21 maja 2018

Czy pisanie ma sens?

Myśląc o napisaniu swojej pierwszej książki, zwracasz się do mnie z pytaniem, czy pisanie ma sens? Czasem pytasz, jak książkę opublikować? Obawiam się, że bardzo udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi. 

Zacznę od tego, że nie czuję się autorytetem w dziedzinie pisarstwa czy self-publishingu. Nawet nie czuję się pisarzem. Pisarz to zawód, a ja jestem hobbystą. Owszem, mam na tym polu spore doświadczenie i właśnie ono podpowiada mi, że na pytanie, czy pisanie ma sens, trzeba odpowiedzieć samemu. Natomiast e-mail podpowiadający jak opublikować książkę, musiałby być bardzo długi. Jak książka. 

Nie jestem na Twoim miejscu, a Ty na moim, więc dla Ciebie moje argumenty mogą nie mieć znaczenia. Oczywiście mam wątpliwości, zastanawiam się, kim jestem i co robię. I czy to ma sens. Spotyka mnie krytyka, niezbyt przyjemna. Minusów jest więcej, są jednak plusy samopublikowania. Taka działalność nie jest wyłącznie biała albo wyłącznie czarna. Samopublikowanie od ścieżki tradycyjnej dzieli cienka granica.

Możliwe, że brak mi talentu i nigdy nie napiszę naprawdę dobrej książki. Istnieje jednak szansa, że jest inaczej. Może te książki, które już napisałem, kiedyś zyskają uznanie, bo są dobre? Może teraz zabrakło trochę szczęścia lub innego czynnika? Kiedy dopadają mnie wątpliwości, lubię myśleć, że swojej najlepszej książki jeszcze nie napisałem. To pozwala mi dalej pracować: pisać, skreślać, poprawiać. 

Oczywiście mógłbym się poddać, lecz takim sposobem nie da się stworzyć swojej najlepszej książki. Ambicjonalnie nie jestem spełniony, bo moje książki mogłyby lepsze. Finansowo także nie jest wspaniale, bo mógłbym sprzedać więcej, ale lubię pisanie. To – przede wszystkim – moje hobby, więc będę pisał dalej. Tym bardziej że na razie nie wybieram się na tamten świat, więc robię to, co sprawia mi satysfakcję.

To, że chcesz pisać wyłącznie dla pieniędzy, jest mało prawdopodobne. Nie ukrywam jednak, że miło jest dostać przelew z tytułem „honorarium autorskie”. Tym bardziej że książka zwykle jest inwestycją. Lokujemy swoją pracę, czas i nierzadko pieniądze. Nawiasem mówiąc, trudno zarabiać na tym, co się napisało. Łatwiej zarabia się na tym, co już zostało opublikowane i się sprzedaje. To jednak inny temat, na inny wpis. 

Stoisz na rozdrożu. Z pewnością nie po raz ostatni. Tylko Ty możesz wybrać swoją drogę. Nie wiem, jakie masz cele, czego pragniesz i oczekujesz. Pisz, jeśli sprawia Ci to satysfakcję. Jeśli chcesz na tym zarobić, przyjmij do wiadomości, że nie będzie łatwo. To możliwe, ale jest trudne i wymaga wysiłku. O tym, jak zarabiać przeczytasz w moich poradnikach dla autorów. Pomogą Ci i odpowiedzą na większość Twoich pytań. 

Wiem, że jestem w innej sytuacji, niż Ty. Jest jednak coś, co nas łączy. Jeśli chcesz pisać, sprawia Ci to radość i uważasz, że tworzysz interesujące dzieła, to nie warto się poddawać. Opublikuj swoje dzieło i włóż trochę wysiłku w jego promocję. Przy splocie pewnych okoliczności, może Twój tytuł zyska uznanie, a Ty honorarium autorskie i satysfakcję. Jeśli nie odważysz się na swój pierwszy krok, będziesz stał w miejscu. 

Nie czytałem tego, co napisałeś. Nie oceniam, nie krytykuję. Nie znam się na tym. Jestem tylko autorem. Lubię pisać. Nauczyłem się publikować i zarabiać na tym. Przez lata zebrałem wiedzę i postanowiłem się nią podzielić. Znajdziesz ją w poradniku pt. „Autor 2.0. Jak wydać (własną) książkę i na tym zarobić” oraz książce „Poradnik selfa. Jak publikować, żeby zarabiać. Oba tytuły nie są idealne, ale pomogą wielu autorom. 

Pierwsze, amatorskie e-booki publikowałem już w 2002 roku. Wydałem ponad dwadzieścia różnych publikacji. Były to e-booki, książki, był nawet audiobook i utwór hipertekstowy. Część ukazała się w przekładach na język angielski oraz niemiecki, niektóre pod pseudonimem. Prowadziłem własne wydawnictwo i wydawałem w ośmiu innych. Przez piętnaście lat sprzedałem kilkadziesiąt tysięcy swoich utworów. 

Jednak wciąż jeszcze nie napisałem swojej najlepszej książki. Pisanie ma sens. Ma sens dla mnie. Przemyśl to.
--
fot. www.sxc.hu

16 maja 2018

Redaktor na wagę złota

To naturalne, że trafiające do rąk czytelnika dzieło jest rezultatem pracy redaktora oraz aktu tworzenia pisarza. I zwykle wynikiem jakiegoś kompromisu pomiędzy nimi. Pytanie, gdzie się jednak kończy pisanie, a gdzie zaczyna redakcja? 

Niedawno widziałem film pt. „Geniusz”. Wspominam o nim, ponieważ to dzieło podwójnie biograficzne. Jego twórcy ukazują w nim skomplikowane relacje łączące autora i jego redaktora. Ukazano w nim, jak wielki wkład w ostateczną formę książki mogą mieć ludzie inni, niż autor. Thomasowi Wolfe można zazdrościć trafienia na geniusza. A ponieważ moje książki nie są idealne, film był dla mnie jeszcze ciekawszy.


Na szczęście istnieją ludzie, który utrzymują się z poprawiania tego, co napisali inni. Normalnie powinni być nienawidzeni przez autorów, bo kto lubi wytykanie błędów? Redakcja to jednak bezdyskusyjna konieczność, a dobry redaktor, to skarb nad skarby. Okaz, jaki niestety, trafia się raz na kilkudziesięciu innych. Drogocenny, bo zadowala się co najmniej trzycyfrową stawką za arkusz wydawniczy. I tutaj pierwsza uwaga. 

Są tacy, którzy chcą sporo, a nie dają prawie nic w zamian. Współpracowałem z kilkoma. Wszyscy mają ogromny wpływ na ostateczny odbiór tekstu przez czytelnika. Teoretycznie to autor, a nie redaktor jest ojcem książki, ale redaktor staje się ojcem zastępczym. Zwykle dobre opracowania językowe przynosi wiele korzyści. Na pewno jednak niefachowość i zbyt głęboka ingerencja w tekst, przynosi nieodwracalne szkody.

Wprawdzie do czytelnika trafia tekst napisany poprawnie, ale staje się drewniany, mdły, płaski i bez polotu. Powieść przypomina rozprawkę z języka polskiego w trzeciej klasie liceum, a nie zgrabne językowo dzieło. Dlatego staram się oddawać do redakcji teksty wymagające tylko niewielkich zmian. I szukam takich fachowców, z którymi współpracuje się dobrze. Niech pozostawią mój styl, usuną błędy i dobrze doradzą.

Grandage w swoim filmie przedstawia Maxa Perkinsa, jednego z najwybitniejszych redaktorów w historii literatury amerykańskiej. Możliwe, że bez jego pracy wielkie dzieła Hemingwaya, Fitzgeralda i Wolfe’a nigdy by się nie ukazały. Na pewno nie byłyby takie, jakimi czytamy je dzisiaj. Widzimy, że rolą redaktora nie jest tworzenie, ale przede wszystkim podpowiadanie autorom, jak czynić ich książki jeszcze lepszymi. 

Nie wszyscy redaktorzy, z którymi współpracowałem, pomogli moim książkom.  Przeciwnie, w swojej historii mam również wstydliwe i negatywne doświadczenia. Przeczytasz o nich (i innych tematach związanych z samodzielnym publikowaniem) w moim poradniku dla niezależnych autorów. Jedno jest pewne. Warto głęboko przemyśleć wybór, który może pomóc uczynić twoje dzieło wielkim… lub je zniszczyć. 

Nie oszukujmy się. Nawet drogi, doświadczony i bardzo dobry redaktor nie uczyni z dzieła, bez potencjału, kolejnych  „Komu bije dzwon”, „Wielki Gatsby” czy „Spójrz ku domowi, aniele”. Granica między pracą autora i redaktora jest subtelna oraz ruchoma, lecz tylko pierwszy tworzy dzieło. Rolą drugiego jest przede wszystkim przekazanie rynkowi dzieła lepszego, dopracowanego i atrakcyjnego komercyjnie. 

Mam w dorobku kilka powieści, nowele, opowiadania. Na półce są też książki tematyczne i poradniki. Wydawałem je sam lub w wydawnictwach. Nie są idealne. Działałem z wieloma ludźmi książki: redaktorami, korektorami i tłumaczami. Każdy w jakiś sposób zmienił moje książki. Niektórzy uczynili je – mam nadzieję – lepszymi. I tym, bardzo dziękuję. Bo dobry redaktor, naprawdę jest na wagę złota. Dosłownie. 

11 maja 2018

Pisz, skreślaj, poprawiaj

Tworzenie nowej książki to akt składający się z kilku etapów. Bardzo mylą się ci, którzy sądzą, że najważniejszym z nich jest pisanie. Owszem, to etap istotny. Największy wpływ na formę dzieła ma jednak coś zupełnie innego. 

Mam biurko, komputer i lampkę. Pomysły i determinację. Pomaga mi ściana, a na niej najważniejsze założenia nowej książki (lista rozdziałów, mapa ataków mordercy, tabelka z nazwiskami ofiar oraz datami i miejscem ich śmierci). Mam tam też pewne żelazne zasady, którymi staram się kierować pisząc i poprawiając swoje teksty. Najważniejsza brzmi: Skreślaj, co tylko się da.

Tytuł tego wpisu pierwotnie miał rozpoczynać jeden z rozdziałów mojego poradnika dla autorów, jaki niebawem trafi do rąk czytelników. Jednak w myśl wspomnianej zasady usunąłem tytuł. Wraz z nim, cały rozdział.  Nie pasował do koncepcji tego dziełka, więc został wycięty. Nie ma w tym niczego dziwnego. Moje teksty w ten sposób powstają – bardziej od skreślania i poprawiania niż od pisania.

Wielokrotnie zmieniam zdania wypuszczane spod klawiatury. I to dlatego tak często trafiają się w nich przedziwne literówki (np. „trafiają z przedziwnymi oraz literówki są”), a redaktorzy mają tak wiele pracy przy doprowadzaniu moich manuskryptów do ładu i składu.  Bo jeśli tekst zmienia się dziesięć razy, zwykle zostaje gdzieś niepotrzebny wiór, którego nie widać.

To wynika również z biologii. Tekst utrwala się w mózgu. Po czasie, zdania nie są jednak czytane, ale odtwarzane z pamięci, więc wzrok nie wychwytuje drobnych błędów. Okazuje się, że zmysły nas oszukują i to Parmenides oraz jego uczniowie mieli rację, a nie Heraklit. Bronią przeciwko temu ma być kolejna z zasad, jakimi staram się kierować. Zawsze czytaj to, co napisałeś.

Jej skuteczności wzrasta, jeśli zostaje spełniony warunek „dojrzewania” tekstu, a nie zawsze jest to możliwe. „Dojrzewaniem” tekstu nazywam czas, jaki powinien upłynąć od jego napisania, do chwili, kiedy można go poprawiać. Im ten czas jest dłuższy, tym lepiej dla teksu. Z tego wynika, że stworzenie budulca dobrej książki nie musi być czasochłonne, ale doprowadzenie tekstu do formy nazywaną książką już owszem.  

Istnieją podobno autorzy, którzy piszą książkę w kilkanaście dni. Sam staram się, aby każda moja kolejna powieść była lepiej napisana niż jej poprzedniczka. Nie oznacza to, że piszę ją dłużej, niż poprzednią. Na pewno jednak ją dłużej poprawiam. I nie mieści mi się w głowie, jak można to zrobić w trzy tygodnie. To wymaga geniuszu, kłamstwa albo pisania, jakby się było czarodziejem literatury. Widać, ja nim nie jestem.

Myślę, że najważniejsza z zasad, jakie widzę na kartce obok monitora to trzy słowa: pisz, skreślaj, poprawiaj. Nie wiem, czy mam rację, ale piszę, skreślam, i nieustanne poprawiam to, co napisałem. Dopieszczam tekst, wyzbywam się niepotrzebnych słów. To praca rzemieślnicza. I najgorsze w niej nie jest czasochłonność. Znacznie bardziej frustruje fakt, że kiedy książka trafi już do czytelnika, okazuje się, że zawsze coś można w niej jeszcze skreślić, poprawić albo dopisać.

6 maja 2018

W poszukiwaniu straconego czasu

Czas jest podobno przyczyną bardziej ginięcia niż powstawania i zależy od prędkości układu odniesienia, w którym się go mierzy. Nie wiem, czy ostatnio biegnie jakoś szybciej, ale mam wrażenie, że moja praca nad już wydanymi książkami, pochłania te jeszcze nienapisane…

Skupiłem się na prowadzeniu bloga oraz na intensywnej współpracy z panią redaktor. Oboje ciężko pracujemy, aby mój poradnik dla samopublikujących autorów nadawał się do czytania i aby można było o nim powiedzieć, że napisano go po polsku. Poprawek jest sporo, tym bardziej że pani redaktor przeforsowała koncepcję, której wcześniej nie zakładałem. Mam nadzieję, że z korzyścią dla książki. 

Problem z redakcją jest taki, że bardzo tego etapu powstawania książki nie lubię. Jest nudny i czasochłonny. Oznacza również pewne kompromisy. Godzę się na nie, ponieważ w założeniu mają wyjść książce na dobre i są nieuniknione. Ufam profesjonalistom, bo mają większe doświadczenie ode mnie i wiedzą, co robią. Mam jednak wrażenie, że los autora, który sam wydaje swoje książki, też jest pewnego rodzaju kompromisem. 


Niebawem „Poradnik selfa” trafi do czytelników, którzy za niego zapłacą. Mają prawo za swoje pieniądze otrzymać dopracowane dzieło. Zdecydowałem się przekazać odbiorcom zbieraną przez prawie piętnaście lat wiedzę i chcę to zrobić dobrze. Temu się aktualnie poświęcam. Jednak obok monitora leży stos stu kartek, którego nawet nie dotykam. Tytuł na pierwszej stronie jest jak oskarżenie. Wzbudza we mnie fale wrzutów sumienia, boleśnie kłując w oczy przy każdym spojrzeniu. 

Zdecydowałem się też niedawno na wydanie utworu „O człowieku, który patrzył w niebo”. Decyzja wiązała się zaprojektowaniem i wykonaniem okładki, złożeniem książki i dopilnowaniem, aby odpowiednie pliki trafiły do ludzi, którzy zajmą się uruchomieniem sprzedaży książki. Mam nadzieję, że okładka Cię zainteresuje, a opowiedziana przeze mnie historia będzie się Ci się podobać. Bo oprócz tego, o czym napisałem wcześniej, wciąż „tracę czas” na jej promocję.

A to oznacza, że powieść z cyklu astronomicznego leży i czeka na lepszy czas. Konkretnie to czeka w ogóle na czas, którego nie mam, a potrzebuję do poprawienia tekstu przed przekazaniem go redaktorowi. Z ulgą jednak przyznaje publicznie, że redakcja językowo-merytoryczna „Poradnika selfa” powoli dobiega końca. Mam nadzieję, że jeszcze w tym tygodniu tekst będzie gotów do składu. 

Nie chcę jeszcze podawać konkretnych dat, ale obiecuję, że niebawem uchylę całkiem sporego rąbka tajemnicy. Na pewno opublikuję spis treści, dowiesz się również, ile stron będzie liczyła książka, ile będzie w niej ilustracji, w jakim formacie zostanie wydrukowana i jaką będzie mieć okładkę. Oczywiście subskrybenci newslettera dostaną te wiadomości pierwsi, potem przekażę je dalej. 

Zachęcam do zapisania się na newsletter, bo na subskrybentów zawsze czekają niespodzianki. Nie wiem, czy uda mi się wynegocjować rabat, ale z pewnością za pomocą newslettera poinformuję o starcie przedsprzedaży. Obiecuję również, że niebawem na moim kanale YouTube pojawi się kilka nowych materiałów, w tym nieco dłuższy wywiad. Intensywnie nad nimi pracujemy ze swoim „działem marketingu”. 

Życie autora, który sam publikuje swoje utwory, nie jest usłane różami. Podkreślam to pytany o self-publishing: samodzielne wydawanie przez autorów swoich utworów jest metodą publikowania książek i e-booków trudniejszą od tradycyjnej ścieżki wydawniczej. Wymaga wiedzy, umiejętności i czasu.  A według mnie, autor powinien przeznaczyć go przede wszystkim na pisanie, a nie na promocję. 

Pewnie niektórzy się ze mną nie zgodzą. Jednak żyjemy w czasach smartfonów, mikrofalówek, e-booków i Internetu, a nie kałamarzy i gęsich piór. I mam na poparcie mojej tezy dwa argumenty: stosik po prawej stronie monitora, który leży i wciąż czeka. A o drugim możecie przeczytać w moim ostatnim wpisie. Jest o tym, jakie zadania ma autor w czasach Internetu, kiedy wszystko, niestety, dzieje się jednak o wiele szybciej. 

2 maja 2018

Autor w czasach Internetu

Co bardziej wpływa na sukces książki: jakość, czy skuteczny marketing? A może jeszcze coś innego? Jedno jest pewne, autor, który nie będzie promował swoich dzieł, ma małe szanse odnieść sukces. Dlatego działania marketingowe są dziś koniecznością. To los autora w czasach Internetu. 

Z pewnością zauważyliście, że mocniej promuję swoją twórczość. Wcześniej nowa notka na blogu pojawiała się co kilka tygodni. Teraz nowy wpis na blogu pojawia się co 5-6 dni, a na Facebooku, Twitterze oraz Google Plus „coś nowego” pojawia się właściwie codziennie. To jednak wciąż za mało. Trzy serwisy social media dziś na pewno już nie wystarczą. 

Mam newsletter strony autorskiej. Mailing pojawia się nieregularnie, ale jego subskrybenci, jako pierwsi dowiadują się o nowościach. Tak było między innymi z nowym filmem na YouTube. A zatem już wiadomo, że również i ten serwis wykorzystuję do utrzymania kontaktu z odbiorcami. Do tego doszedł jeszcze Instagram, od którego przez długi czas się wzbraniałem. Działam jeszcze gdzie indziej. Wierzcie lub nie, ale to wszystko jest bardzo czasochłonne.

Sami wiecie, ile czasu spędzacie w sieciach społecznościowych. Jednak obecność w nich autora w czasach Internetu jest nieodzowna. Autor wydający samodzielnie swoje książki, aby zdobyć czytelników oraz aby utrzymać już kiedyś zdobytych, musi prowadzić działania promocyjne. Najlepiej skuteczne, a to nie oznacza incydentalnych wpisów.  Wspaniale, że mam w tym zakresie nieocenioną pomoc. Bardzo za nią dziękuję.

Ze skutecznością  bywa różnie, bo jak się przyjrzycie mojemu ostatniemu filmowi, to montażu nie ma, autor się jąka, plącze słowa i sprawia wrażenie przesadnie spiętego. Pamiętajmy jednak, że nie każdy dysponuje budżetem pozwalającym na wyprodukowanie „Parku Jurajskiego” i za samodzielnym autorem nie stoją zawodowcy z wydawnictwa, ich doświadczenie, narzędzia oraz pieniądze.   Na szczęście nie tylko to oni decydują o efektach reklamy, ale przede wszystkim odbiorca.   



Działania samodzielnego autora mogą być skuteczne bez funduszy. Bo chodzi o to, aby czytelnik dowiedział się, że autor wydał coś nowego. Coś, czym – być może – warto się zainteresować. A nawet kupić. I promować można na różne sposoby. Najmniej skuteczną metodą, moim zdaniem, jest płatna reklama. Najlepszą – autentyczność. Bardzo pomaga również nazwisko, ale nie tylko.  I obecność w mediach komercyjnych (TV, radio i prasa).

Powieść „Dla niej wszystko” Mariusz Zielke udostępnił za darmo. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie film na YouTube, w którym autor opowiadał o groźbach, z jakimi się spotkał, o ile opublikuje swoją powieść. Książka miała być niewygodna dla wpływowych ludzi, więc pracujący na ich usługach prawnicy, starali się zablokować publikację. Autor dementował zarzuty o marketing, ale sieć podchwyciła temat i o sprawie wielu usłyszało.

Bohaterowie książki Joanny Onoszko pt. „Sekretne życie motyli” nie spodobali się polskim wspinaczom.
Według tego środowiska książka miała oskarżać, krytykować, demaskować niezbyt sportowe zachowania, a nawet oszustwa oraz medialne gierki konkretnych nazwisk. Dzieło wywołało burzę w środowisku, do którego było przede wszystkim adresowane. Nie wiem, jak się sprawa skończyła, ale o skandalu przeczytali również, ci, którzy się nie wspinają. 

W 2012 roku o Kominku, czyli Tomku Tomczyku pisano, że jest „najlepiej zarabiającym self-pubisherem w Polsce”. Można było polemizować, ale nie o tym, że swoje pierwsze książki Kominek publikował z wielkim „hukiem”. Internet pękał w szwach od wywiadów, notek i recenzji jego pierwszych poradników. Jego nazwisko działało, jak magnes na odbiorców. Wielu weszło na blog autora, wielu o nim pisało, wielu kupiło jego poradniki.  I słusznie, są bo przydatne i całkiem niezłe.

Podobnie głośny jest przypadek Michała Szafrańskiego, który się bardzo skutecznie promuje. Można powiedzieć, że to modelowy przykład skutecznych działań marketingowych autora wydającego bez wydawcy. Jest blog, social media, liczne wywiady, telewizja, świetne filmy, darmowe fragmenty książki, przedsprzedaż, atrakcyjna oferta, świetny produkt, kulisy produkcji, duża grupa odbiorców i autor w roli eksperta. Wynik to rekordowe cyfry działające na wyobraźnię.

Sprzedaż mojej powieści pt. „Koma” wzrosła, kiedy w kinach pojawił się film inspirowany tą samą historią (pisarza skazanego za zabójstwo).  Mógłbym podawać kolejne przykłady, mniej spektakularne, ale równie skuteczne. Jak widać, czasem liczy się pomysł, ale bywa, że najbardziej pomaga zwykłe szczęście. Z pewnością to nieprawda, że dobra książka się wypromuje sama. Dzieło musi być promowane, aby przyszedł sukces. Inaczej się nie da.

Nawet słaba książka sprzeda się, jeśli jest dobrze promowana. Metody i formy są różne, lepsze lub gorsze, bardziej lub mniej etyczne, droższe i tańsze. Można zatrudniać fachowców, można działać samemu, jeśli się ma wiedzę. O tym wszystkim przeczytasz w moim poradniku dla self-publisherów. Niemal wszystkie chwyty są dozwolone. Trzeba tylko pamiętać, że jeden wpis na miesiąc to mało. Trzeba trzymać kontakt. Zatem do następnego wpisu, pojawi się za kilka dni. 

24 kwietnia 2018

Nie(o)publikowana (o)powieść nie tylko lotnicza

Wiosną 2015 roku, dzięki jednemu z moich czytelników, moje opowiadania lotnicze trafiły do zaprzyjaźnionego z nim właściciela pewnego wydawnictwa. Obaj to aktywni lotnicy i moje utwory zrobiły na nich spore wrażenie. 


Po krótkiej wymianie zdań usłyszałem: opowiadania są dobre i powinny zostać wydane. Przy okazji dowiedziałem się, że jako autor potrzebuję „nowego otwarcia”, bo ten mój cały self-publishing to obciach. Powinienem także wycofać ze sprzedaży niektóre utwory, związać się z wydawnictwem i od nowa zacząć budować swojej nazwisko.

Nie ukrywam, że jestem samodzielnym publikowaniem odrobinę zmęczony. Każdą, sensowną propozycję poddaję przemyśleniom. A, że wspomniane wydawnictwo dotąd opublikowało kilka wysokiej jakość książek o tematyce  lotniczej, uznałem, że warto. Tym bardziej że oficyna w katalogu ma także dzieła beletrystyczne gwiazd krajowego rynku książki.

Ustaliliśmy, że moje opowiadania lotnicze, jakie wcześniej ukazały się w zbiorach pt. „Do widzenia” oraz „Powietrze jest zimne” pojawią się w nowym, ekskluzywnym wydaniu książkowym, bez edycji elektronicznej. Każdy utwór miał zostać opatrzony wysokiej jakości grafiką autorstwa pewnego artysty, specjalizującego się w malarstwie lotniczym.  

Dodatkowe warunki brzmiały: właściciel wydawnictwa przeprowadzi redakcję merytoryczną, a ja napiszę 2-3 zupełnie nowe, dodatkowe utwory. Nakład miał wynieść 500 egzemplarzy, sprzedaż bez szerokiej dystrybucji, honorarium autorskie 830 zł brutto i wycofanie ze sprzedaży obu wcześniej wspomnianych zbiorów. Brzmi niespecjalnie zachęcająco, prawda? Nie do końca, a o tym zaraz. 

Rzecz w tym, że tematyka lotnicza to nie gotowanie i grupa odbiorców jest wąska. Nie ma co liczyć na duże nakłady, bo era wielkich pisarzy-pilotów jest za nami. I Aleksander Sowa nie zostanie drugim Antoine de Saint-Exupéry’m. Jedyne, co mnie zachęcało, to prestiż tradycyjnej ścieżki wydawniczej i nieszczęsne „nowe otwarcie”. Pomyślałem, że może faktycznie jest mi ono potrzebne?  

Zamiast 2-3 opowiadań zaproponowałem jeden utwór za długi na opowiadanie i za krótki na powieść pt. „O człowieku, którzy patrzył w niebo”. Potem wymieniliśmy 27 e-maili i przeprowadziliśmy kilka rozmów telefonicznych. Wydawca wprowadził poprawki w pięciu z jedenastu utworów… Przez dwa lata. Potem zapadła niczym nieskrępowana cisza.

W międzyczasie powieścią pt. „Punkt Barana” zainteresowałem jedno z największych wydawnictw beletrystycznych w Polsce. Uzyskałem zapewnienie, że nie tylko ona zostanie wydana, ale również „Era Wodnika” i cała seria astronomiczna. Jak się zapewne domyślasz, wydanie opowiadań lotniczych dla prestiżu w tej sytuacji przestało już mieć znaczenie. Tym bardziej, kiedy dowiedziałem się, że publikacja opowiadań w nowym wydaniu potrwa kilka lat! Rozstaliśmy się w zgodzie, z zastrzeżeniem, że może zrobimy jeszcze kiedyś drugie podejście. Nie zrobiliśmy. 

Przez prawie rok nic z O człowieku, który patrzył w niebo” nie robiłem. Czekał na twardym dysku właściwie gotowy do rozpowszechniania. Na początku tego roku uznałem, że nadszedł odpowiedni moment i wydam go samodzielnie. Okładkę zaprojektowałem ze zdjęcia zrobionego kiedyś na obozie szybowcowym w Bezmiechowej, złożyłem e-booka i książkę. Wydałem, jako oddzielną „małą” powieść. 

Książka jest opowieścią o niezwykłej przyjaźni, walce ze słabościami i spełnianiu marzeń. To fascynująca relacja lotnicza, która wierzcie mi – porwie was i wzbudzi wiele mocnych, pozytywnych emocji. I nie tylko, jeśli kochacie spoglądać w niebo i  fascynuje was lotnictwo.  

O człowieku, który patrzył w niebo” jest uniwersalną historią, która do końca trzyma czytelnika w napięciu, a lotnictwo w niej stanowi tło, na którym poznaje życie głównego bohatera. Książka z pewnością znajdzie uznanie także poza środowiskiem pilotów. Zresztą przeczytajcie sami, co napisał o niej jeden z czytelników…

Powieść najpierw pojawiła się w edycji elektronicznej. Zaczęła się sprzedawać, uzyskała pierwsze pozytywne oceny. Zdecydowałem się na edycję książkową. Jest już dostępna nie tylko w Amazon.  Książkę można zamówić także na stronie w EMPiK-u (nie ma jej w salonach). Jeszcze raz polecam wszystkim gorąco. 

18 kwietnia 2018

Literacka kategoria papierowa

Kiedyś, dawno temu, przeczytałem zbiór nowel pt. „Cztery pory roku”. O ile dobrze pamiętam, Stephen King we wstępie napisał coś, co trafnie oddaje kwestię takich krótkich form. Mniej więcej brzmiało to tak: są za długie na opowiadania, ale za krótkie na powieść. 

Powieść jest utworem narracyjnym, występują w niej dialogi, akcja oraz opisy natury. Jest wielowątkowa, dzielona na rozdziały, a jej objętość to 4,5 – 23 arkusze wydawnicze. Jej fabuła rozwija się liniowo, w sposób chronologiczny, chociaż wiele powieści współczesnych zrywa z klasycznym schematem powieści. 

Nowela jest krótsza, ma jasno zarysowaną, zwykle jednowątkową akcję wyraźnie biegnącą w kierunku klimaksu. Brak tu rozbudowanych opisów przyrody i pogłębionej charakterystyki bohaterów. Akcja noweli powinna opierać się na pewnym, przewodnim motywie, a jej długość to od 7,5 do 40 tysięcy słów. Czyli nie więcej niż jeden arkusz wydawniczy.

Przy opowiadaniu przyjmuje się, że ma ono nie mniej niż tysiąc i nie więcej niż 20 tysięcy słów. Inna szkoła twierdzi, że nie powinno być dłuższe niż 4 tysiące wyrazów. Opowiadanie ma luźniejszą konstrukcją niż nowela. Mamy więcej tu opisów, refleksji oraz wyraźniejsze postacie drugoplanowe. Edgar Allan Poe uważał, że opowiadanie powinno być przeczytane na jednym posiedzeniu („one pitting”), jakkolwiek się to może kojarzyć z papierem toaletowym. 

W dorobku mam kilkanaście takich właśnie, krótkich form. W większości opublikowałem je w zbiorach autorskich („Do widzenia” oraz „Powietrze jest zimne”). Przyjmując, że ich cechą charakterystyczną jest motyw dominujący, cały pierwszy zbiór powinien zawierać nowele, bo przecież każdy utwór (utworek) opiera się właśnie na różnie pojętego motywie pożegnania. Pozostałe nie powinny się w nich zaleźć. 

Niezależnie od papieru toaletowego, zamykanie literatury w pewne szufladki jest według mnie, co najmniej kontrowersyjne.  Wolę na swój użytek korzystać z nazw „krótkie formy” albo „duża powieść”. Resztę zostawiam uniwersytetom i czytelnikom pism drukowanych na szarym, czarnobiałym papierze o wspominanej gramaturze, których prawie nikt w EMPiK-u nie kupuje i na pewno nikt nie czyta. 

Mój utwór pt. „Zauroczenie” z 2013 roku ma objętość 4 arkuszy wydawniczych, czyli ok. 160 tysięcy słów. Według klasyfikacji objętościowej nie jest opowiadaniem, nie jest również nowelą.  Czy wobec tego nie powinienem takiego utworu wydawać? Wierzcie lub nie, znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że byłoby szkoda, gdyby nie istniał. Sam możesz się o tym przekonać >>>>>

Stanowczo nie zgadzam się na przyjmowanie za kryterium klasyfikacji utworu jego objętości. To nie boks, gdzie kategorię papierową zamyka 49 kg wagi zawodnika, a pięściarstwo superciężkie otwierają zawodnicy ważący więcej niż  91 kg. Dlaczego Wam zawracam tym głowę? We wcześniejszym wpisie pisałem „duża powieść”. Czy zatem może być też mała? Na pewno może być krótka. 

Walka bokserów w wadze papierowej nie musi być mniej emocjonująca niż tych, w kategorii superciężkiej. Krótka forma (mała powieść) może dać czytelnikowi emocje. W boksie mamy kategorie wagowe, a w literaturze… No cóż, opowiadanie, nowela, powieść. Nie wiem. Nie jestem krytykiem, nie pisuje recenzji. Zamiast nich opowiadania, nowele, powieści, małe i duże. W odpowiedzi napiszę, co będzie na tym blogu za kilka dni:  

Pojawi się wpis o mojej nowej „małej” powieści. Przeczytacie o tym, jak przeszła drogę od mojego komputera do czytelników i dlaczego opublikowałem ją dopiero teraz. Ot, wpis o zbyt krótkiej powieści, za długim opowiadaniu i nieco za bardzo rozbudowanej noweli. Taka sobie short story, „mała” powieść, czyli literacka kategoria papierowa.

Nie każda książka to piętnastorundowy pojedynek. Nie zawsze walczy Muhammad Ali i Sonny Liston. Czasem wystarczy tylko kilka rund. A nokaut i tak przynosi naprawdę niemałe emocje. Szczególnie tym, którzy naprawdę kochają ten sport. Zapraszam  tutaj za kilka dni, powinno być naprawdę ciekawie, jeśli tylko lubicie „małe” powieści i duże emocje. 

Czy pisanie ma sens?

Myśląc o napisaniu swojej pierwszej książki, zwracasz się do mnie z pytaniem, czy pisanie ma sens? Czasem pytasz, jak książkę opublikować? ...