jakie dane mi było czytać, choć przecież to powieść gotycka, a nie horror. Film ponury i piękny. Piękna muzyka, piękne plenery, kostiumy i świetni aktorzy. Trochę dziwne, że grając nastolatków, mają trzydziestkę, a trzydzieści lat później Fiennes, jako Heathcliff wciąż wygląda tak samo. Pal licho, że film jest jedynie wycinkiem tego, co oferuje książka, a większość tych, którzy książki wcześniej nie przeczytali, pewnie pogubią się w wątkach. Skąd zatem tak wyrównane oceny na Filmweb (7,4) LubimyCzytac (7,59)? Nie wiem, może przez to, że mimo tak wielu niedostatków filmowego obrazu z ekranu ciągle wieje ten lodowaty wiatr i słychać skrzypienie drzwi…

W tym tygodniu wystarczy.  W następnym wpisie postaram się wrzucić na ruszt same arcydzieła. Spodziewajcie się takich tytułów jak „Lśnienie”, „Lista Schindlera”, „Zielona mila”, „Forrest Gump” czy „Ojciec chrzestny”. Może dla równowagi wrzucę trochę polskiego akcentu i w tym zacnym zestawieniu będzie też „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” i „Wojna polsko-ruska”. A może zamknę temat na zawsze. Jeszcze nie zdecydowałem.

Fotografia pierwsza od góry: Kadr z filmu "Interview with the Vampire: The Vampire Chronicles". Poniżej kolejno kadry z filmów "Das Boot", "Girl, Interrupted" oraz "One Flew Over the Cuckoo's Nest".

10 listopada 2018

Moja nowa powieść jest skończona

Osiem lat temu wydałem swoją pierwszą powieść kryminalną pt. „Era Wodnika”. Rok temu ukazał się „Punkt Barana” będący jej kontynuacją, a wraz z nią zapowiedziałem trzecią część, którą właśnie skończyłem. Nowy kryminał z „serii astronomicznej” zatytułowałem „Gwiazdy Oriona”.  


Miałem wrzucić na ten blog kolejny wpis na temat książek, które są gorsze od filmów (albo filmów lepszych od książek, na podstawie których powstały), ale będzie inaczej. Ten tekst jest gotowy, ale musi poczekać. Jest coś ważniejszego. Właśnie otrzymałem plik mojej nowej powieści pt. "Gwiazdy Oriona" po przeprowadzonej redakcji i książka w tej chwili przechodzi pierwszą korektę. Czy to oznacza, że powieść jeszcze przed Bożym Narodzeniem trafi do odbiorców? Hm… 

Nie będę ukrywał, że im jestem starszy (chciałem napisać, że wraz z każdą następną powieścią) tym poświęcam więcej czasu na pisanie i poprawianie kolejnych dzieł. Czasem mam nawet wrażenie, że tworzę coraz słabsze książki. Nie wiem, czy to efekt dojrzewania twórcy, czy może dążenie do tworzenia coraz lepszych książek. Więcej piszę, a potem jeszcze więcej skreślam. Nie ma w tym chyba jednak niczego złego, bo wielu pisarzy tak działa i działało. A może się po prostu starzeję?

Wróćmy do mojej najnowszej powieści, która, niestety bardzo mnie denerwuje. Każda moja nowa książka mnie denerwuje, bo nie wiem, jak ją odbiorą czytelnicy. Można napracować się przy jej pisaniu, a przecież efekt, niekoniecznie musi zadowolić odbiorcę. Nie ukrywam również, że coraz wyżej stawiam sobie poprzeczkę. Przyznaję jednak, że przy żadnej z moich poświeci, nie napracowałem się tak bardzo, jak przy „Gwiazdach Oriona”. Ale to jednocześnie oznacza, że trzecia część serii astronomicznej stała się faktem. 

Pomysł na tę książkę pojawił się jeszcze przed publikacją "Punktu Barana". Pod koniec lipca po raz trzeci przeczytałem jej (kolejny?) ukończony rękopis. Jeśli czytasz ten blog, z pewnością wiesz, że to kolejna część przygód Emila Stompora. Jeśli nie czytasz – wyjaśniam: to pierwsza (chronologicznie) powieść kryminalna z serii astronomicznej,  czyli prequel. Myślałem, że tekst jeszcze latem będę mógł przekazać do redakcji, ale okazało się, że wciąż nie byłem zadowolony. Więc znów zacząłem poprawiać. 

W jednym z wcześniejszych wpisów zdradziłem, jak przebiega w moim wypadku proces twórczy. Upraszając, w finałowym etapie składa się on z dwóch etapów. Pisania oraz czytania i skreślania. Najnowszą powieść skończyłem pisać w połowie marca. Tekst liczył 98 tysięcy wyrazów. Od tamtego czasu czytałem, a potem skreślałem. W efekcie tego „Gwiazdy Oriona” skurczyły się do 70 tysięcy wyrazów. A 28 tysięcy słów to sporo. O ile dobrze liczę, to blisko 1/4 początkowej całości. I dobrze!

Z powieści znikły przede wszystkim dłużyzny. Do kosza trafiło większość niepotrzebnych opisów miejsc, charakterystyki bohaterów oraz nic niewnoszące do fabuły dialogi. Wszelkiego rodzaju zbędne przymiotniki, przyimki, zaimki i cała masa tekstowych chwastów. Kiedy skończyłem, okazało się, że tekst wciąż jest niemiłosiernie zaśmiecony. Intryga była według mnie za mało intrygująca, a fabuła za mało fabularna. Jaką mam na to radę? Przeczytać, wykreślić chwasty i tu oraz ówdzie dopisać niewielkie, acz kluczowe zdania. 

Tak powstał poprawiony prototyp książki, na który złożyło się 64 710 słów. Będąc pewnym, że już jest całkiem nieźle, zacząłem czytać… i oczywiście znowu skreślać. Tym razem jednak ingerencje ograniczyły się tylko do usunięcia oczywistych oczywistości i literówek. Przeczytałem, skreśliłem oraz tu i ówdzie dodałem jedno, czasem dwa zdania. I co z tego zostało? Możliwe, że kiedyś szerzej was z tym etapem zapoznam. Teraz mogę napisać, że został dość przyzwoity rękopis powieści, gotowej do dobrej (tak!) redakcji. 

W efekcie ostatnich (przedostatnich, kolejnych i jeszcze innych) poprawek, przekazany do redakcji prototyp książki, liczył dokładnie 65 144 słowa (nieco ponad 11 arkuszy wydawniczych). Skupiam się na tej statystyce nieprzypadkowo, wszak jakiś czas temu pisałem, że dzisiejszy bestseller powinien być dłuższy. Nie wiem, czy „Gwiazdy Oriona” zdobędą tak szumny tytuł, jedno jest pewne. Książka spełnia przynajmniej jeden z kryteriów kandydata na współczesny bestseller :-) A może nie tylko jeden? 

Tekst powieści liczy w tej chwili 65 416 słów, ponieważ w trakcie redakcji musiałem dopisać kilka dość istotnych dla fabuły zdań. A zatem mamy 11 arkuszy wydawniczych. W tej chwili książka przechodzi pierwszą po redakcji korektę, po jej skończeniu jeszcze jedną korektę przeprowadzi moja ukochana żona. Dopiero potem kolejna część przygód Emila Stompora będzie mogła trafić do czytelników.  Objętość najprawdopodobniej zmieni się tylko kosmetycznie. Jest już nawet okładka. 

Czy to oznacza, że „Gwiazdy Oriona” pojawią się w księgarniach jeszcze w tym roku? Początkowo tak zakładałem i bardzo chciałbym, by tak było. Jednak najprawdopodobniej nie zdążę. Dlatego realnym terminem premiery wydaje się pierwszy kwartał przyszłego roku. Tym bardziej, że w związku z premierą zaplanowałem pewną niespodziankę. No, chyba że zdecyduję się jeszcze na jakieś, niewielkie poprawki. ;-) A teraz wybaczcie, wracam po pisania kolejnej części…

3 listopada 2018

Książka jest gorsza niż film, cz. II

Przyjęło się twierdzić, że książki są lepsze niż filmy nakręcone na ich podstawie. Przed tygodniem zamieściłem wpis, otwierający serię postów, w których przedstawię filmy, które są lepsze niż literackie pierwowzory. Albo przynajmniej tak samo dobre. Według mnie oczywiście. 

W poprzednim wpisie wyjaśniłem różnicę pomiędzy adaptacją i ekranizacją. Obiecywałem, że będę omawiał reprezentatywne przykłady, ale jako że sam sobie jestem selekcjonerem – reprezentację dobieram osobiście. I możecie się ze mną kłócić na śmierć i życie. Udowodnię, że jest sporo takich filmów. Jeśli macie swoje typy, wpisujecie w komentarzach. Wieczory mamy długie, więc możliwe, że obejrzę, a potem przeczytam. 


Lektor (The Reader – 2008 r.). Film powstał na podstawie powieści Bernharda Schlinka z 1995 r. o tym samym tytule. Lektura szkolna w niemieckich szkołach. Wyreżyserował go Stephen Daldry, a w role główne wcielili się Ralph Fiennes i… No właśnie. W rolę Hanny Schmitz początkowo miała się wcielić Nicole Kidman lub Marion Cotillard. Pod uwagę były brane również: Juliette Binoche, Naomi Watts i Angelina Jolie. Ostatecznie zagrała Kate Winslet i to jej przypadł Oskar dla żeńskiej roli pierwszoplanowej, mimo że wcześniej odmówiła reżyserowi. 

„Uciec nie znaczy tylko skądś odejść, lecz również dokądś dotrzeć”



Oprócz Oskara film dostał jeszcze 5 innych nagród (w tym Złoty Glob) i 19 nominacji. A to mówi samo za siebie. Film do połowy mnie interesował. Potem opadła mi szczęka. Żadna inna fabuła filmowa nie zaskoczyła mnie tak bardzo.  Obraz niesamowity, a książka… Jedna z tych, które uderzają z pięścią w twarz i krzyczą: myślisz, że Twoje życie jest prze***ane? A gó**o prawda! Ocena 7,8 na Filmweb, książka 7,18 na LubimyCzytac. Nie oglądaliście, nie czytaliście? Nie czytajcie recenzji i nie oglądajcie trailerów!  Zepsujecie sobie zabawę. Chociaż... to złe słowo. Tak czy inaczej polecam. 

Lolita (Lolita – 1997 r.).  Ciekawe, że ten film nie zdobył żadnej nagrody. Ciekawe, że będzie budził zgoła odmienne reakcje niż poprzedni, a wiele ich łączy. Tak czy inaczej, obraz ze Jeremym Ironsem, Dominique Swain i Melanie Griffith to genialna adaptacja powieści Vladimira Nabokova z 1955 roku o tym samym tytule.  Nie mniej genialnej zresztą, szczególnie jeśli chodzi o język. Jej fabuła jest tak bogata, wielowątkowa, pełna zagadek, gier słownych i odniesień do innych dzieł, że film może być tylko jej żałosnym wycinkiem. A jednak jest inaczej. Adrian Lyne z wyciętego fragmentu uczynił dzieło wielkie, kunsztownie nagrane. 

„Lolito, światło mego życia, płomieniu mych lędźwi”

Wystarczy wspomnieć, że tytułową rolę odrzuciła Natalie Portman, a twórcy aktorkę wybrali wśród 2,5 tysiąca kandydatek. Jasne, że tytułowa Lo w filmie i tak jest podstarzała a w głosach krytyki słychać, że obraz jest apoteozą pedofilii. Nie wiem, nimfetki mnie nie interesują, ale wiem, że obejrzałem genialną i bolesną historię, która zapiera dech w piersiach. Podobnie jak książka, której język powala na kolana. Ocena 7,4 na Filmweb, książka 7,29 na LubimyCzytac.   

Angielski pacjent (The English Patient – 1996 r.). Adaptacja powieści z 1992 roku Michaela Ondaatje (ten sam tytuł), za którą kanadyjski pisarz otrzymał Nagrodę Bookera. Film powstawał w bólach. Pierwsza wytwórnia (20th Century Fox) wycofała się z projektu z powodu nieporozumień z producentem w kwestii obsady. Kością niezgody była m.in. rola Katharine Clifton. Tu widziano Demi Moore lub ewentualnie Mirandę Richardson czy Sharon Stone. Do obsady przewidywano również takie nazwiska jak: Sean Connery, John Goodman, Richard Dreyfuss lub Danny DeVito (Caravaggio) i Daniel Day-Lewis (Almasy). Ostatecznie do roli Katharine Clifton zaangażowano Kristin Scott Thomas po tym, jak napisała w liście do reżysera, że „To ja jestem Katharine w twoim filmie”. 

„Wszyscy, których pokocham, giną. Ty chcesz być kolejny?”


Film dostał 9 Oskarów, dwa Złote Globy, 13 innych nagród i aż 33 nominacje! Obraz Minghella zwraca uwagę. Począwszy od przepięknych zdjęć, po świetną grę utytułowanych aktorów. Nie bez znaczenia jest również rozmach i świetna muzyka. Film jest lepszy od książki lub inaczej… Książka jest równie dobra, lecz czytanie jej jest trudniejsze po stokroć od oglądania. To powieść specyficzna. Nie można jej czytać pośpieszne, raptownie, trzeba myśleć. Ocena 7,4 na Filmweb, książka 6 na LubimyCzytac.   

Skazani na Shawshank (The Shawshank Redemption – 1994 r.). Bardzo możliwe, że to najlepszy film wszechczasów. Tym bardziej interesujące, że w kinach nie odniósł sukcesu. Ciekawe również, że pomimo 7 nominacji do Oskara i 9 do innych nagród nagrodzono tylko zdjęcia. Dopiero po ukazaniu się filmu na kasetach i płytach produkcja zdobyła popularność. I to ogromną! Od lat na „Skazani Shawshank” zajmuje 1. miejsce w przeróżnych rankingach, filmowych bazach danych i portalach dla kinomaniaków oraz bardziej lub mniej prestiżowych rankingach i plebiscytach. 

„Nadzieja to dobra rzecz, może najlepsza ze wszystkich”

Tymczasem film jest tylko dość luźną adaptacją i to nawet nie powieści, ale zaledwie opowiadania Stephena Kinga z roku 1982 (opublikowanego w zbiorze pt. „Cztery Pory Roku”). Między dziełami jest też sporo różnic. U Kinga jeden z bohaterów jest rudym Irlandczykiem, a w filmie gra go Morgan Freeman. O tym aktorze można powiedzieć wiele, ale na pewno nie wygląda na rudowłosego Irlandczyka. W filmie niektóre wątki zostały rozbudowane. Film Franka Darabonta jest nie mniej genialny, niż literacki pierwowzór, a może nawet jest lepszy. Ocena aż 8,8 na Filmweb, książka 7,5 na LubimyCzytac.   

Miłość w czasach zarazy (Love in the Time of Cholera – 2007 r.). Właściwie ten film nie powinien się tutaj znaleźć. Analizując oceny: zaledwie 6,3 na Filmweb i 7,33 na LubimyCzytac można odnieść wrażenie, że to książka, na podstawie której nakręcono film, jest zdecydowanie lepsza. Dlaczego zatem umieściłem go w tym czcigodnym zestawieniu? Ponieważ reżyser postąpił wbrew pisarzowi. O ile Márquez stworzył utwór w konwencji kiczowatego romansu, cichcem naśmiewając się z tego gatunku, co uczyniło dzieło wielkim, to…

„To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę, kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie”

… reżyser (Mike Newell) spłycił historię Florentono Arizy, Ferminy Dazy i doktora Juvenala Urbino do poziomu niemal tandetnej komedii romantycznej. Tym samym  pozwolił odbiorcy śmiać się głośno z czegoś tak osobliwego, jak wspomniany wcześniej gatunek. Nawet, jeśli jesteśmy jego fanami. A tak już na poważnie, to film jest piękny, ciekawy, kolorowy i najzwyczajniej dobry. Warto go obejrzeć, choćby po to, aby zrozumieć, że to popłuczyny dzieła Márqueza. I nawet śmieszy mnie, że w filmie słyszałem „damned” zamiast osobliwej interpunkcji autora, jak wyżej, a na ekranie przeczytałem „psiakrew”.  

Milczenie owiec  (Silence of the Lambs – 1991 r.). Tego tytułu nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć. Dzieło Jonathana Demme'a to majstersztyk. Przeniesienie powieści Thomasa Harrisa z 1988 roku na ekran to przecież nie lada wyzwanie. Wszak przecież to jeden z najwybitniejszych thrillerów psychologicznych XX wieku. Film jest przykładem, że można zekranizować książkę w ponadprzeciętnie dobry sposób, a przy tym dość wiernie. Kto czytał powieść, a potem widział Haniballa Lectera wie, o czym mówię.  

...musisz nauczyć się oszukiwać zło. Czasami tylko w ten sposób można osiągnąć coś dobrego...



Gra Hopkinsa i Jodie Foster jest tym, co teraz zastępuje się wybuchami, efektami komputerowymi i wszystkim, co nie ma nic wspólnego z prawdziwym aktorstwem. Aby uczynić graną postać autentyczną, Hopkins studiował nagrania głosów morderców. Wypowiadając swoje kwestie przed kamerą, nie mrugał. I m.in. dlatego rola niebywale inteligentnego lekarza-mordercy jest bardzo wiarygodna. Zresztą agentka FBI Clarice Starling tak samo, dzięki czemu powstał najbardziej przerażający film wszech czasów (według plebiscytu magazynu Giant). Jestem pewien, że gdyby nie genialna gra tych aktorów, film nie obniósłby takiego sukcesu.  Ocena 8,2 na Filmweb i 7,94 na LubimyCzytac.   

Pachnidło (Perfume: The Story of a Murderer 2006 r.). Zacznę od tego, że wersja kinowa historii o genialnym mordercy mocno odbiega od literackiego pierwowzoru z powieści Patricka Süskinda i co z tego. Zamiast ekranizacji otrzymujemy dzieło, które poraża rozmachem. Kinowe „Pachnidło” nie jest zwykłym widowiskiem. Oglądając film, przeżywamy coś niecodziennego. Widzimy to, co książka pozwala nam poczuć od pierwszej strony: zapachy. 

„W epoce, o której mowa, miasta wypełniał wprost niewyobrażalny dla nas, ludzi nowoczesnych, smród. Ulice śmierdziały łajnem, podwórza śmierdziały uryną, klatki schodowe śmierdziały przegniłym drewnem i odchodami szczurów, kuchnie - skisłą kapustą i baranim łojem; w nie wietrzonych izbach śmierdziało zastarzałym kurzem, w sypialniach - nieświeżymi prześcieradłami, zawilgłymi pierzynami i ostrym, słodkawym odorem nocników”


Co ciekawe, po przeczytaniu książki, obraz w wielu przypadkach jest jeszcze bardziej genialny. Możemy wychwycić to, co widać na zdjęciach, ale czego bez lektury lub za pierwszym razem nie dostrzegaliśmy i nie rozumieliśmy. W tym wypadku obraz i książka się w unikalny sposób uzupełniają. A podmiot tej niezwyklej historii? Aż ciarki przechodzą po plecach. Fakt, geniusz, ale przerażający. Niedocenione 7,4 na Filmweb i również niedocenione 6,99 LubimyCzytać. Moim bardzo skromnym zdaniem. 


Pornografia (2003 r.). O ile Gombrowicz w 1958 roku napisał powieść ocierającą się o perwersję, bluźnierstwo i okrutną, to ze smakowitymi odniesieniami do filozofii Nietzschego. Na pewno jest ona wspaniała. Z pewnością warto ją przeczytać dla tajemnicy, intrygi, szalonego pomysłu i choćby jej drugiego zdania:

„Wówczas, a było to w 1943-im, przebywałem w byłej Polsce i w byłej Warszawie, na samym dnie faktu dokonanego”

Jan Jakub Kolski przenosząc to dzieło na ekran, wykazał się sporą odwagą, również dlatego, że sprzeniewierzył się literackiemu pierwowzorowi. I dobrze. Ogromnym atutem „Pornografii” na pewno są cudowne zdjęcia. Film dla wielu może być nudny, można go nie zrozumieć, ale obserwując, jak pracuje przysłona, zoom albo ostrość kamery trzeba przyznać, że obraz jest wspaniale subtelny, a przy tym wymowny.

Również gra Ferencego, Majchrzaka czy też Frycza to najwyższy poziom sztuki aktorskiej. Całość dopełnia fantastyczna muzyka. Przyznaję, to nie jest film dla każdego, tak jak Gombrowicz nie każdego zachwyca. Tu nic nie jest oczywiste, nic nie mówi się wprost. A jednak zaserwowane nam przez reżysera danie jest bardzo smaczne.  Tak samo, jak książka.  Według mnie zdecydowanie niedocenione 7 na Filmweb i uczciwe 7,42 LubimyCzytac. Szkoda, że ten  polski kandydat do Oscara, go jednak nie dostał.

Osiem zupełnie różnych filmów, osiem dzieł literackich. Doskonałe dzieła, zarówno literackie, jak i filmowe – z zastrzeżeniem, że filmowe lepsze, oczywiście według mojego skromnego zdania.  Tak, na ostateczny efekt składają się różne czynniki: zdjęcia, gra aktorska, montaż czy interpretacja pierwowzoru, ale według mnie w tych wypadkach wygrywa film.

W następnym odcinku m.in. „Wywiad z wampirem”, „Requiem dla snu” „Przerwana lekcja muzyki”, „Czerwony Październik”, „Wichrowe wzgórza” i pewnie coś jeszcze. Zapraszam. 
--
Fotografia pierwsza od góry: Kadr z filmu "The Reader". Fotografia trzecia od góry. kadr z filmu "The Silence of the Lambs". 

Czy to koniec książki po polsku w Amazon?

W poradniku dla samopublikujących autorów pt. „ Biblia SELF-PUBLISHINGu ” napisałem, że CreateSpace to niemal idealna platforma dla publiku...