18 listopada 2018

Książka jest gorsza niż film, cz. III

W poprzednich dwóch wpisach, z pomocą przykładów starałem się udowodnić, że wyprodukowano filmy, które powstały na kanwie dzieł literackich i są lepsze niż ich pierwowzory lub tak samo dobre. Dziś ciąg dalszy obalania mitu, że książka jest zawsze lepsza niż film. 

Dokąd do tablicy wywołałem: „Lektora”, „Lolitę”, „Angielskiego pacjenta”, „Skazani na Shawshank”, „Miłość w czasach zarazy”, „Milczenie owiec”, „Pachnidło” i polskiego kandydata do Oskara w 2003 roku, czyli „Pornografię” Jana Jakuba Kolskiego. Wspominałem też o historii Krystiana Bali, która i mnie zainspirowała. Dziś postaram się – zgodnie z zapowiedzią – omówić nie mniej zróżnicowany literacko-filmowy repertuar, potwierdzający, że film może być jeszcze lepszy, niż dobra książka.


Wywiad z wampirem (1994 r.). Wampiryczny temat jakiś czas temu stał się popularny. Niestety raczej nad tym ubolewam, niże się cieszę, bo za sprawą cyklu „Zmierzch” Stephenie Meyer, przedstawiono go raczej w osobliwy sposób. Nawiasem mówiąc, nie lubię horrorów. Głównie, dlatego, że dobrą historię tego gatunku trzeba szukać ze świecą. Większość wampirów na ekranie była przedstawiona w sposób żałosny, śmieszny lub w najlepszym razie groteskowo niewiarygodny. A jednak ten film wyłamuje się z szeregu i jest wspaniałą niespodzianką. 

„Rozumiem – powiedział wampir z namysłem i nie śpiesząc się, podszedł do okna pokoju

Książkę wydała w 1976 roku Anna Rice.  Powieść urzeka klimatem, chwyta czytelnika od pierwszego zdania (jak wyżej) i do ostatniego już nie wypuszcza. Uczciwie trzeba przyznać, że powieść i film powstały na jej podstawie mają więcej z dramatu niż horroru, co ostatecznie czyni historię Louisa,  Lestata i Claudii bardzo wiarygodną. W odróżnieniu od innych, o podobnej tematyce jest ona pełna subtelnej liryki i magii. Czytelnik i widz ma niecodzienną okazję, by wniknąć w wampirzą psychikę, poznać uczucia oraz problemy bardzo bliskie nam, ludziom.  O ile film jest pozbawiany sporej części historii z książki, to bezsprzecznie jest jedną z najlepszych adaptacji powieści grozy. Mamy tu wspaniałe kostiumy oraz niezapomniane aktorstwo na najwyższym poziomie (Tom Cruise i Antonio Banderas). Zasłużone 7,7 w bazie Filmweb oraz 7,25 w portalu LubimyCzytać. 

Requiem dla snu (2000 r.). Są filmy, które szokują tak bardzo, że trudno się po nich otrząsnąć. Są książki, które potrafią rozerwać na strzępy. Niektóre tematy zawsze będą szokować. Ból, utracona miłość, marzenia czy uzależnienie. I to dostajemy w „Requiem dla snu”. Aż w nadmiarze.  Nienależnie czy oglądamy, czy wolimy czytać. Film powstał na podstawie książki Huberta Selby'ego Juniora z roku 1978. Przyznaję z ręką na sercu, że jest ona dziwna. Tak, dziwna. Chaos wylewa się z tekstu, czytelnik jest oszołomiony. Dziwny język, dziwna konwencja, a mimo tego od samego początku leżymy i kwiczymy. 


„Po cholerę te wszystkie słowa, jeśli nie stoją za nimi uczucia. To tylko słowa”



Szybko zaczyna okazywać się, że czytamy jedną z najbardziej przerażających historii, jakie można zaserwować czytelnikowi. A im dalej jest tylko gorzej. Jeśli zaś chodzi o film, to doskonale oddaje on ducha książki. Jest nawet bardziej przerażający, piękny, do tego przyprawiony genialną muzyką. Clint Mansell & Kronos Quartet spowodowali, że ktokolwiek obejrzy to dzieło, prawdopodobnie nigdy już go nie zapomni. Interesujące, że tę kompozycję wykorzystano jeszcze w wielu innych filmach (np. „Władca Pierścieni: Dwie Wieże”, „Babylon A.D.”, „Kropla słońca”, „Kod da Vinci”, „Dolina kwiatów” oraz w „Jestem legendą”) a nawet grach wideo i reklamach. Soundtrack w zestawieniu z dynamicznym montażem i wspaniałymi zdjęciami rozrywa na strzępy.  Nie wiem, dlaczego zaledwie 7,8 w bazie Filmweb. 7,68 w LubimyCzytac.



Trainspotting (1996 r.). Ostatnim razem postąpiłem świadomie, umieszczając w jednym poście „Lektora” oraz „Lolitę”. Teraz również dwa „podobne” filmy znalazły się obok siebie nieprzypadkowo. Kluczem jest temat. Został on ujęty zupełnie inaczej. Film powstał na podstawie owianej skandalem powieści Irvine Welsha z 1993 i w zaledwie trzy lata później ją zekranizowano. Autora oskarżano o szerzenie demoralizacji i wulgarny język. Z powodu rzekomej gloryfikacji uzależnienia od narkotyków cofnięto nawet nominację do nagrody Bookera. Czytałem polski przekład, który hm… trudno mi ocenić. Autor książki używa angielskiego, szkockiego i miejscowej gwary. Polskim tłumaczeniem niektórzy się zachwycają, dla mnie niektóre fragmenty były ciężkostrawne. 


„A ta pizda zaczyna czytać jebanom ksionżke! Co za jebane maniery! A potem zaczyna gadać z tom kanadyjskom laskom - obie som chyba studentki - o wszystkich jebanych ksionżkach, jakie przeczytali! W chuju mie strzyka. Mieliśmy sie kurwa pośmiać, a nie pierdolić o kionżkach i jakimś gównie”

Reżyser na podstawie smutnej, książkowej historii (miejscami odrażającej i obrzydliwej) opowiedzianej z wykorzystaniem kilku przekleństw i kilkunastu innych słów w dialogach, stworzył pozornie zabawny obraz o pogubionych ludziach wprost kroczących ku przepaści. Wielkim atutem filmu jest niezapomniana muzyka (Lou Reed – Perfect Day), świetne zdjęcia i montaż, podkreślający życie w ogromnym tempie, na krawędzi zwykłego świata oraz otchłani, w jaką wciąga uzależnienie. Film zajął 3. miejsce w rankingu na najlepszy brytyjski film wszech czasów oraz uznano go za jeden z 50 filmów, które trzeba zobaczyć przed śmiercią.  W Filmweb 7,8 oraz 7,29 w bazie LubimyCzytać. 

Polowanie na Czerwony Październik (1990 r.). Trzeba przyznać, że autor zadebiutował z przytupem. W zaskakująco poukładany sposób Tom Clancy zaserwował czytelnikom dość zawiłą intrygę, która trzyma w napięciu. Mogły to być nawet thriller idealny, gdyby nie to, że spomiędzy wartkiej akcji, wysokiej i stale rosnącej stawki, rosnącej presji czasu i zimnowojennych realiów podwodnych bitew, wyłaniają się za często, te nieco zbyt piękne i zbyt dobre Stany Zjednoczone.  Historia jest nieprawdopodobna, ale budzi zainteresowanie i dreszczyk emocji. Styl jest taki, jak bardzo lubię – oszczędny, jasny, rzeczowy. Od pierwszego zdania zostajemy rzuceniu w wir akcji. 


„Kapitan pierwszej rangi radzieckiej marynarki Marko Ramius ubrany był odpowiednio do arktycznych warunków, jakie panują zwykle w Polarnym – bazie okrętów podwodnych Floty Północnej”

Pomiędzy filmem i książką jest trochę, w sumie mało istotnych różnic. Niestety oba dzieła łączy przesyt amerykańskim patosem. Obraz ogląda się jednak z zapartym tchem. Świetni aktorzy (Alec Baldwin,  Sean Connery, Scott Glenn) grają za to na najwyższym poziomie.  Doskonałe zdjęcia i naprawdę świetna, oddająca grozę atomowej wojny i podwodnych zmagań ścieżka dźwiękowa (niezapominane sonary). W Filmweb 7,7 oraz 7,56 w bazie LubimyCzytać.  To wszystko, mimo wspomnianych wad, składa się na doskonały film, który mógłby być najlepszym dziełem z osią akcji osadzoną na pokładzie okrętu podwodnego, Mógłby, ale nie jest, bo Niemcy zrobili lepszy. 

Okręt (1981 r.). Zacznę od książki.  Jej autor, w czasie drugiej wojny światowej służył w Kriegsmarine. Pierwowzorem bohaterów książki stali się towarzysze broni autora, a „Das Boot” napisał na podstawie swoich przeżyć. I pewnie historia jest tak boleśnie realistyczna. Tyle tylko… że oba dzieła są takie. Ogromnym ich atutem jest bardzo szczegółowe i wiarygodnie oddanie nastrojów marynarzy. Twórcy bez moralizatorstwa ukazują los zwykłych żołnierzy, walczących bez złudzeń co do słuszności wojny i jej wyniku.  Zaskakująco realnie ukazują prawdę o walce na okręcie podwodnym i igranie marynarzy na granicy defetyzmu poprzez liczne dwuznaczności i zawoalowanie opinii, w obliczu pozbawienia możliwości swobodnego ich wyrażania oraz wszechobecnej inwigilacji i kapownictwa. 


„Zbyt wiele mamy zaufania do maszyn. Oddaliśmy się im na śmierć i życie. Teraz musimy być dla nich dobrzy, żeby były nam życzliwe. Wrogie maszyny łatwo zabijają człowieka. Nie do uwierzenia, na co mogą sobie pozwolić”

Wolfgang Petersen stworzył dzieło tak samo monumentalne, jak Lothar-Günther Buchheim. Wystarczy wspomnieć, że film trwa 149 minut (wersja reżyserska 210, a pełna wersja 293 minuty!), a książka liczy około 650 stron. W filmie mamy niesamowity (klaustrofobiczny) klimat i wspaniałą, świetnie dobraną muzykę. To jeden z najlepszych filmów wojennych, potwierdzających tezę, że również Niemcy potrafią takie tworzyć. Film jest dobry, bez niepotrzebnego patosu (patrz: jak wyżej), prawdopodobnie obiektywny. I Niemcy mówią w nim po niemiecku! Bez wątpienia to najlepszy film o wojnie podwodnej! Świetne kreacje aktorskie. W Filmweb 7,8 oraz 7,88 w bazie LubimyCzytać.

Przerwana lekcja muzyki (1999 r.). Bardzo często jest tak, że sięgam po dzieła literackie po obejrzeniu filmu. Niektórzy krytykują takie podejście. Mnie ono rzadko przeszkadza, ponieważ  zwykle tym sposobem obejrzany film staje się dla mnie pełniejszy. Tak było i tym razem. Powieść to niemal autobiografia, główna bohaterka (narrator) porusza ważne kwestie, jak chociażby tę, gdzie przebiega różnica pomiędzy chorobą psychiczną i dużą wrażliwością. Autorka wskazuje, że na pewne zagadnienia (np. wolność w obliczu samobójstwa) można spojrzeć dwojako.


„Właściwie nie wiadomo, czy to szpital specjalizował się w poetach i muzykach, czy też poeci i muzycy specjalizowali się w szaleństwie?”

Niezupełnie rozumiem, dlaczego książka jest oceniania tak nisko (zaledwie 6,1 w bazie LubimyCzytać), natomiast doskonale rozumiem, że film oceniono tak wysoko (7,9 w Filmweb). Mamy w filmie niezapomniane i świetne kreacje aktorskie. Winona Ryder i Angelina Jolie świetnie wcieliły się w rolę (chorych?) podobnych, a jednocześnie bardzo innych od siebie nastolatek. Pierwsza wrażliwa, nieśmiała, trzyma się z dala, zagubiona, a jednak silna. Druga, pozornie twarda, odważna, silna, przebojowa, a jednak gdzieś głęboko wrażliwa. Świetny film. 


Lot nad kukułczym gniazdem (1975 r.). Pewnie domyślaliście się, że przy okazji pobytu w szpitalu psychiatrycznym Susanny Kaysen napiszę również o powieści Kena Keseya. Tak, bo nawet nazwiska autorów są nieco podobne. Jednak na tym podobieństwa się kończą. U Kena Keseya, nawet narracja jest inna. Autor przedstawia zamknięty świat zakładu psychiatrycznego, oczami jednego z pacjentów, a książka mówi o zniewoleniu oraz tęsknocie za wolnością. Ciekawe, że powieść czytałem, sam będąc w tamtym czasie zniewolony i pozbawiony (w pewnym sensie) wolności. Niestety miałem własną „siostrę oddziałową”, nikt jednak nie rozumiał, dlaczego tak GO tak nazwałem. 


„Pomyśl; im bardziej człowiek jest pomylony, tym więcej może mieć władzy! Na przykład Hitler. Aż się w głowie kręci, nie? Warto się nad tym zastanowić”

Alegoryczny temat przewodni – historia walki niepokornego bohatera o godność z systemem (w domyśle władzę) – jest uwielbiany przez odbiorcę. Kochamy przecież anarchistów, buntowników, wariatów, którzy w swoim szaleństwie okazują się mądrzejsi od nas, normalnych. Do tego Jack Nicholson wcielił się w najwybitniejszą kreację w swej karierze, a Milos Forman stanął na wysokości zadania i nakręcił doskonałą ekranizację. Na każdym poziomie interpretacji mamy tu arcydzieła. Nic dziwnego, że ocenione na podziemie 8,5 (Filmweb) oraz  8,21 (LubimyCzytać).

Wichrowe wzgórza (1992 r.). Na koniec wybrałem książkę oraz film pod każdym względem inny niż poprzednie w tym poście. Po pierwsze, z uwagi na gatunek, po drugie, biorąc pod uwagę, że dzieło Emily Jane Brontë (to akurat być może nie jest pewne, ale o tym, kiedy indziej) pochodzi z pierwszej połowy XIX wieku!  Tragiczną historię miłości Katy i Heathcliffa ekranizowano kilkakrotnie. W najsłynniejszej w role główne wcielają się Juliette Binoche i Ralph Fiennes. Przyznam, że gatunek niezbyt mi odpowiada. A jednak czytając, czułem, jak bardzo tragiczną historię opowiada autor (autorka? – o tym, kiedy indziej). Prawie widziałem te tajemnicze i urzekające wrzosowiska północnej Anglii, po których wciąż wieje lodowaty wiatr i słyszałem skrzypienie drzwi. 


„Co wieczór modlę się, żebym ja go raczej przeżyła, niż on mnie, żebym ja raczej była nieszczęśliwa niż on. To oznacza, że kocham go więcej niż siebie”

Niewątpliwie, to historia o niewyobrażalnie tragicznej historii, a przy tym chyba jedna z najmroczniejszych powieści, jakie dane mi było czytać, choć przecież to powieść gotycka, a nie horror. Film ponury i piękny. Piękna muzyka, piękne plenery, kostiumy i świetni aktorzy. Trochę dziwne, że grając nastolatków, mają trzydziestkę, a trzydzieści lat później Fiennes, jako Heathcliff wciąż wygląda tak samo. Pal licho, że film jest jedynie wycinkiem tego, co oferuje książka, a większość tych, którzy książki wcześniej nie przeczytali, pewnie pogubią się w wątkach. Skąd zatem tak wyrównane oceny na Filmweb (7,4) LubimyCzytac (7,59)? Nie wiem, może przez to, że mimo tak wielu niedostatków filmowego obrazu z ekranu ciągle wieje ten lodowaty wiatr i słychać skrzypienie drzwi…

W tym tygodniu wystarczy.  W następnym wpisie postaram się wrzucić na ruszt same arcydzieła. Spodziewajcie się takich tytułów jak „Lśnienie”, „Lista Schindlera”, „Zielona mila”, „Forrest Gump” czy „Ojciec chrzestny”. Może dla równowagi wrzucę trochę polskiego akcentu i w tym zacnym zestawieniu będzie też „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” i „Wojna polsko-ruska”. A może zamknę temat na zawsze. Jeszcze nie zdecydowałem.

Fotografia pierwsza od góry: Kadr z filmu "Interview with the Vampire: The Vampire Chronicles". Poniżej kolejno kadry z filmów "Das Boot", "Girl, Interrupted" oraz "One Flew Over the Cuckoo's Nest".

10 listopada 2018

Moja nowa powieść jest skończona

Osiem lat temu wydałem swoją pierwszą powieść kryminalną pt. „Era Wodnika”. Rok temu ukazał się „Punkt Barana” będący jej kontynuacją, a wraz z nią zapowiedziałem trzecią część, którą właśnie skończyłem. Nowy kryminał z „serii astronomicznej” zatytułowałem „Gwiazdy Oriona”.  


Miałem wrzucić na ten blog kolejny wpis na temat książek, które są gorsze od filmów (albo filmów lepszych od książek, na podstawie których powstały), ale będzie inaczej. Ten tekst jest gotowy, ale musi poczekać. Jest coś ważniejszego. Właśnie otrzymałem plik mojej nowej powieści pt. "Gwiazdy Oriona" po przeprowadzonej redakcji i książka w tej chwili przechodzi pierwszą korektę. Czy to oznacza, że powieść jeszcze przed Bożym Narodzeniem trafi do odbiorców? Hm… 

Nie będę ukrywał, że im jestem starszy (chciałem napisać, że wraz z każdą następną powieścią) tym poświęcam więcej czasu na pisanie i poprawianie kolejnych dzieł. Czasem mam nawet wrażenie, że tworzę coraz słabsze książki. Nie wiem, czy to efekt dojrzewania twórcy, czy może dążenie do tworzenia coraz lepszych książek. Więcej piszę, a potem jeszcze więcej skreślam. Nie ma w tym chyba jednak niczego złego, bo wielu pisarzy tak działa i działało. A może się po prostu starzeję?

Wróćmy do mojej najnowszej powieści, która, niestety bardzo mnie denerwuje. Każda moja nowa książka mnie denerwuje, bo nie wiem, jak ją odbiorą czytelnicy. Można napracować się przy jej pisaniu, a przecież efekt, niekoniecznie musi zadowolić odbiorcę. Nie ukrywam również, że coraz wyżej stawiam sobie poprzeczkę. Przyznaję jednak, że przy żadnej z moich poświeci, nie napracowałem się tak bardzo, jak przy „Gwiazdach Oriona”. Ale to jednocześnie oznacza, że trzecia część serii astronomicznej stała się faktem. 

Pomysł na tę książkę pojawił się jeszcze przed publikacją "Punktu Barana". Pod koniec lipca po raz trzeci przeczytałem jej (kolejny?) ukończony rękopis. Jeśli czytasz ten blog, z pewnością wiesz, że to kolejna część przygód Emila Stompora. Jeśli nie czytasz – wyjaśniam: to pierwsza (chronologicznie) powieść kryminalna z serii astronomicznej,  czyli prequel. Myślałem, że tekst jeszcze latem będę mógł przekazać do redakcji, ale okazało się, że wciąż nie byłem zadowolony. Więc znów zacząłem poprawiać. 

W jednym z wcześniejszych wpisów zdradziłem, jak przebiega w moim wypadku proces twórczy. Upraszając, w finałowym etapie składa się on z dwóch etapów. Pisania oraz czytania i skreślania. Najnowszą powieść skończyłem pisać w połowie marca. Tekst liczył 98 tysięcy wyrazów. Od tamtego czasu czytałem, a potem skreślałem. W efekcie tego „Gwiazdy Oriona” skurczyły się do 70 tysięcy wyrazów. A 28 tysięcy słów to sporo. O ile dobrze liczę, to blisko 1/4 początkowej całości. I dobrze!

Z powieści znikły przede wszystkim dłużyzny. Do kosza trafiło większość niepotrzebnych opisów miejsc, charakterystyki bohaterów oraz nic niewnoszące do fabuły dialogi. Wszelkiego rodzaju zbędne przymiotniki, przyimki, zaimki i cała masa tekstowych chwastów. Kiedy skończyłem, okazało się, że tekst wciąż jest niemiłosiernie zaśmiecony. Intryga była według mnie za mało intrygująca, a fabuła za mało fabularna. Jaką mam na to radę? Przeczytać, wykreślić chwasty i tu oraz ówdzie dopisać niewielkie, acz kluczowe zdania. 

Tak powstał poprawiony prototyp książki, na który złożyło się 64 710 słów. Będąc pewnym, że już jest całkiem nieźle, zacząłem czytać… i oczywiście znowu skreślać. Tym razem jednak ingerencje ograniczyły się tylko do usunięcia oczywistych oczywistości i literówek. Przeczytałem, skreśliłem oraz tu i ówdzie dodałem jedno, czasem dwa zdania. I co z tego zostało? Możliwe, że kiedyś szerzej was z tym etapem zapoznam. Teraz mogę napisać, że został dość przyzwoity rękopis powieści, gotowej do dobrej (tak!) redakcji. 

W efekcie ostatnich (przedostatnich, kolejnych i jeszcze innych) poprawek, przekazany do redakcji prototyp książki, liczył dokładnie 65 144 słowa (nieco ponad 11 arkuszy wydawniczych). Skupiam się na tej statystyce nieprzypadkowo, wszak jakiś czas temu pisałem, że dzisiejszy bestseller powinien być dłuższy. Nie wiem, czy „Gwiazdy Oriona” zdobędą tak szumny tytuł, jedno jest pewne. Książka spełnia przynajmniej jeden z kryteriów kandydata na współczesny bestseller :-) A może nie tylko jeden? 

Tekst powieści liczy w tej chwili 65 416 słów, ponieważ w trakcie redakcji musiałem dopisać kilka dość istotnych dla fabuły zdań. A zatem mamy 11 arkuszy wydawniczych. W tej chwili książka przechodzi pierwszą po redakcji korektę, po jej skończeniu jeszcze jedną korektę przeprowadzi moja ukochana żona. Dopiero potem kolejna część przygód Emila Stompora będzie mogła trafić do czytelników.  Objętość najprawdopodobniej zmieni się tylko kosmetycznie. Jest już nawet okładka. 

Czy to oznacza, że „Gwiazdy Oriona” pojawią się w księgarniach jeszcze w tym roku? Początkowo tak zakładałem i bardzo chciałbym, by tak było. Jednak najprawdopodobniej nie zdążę. Dlatego realnym terminem premiery wydaje się pierwszy kwartał przyszłego roku. Tym bardziej, że w związku z premierą zaplanowałem pewną niespodziankę. No, chyba że zdecyduję się jeszcze na jakieś, niewielkie poprawki. ;-) A teraz wybaczcie, wracam po pisania kolejnej części…

3 listopada 2018

Książka jest gorsza niż film, cz. II

Przyjęło się twierdzić, że książki są lepsze niż filmy nakręcone na ich podstawie. Przed tygodniem zamieściłem wpis, otwierający serię postów, w których przedstawię filmy, które są lepsze niż literackie pierwowzory. Albo przynajmniej tak samo dobre. Według mnie oczywiście. 

W poprzednim wpisie wyjaśniłem różnicę pomiędzy adaptacją i ekranizacją. Obiecywałem, że będę omawiał reprezentatywne przykłady, ale jako że sam sobie jestem selekcjonerem – reprezentację dobieram osobiście. I możecie się ze mną kłócić na śmierć i życie. Udowodnię, że jest sporo takich filmów. Jeśli macie swoje typy, wpisujecie w komentarzach. Wieczory mamy długie, więc możliwe, że obejrzę, a potem przeczytam. 


Lektor (The Reader – 2008 r.). Film powstał na podstawie powieści Bernharda Schlinka z 1995 r. o tym samym tytule. Lektura szkolna w niemieckich szkołach. Wyreżyserował go Stephen Daldry, a w role główne wcielili się Ralph Fiennes i… No właśnie. W rolę Hanny Schmitz początkowo miała się wcielić Nicole Kidman lub Marion Cotillard. Pod uwagę były brane również: Juliette Binoche, Naomi Watts i Angelina Jolie. Ostatecznie zagrała Kate Winslet i to jej przypadł Oskar dla żeńskiej roli pierwszoplanowej, mimo że wcześniej odmówiła reżyserowi. 

„Uciec nie znaczy tylko skądś odejść, lecz również dokądś dotrzeć”



Oprócz Oskara film dostał jeszcze 5 innych nagród (w tym Złoty Glob) i 19 nominacji. A to mówi samo za siebie. Film do połowy mnie interesował. Potem opadła mi szczęka. Żadna inna fabuła filmowa nie zaskoczyła mnie tak bardzo.  Obraz niesamowity, a książka… Jedna z tych, które uderzają z pięścią w twarz i krzyczą: myślisz, że Twoje życie jest prze***ane? A gó**o prawda! Ocena 7,8 na Filmweb, książka 7,18 na LubimyCzytac. Nie oglądaliście, nie czytaliście? Nie czytajcie recenzji i nie oglądajcie trailerów!  Zepsujecie sobie zabawę. Chociaż... to złe słowo. Tak czy inaczej polecam. 

Lolita (Lolita – 1997 r.).  Ciekawe, że ten film nie zdobył żadnej nagrody. Ciekawe, że będzie budził zgoła odmienne reakcje niż poprzedni, a wiele ich łączy. Tak czy inaczej, obraz ze Jeremym Ironsem, Dominique Swain i Melanie Griffith to genialna adaptacja powieści Vladimira Nabokova z 1955 roku o tym samym tytule.  Nie mniej genialnej zresztą, szczególnie jeśli chodzi o język. Jej fabuła jest tak bogata, wielowątkowa, pełna zagadek, gier słownych i odniesień do innych dzieł, że film może być tylko jej żałosnym wycinkiem. A jednak jest inaczej. Adrian Lyne z wyciętego fragmentu uczynił dzieło wielkie, kunsztownie nagrane. 

„Lolito, światło mego życia, płomieniu mych lędźwi”

Wystarczy wspomnieć, że tytułową rolę odrzuciła Natalie Portman, a twórcy aktorkę wybrali wśród 2,5 tysiąca kandydatek. Jasne, że tytułowa Lo w filmie i tak jest podstarzała a w głosach krytyki słychać, że obraz jest apoteozą pedofilii. Nie wiem, nimfetki mnie nie interesują, ale wiem, że obejrzałem genialną i bolesną historię, która zapiera dech w piersiach. Podobnie jak książka, której język powala na kolana. Ocena 7,4 na Filmweb, książka 7,29 na LubimyCzytac.   

Angielski pacjent (The English Patient – 1996 r.). Adaptacja powieści z 1992 roku Michaela Ondaatje (ten sam tytuł), za którą kanadyjski pisarz otrzymał Nagrodę Bookera. Film powstawał w bólach. Pierwsza wytwórnia (20th Century Fox) wycofała się z projektu z powodu nieporozumień z producentem w kwestii obsady. Kością niezgody była m.in. rola Katharine Clifton. Tu widziano Demi Moore lub ewentualnie Mirandę Richardson czy Sharon Stone. Do obsady przewidywano również takie nazwiska jak: Sean Connery, John Goodman, Richard Dreyfuss lub Danny DeVito (Caravaggio) i Daniel Day-Lewis (Almasy). Ostatecznie do roli Katharine Clifton zaangażowano Kristin Scott Thomas po tym, jak napisała w liście do reżysera, że „To ja jestem Katharine w twoim filmie”. 

„Wszyscy, których pokocham, giną. Ty chcesz być kolejny?”


Film dostał 9 Oskarów, dwa Złote Globy, 13 innych nagród i aż 33 nominacje! Obraz Minghella zwraca uwagę. Począwszy od przepięknych zdjęć, po świetną grę utytułowanych aktorów. Nie bez znaczenia jest również rozmach i świetna muzyka. Film jest lepszy od książki lub inaczej… Książka jest równie dobra, lecz czytanie jej jest trudniejsze po stokroć od oglądania. To powieść specyficzna. Nie można jej czytać pośpieszne, raptownie, trzeba myśleć. Ocena 7,4 na Filmweb, książka 6 na LubimyCzytac.   

Skazani na Shawshank (The Shawshank Redemption – 1994 r.). Bardzo możliwe, że to najlepszy film wszechczasów. Tym bardziej interesujące, że w kinach nie odniósł sukcesu. Ciekawe również, że pomimo 7 nominacji do Oskara i 9 do innych nagród nagrodzono tylko zdjęcia. Dopiero po ukazaniu się filmu na kasetach i płytach produkcja zdobyła popularność. I to ogromną! Od lat na „Skazani Shawshank” zajmuje 1. miejsce w przeróżnych rankingach, filmowych bazach danych i portalach dla kinomaniaków oraz bardziej lub mniej prestiżowych rankingach i plebiscytach. 

„Nadzieja to dobra rzecz, może najlepsza ze wszystkich”

Tymczasem film jest tylko dość luźną adaptacją i to nawet nie powieści, ale zaledwie opowiadania Stephena Kinga z roku 1982 (opublikowanego w zbiorze pt. „Cztery Pory Roku”). Między dziełami jest też sporo różnic. U Kinga jeden z bohaterów jest rudym Irlandczykiem, a w filmie gra go Morgan Freeman. O tym aktorze można powiedzieć wiele, ale na pewno nie wygląda na rudowłosego Irlandczyka. W filmie niektóre wątki zostały rozbudowane. Film Franka Darabonta jest nie mniej genialny, niż literacki pierwowzór, a może nawet jest lepszy. Ocena aż 8,8 na Filmweb, książka 7,5 na LubimyCzytac.   

Miłość w czasach zarazy (Love in the Time of Cholera – 2007 r.). Właściwie ten film nie powinien się tutaj znaleźć. Analizując oceny: zaledwie 6,3 na Filmweb i 7,33 na LubimyCzytac można odnieść wrażenie, że to książka, na podstawie której nakręcono film, jest zdecydowanie lepsza. Dlaczego zatem umieściłem go w tym czcigodnym zestawieniu? Ponieważ reżyser postąpił wbrew pisarzowi. O ile Márquez stworzył utwór w konwencji kiczowatego romansu, cichcem naśmiewając się z tego gatunku, co uczyniło dzieło wielkim, to…

„To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę, kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie”

… reżyser (Mike Newell) spłycił historię Florentono Arizy, Ferminy Dazy i doktora Juvenala Urbino do poziomu niemal tandetnej komedii romantycznej. Tym samym  pozwolił odbiorcy śmiać się głośno z czegoś tak osobliwego, jak wspomniany wcześniej gatunek. Nawet, jeśli jesteśmy jego fanami. A tak już na poważnie, to film jest piękny, ciekawy, kolorowy i najzwyczajniej dobry. Warto go obejrzeć, choćby po to, aby zrozumieć, że to popłuczyny dzieła Márqueza. I nawet śmieszy mnie, że w filmie słyszałem „damned” zamiast osobliwej interpunkcji autora, jak wyżej, a na ekranie przeczytałem „psiakrew”.  

Milczenie owiec  (Silence of the Lambs – 1991 r.). Tego tytułu nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć. Dzieło Jonathana Demme'a to majstersztyk. Przeniesienie powieści Thomasa Harrisa z 1988 roku na ekran to przecież nie lada wyzwanie. Wszak przecież to jeden z najwybitniejszych thrillerów psychologicznych XX wieku. Film jest przykładem, że można zekranizować książkę w ponadprzeciętnie dobry sposób, a przy tym dość wiernie. Kto czytał powieść, a potem widział Haniballa Lectera wie, o czym mówię.  

...musisz nauczyć się oszukiwać zło. Czasami tylko w ten sposób można osiągnąć coś dobrego...



Gra Hopkinsa i Jodie Foster jest tym, co teraz zastępuje się wybuchami, efektami komputerowymi i wszystkim, co nie ma nic wspólnego z prawdziwym aktorstwem. Aby uczynić graną postać autentyczną, Hopkins studiował nagrania głosów morderców. Wypowiadając swoje kwestie przed kamerą, nie mrugał. I m.in. dlatego rola niebywale inteligentnego lekarza-mordercy jest bardzo wiarygodna. Zresztą agentka FBI Clarice Starling tak samo, dzięki czemu powstał najbardziej przerażający film wszech czasów (według plebiscytu magazynu Giant). Jestem pewien, że gdyby nie genialna gra tych aktorów, film nie obniósłby takiego sukcesu.  Ocena 8,2 na Filmweb i 7,94 na LubimyCzytac.   

Pachnidło (Perfume: The Story of a Murderer 2006 r.). Zacznę od tego, że wersja kinowa historii o genialnym mordercy mocno odbiega od literackiego pierwowzoru z powieści Patricka Süskinda i co z tego. Zamiast ekranizacji otrzymujemy dzieło, które poraża rozmachem. Kinowe „Pachnidło” nie jest zwykłym widowiskiem. Oglądając film, przeżywamy coś niecodziennego. Widzimy to, co książka pozwala nam poczuć od pierwszej strony: zapachy. 

„W epoce, o której mowa, miasta wypełniał wprost niewyobrażalny dla nas, ludzi nowoczesnych, smród. Ulice śmierdziały łajnem, podwórza śmierdziały uryną, klatki schodowe śmierdziały przegniłym drewnem i odchodami szczurów, kuchnie - skisłą kapustą i baranim łojem; w nie wietrzonych izbach śmierdziało zastarzałym kurzem, w sypialniach - nieświeżymi prześcieradłami, zawilgłymi pierzynami i ostrym, słodkawym odorem nocników”


Co ciekawe, po przeczytaniu książki, obraz w wielu przypadkach jest jeszcze bardziej genialny. Możemy wychwycić to, co widać na zdjęciach, ale czego bez lektury lub za pierwszym razem nie dostrzegaliśmy i nie rozumieliśmy. W tym wypadku obraz i książka się w unikalny sposób uzupełniają. A podmiot tej niezwyklej historii? Aż ciarki przechodzą po plecach. Fakt, geniusz, ale przerażający. Niedocenione 7,4 na Filmweb i również niedocenione 6,99 LubimyCzytać. Moim bardzo skromnym zdaniem. 


Pornografia (2003 r.). O ile Gombrowicz w 1958 roku napisał powieść ocierającą się o perwersję, bluźnierstwo i okrutną, to ze smakowitymi odniesieniami do filozofii Nietzschego. Na pewno jest ona wspaniała. Z pewnością warto ją przeczytać dla tajemnicy, intrygi, szalonego pomysłu i choćby jej drugiego zdania:

„Wówczas, a było to w 1943-im, przebywałem w byłej Polsce i w byłej Warszawie, na samym dnie faktu dokonanego”

Jan Jakub Kolski przenosząc to dzieło na ekran, wykazał się sporą odwagą, również dlatego, że sprzeniewierzył się literackiemu pierwowzorowi. I dobrze. Ogromnym atutem „Pornografii” na pewno są cudowne zdjęcia. Film dla wielu może być nudny, można go nie zrozumieć, ale obserwując, jak pracuje przysłona, zoom albo ostrość kamery trzeba przyznać, że obraz jest wspaniale subtelny, a przy tym wymowny.

Również gra Ferencego, Majchrzaka czy też Frycza to najwyższy poziom sztuki aktorskiej. Całość dopełnia fantastyczna muzyka. Przyznaję, to nie jest film dla każdego, tak jak Gombrowicz nie każdego zachwyca. Tu nic nie jest oczywiste, nic nie mówi się wprost. A jednak zaserwowane nam przez reżysera danie jest bardzo smaczne.  Tak samo, jak książka.  Według mnie zdecydowanie niedocenione 7 na Filmweb i uczciwe 7,42 LubimyCzytac. Szkoda, że ten  polski kandydat do Oscara, go jednak nie dostał.

Osiem zupełnie różnych filmów, osiem dzieł literackich. Doskonałe dzieła, zarówno literackie, jak i filmowe – z zastrzeżeniem, że filmowe lepsze, oczywiście według mojego skromnego zdania.  Tak, na ostateczny efekt składają się różne czynniki: zdjęcia, gra aktorska, montaż czy interpretacja pierwowzoru, ale według mnie w tych wypadkach wygrywa film.

W następnym odcinku m.in. „Wywiad z wampirem”, „Requiem dla snu” „Przerwana lekcja muzyki”, „Czerwony Październik”, „Wichrowe wzgórza” i pewnie coś jeszcze. Zapraszam. 
--
Fotografia pierwsza od góry: Kadr z filmu "The Reader". Fotografia trzecia od góry. kadr z filmu "The Silence of the Lambs". 

28 października 2018

Książka jest gorsza niż film

Dość rzadko słyszę takie zdanie, jak to w tytule. Znacznie częściej pada niemal natychmiastowa, bezmyślna odpowiedź – książka jest lepsza. Bezmyślna, bo jednak są filmy lepsze od książek, na podstawie których powstały. 

Oj, pewnie wsadzam kij w mrowisko! Mam nadzieję, że na fejsbokowych grupach dla „pisarzy”, którzy nie napisali ani jednej książki (lub e-booka) w swoim pisarskim życiu nie posypią się zaraz gromy na moją bluźnierczą głowę. Jednak przyznaję, że temat wybrałem świadomie i stanowisko celowo ulokowałem na kontrowersyjnym krzesełku. A dlatego, że naprawdę moim zdaniem nie każda książka jest lepsza niż film, a kontrowersje są najlepszym magnesem przyciągającym odbiorców. 



Z tymi kontrowersjami podobno bywa różnie. Ostatnio mi się na przykład mocno oberwało za wprowadzanie w błąd czytelników swojego blogu tytułami postów „jak z Pudelka”. A jednak jestem uparty i zdania nie zmienię. Intrygujący tytuł, ciekawy temat to wspaniały magnes. A historia kina i literatury dowodzi, że skandal i rozgłos bywa siłą napędową do tego, aby nawet średnie dzieła literackie były ekranizowane. 

Przykładem pierwszym z brzegu niech będzie sprawa Krystiana Bali i jego książki Amok, o której zresztą już na moim blogu nie raz pisałem. Wszyscy zgodzimy się, że powieść tego autora jest w najlepszym razie średnia, choć kontrowersyjności nie można jej odmówić, nawet jeśli nie weźmiemy pod uwagę tego, co stało się po jej wydaniu. „Amok” w LubimyCzytać został oceniony notą zaledwie 3,33. Natomiast film w reżyserii Pani Adamik, inspirowany tą historią, jest tylko nieco lepszy. 

Adaptacja filmowa jest zdecydowanie lepsza!

Co ciekawe, jej hollywoodzka adaptacja („True Crimes”) została oceniona jeszcze niżej. Według mnie zupełnie niezasłużenie. Tak czy inaczej, filmy i tak są lepsze od książki. Mam nadzieję, że przynajmniej moja powieść pt. „Koma” – również oparta na tej historii – spełnia oczekiwania czytelników.  Tyle tylko, że trochę tu zboczyłem z tematu, bo piszę o inspirowaniu się historią autora i jej książki, a nie adaptacji lub ekranizacji filmowej książki. Wracajmy do meritum. Literatura i kino. Książka i film. 

Co lepsze?  Wielu gotowych jest wypowiedzieć wojnę w obronie literatury i książek. Większość wskazuje wyższość literatury, bo książka jest lepsza od filmu. Wypracowania gimnazjalistów wypełniają frazesy, których oczekuje „pani z polaka”: czytanie wzbogaca wyobraźnię, książka zostawia w pamięci większy ślad niż film, książki rozwijają nasze umiejętności. Uhm… słowa, któremu przyklaśnie prawie każdy w kraju, gdzie zaledwie 7% czyta więcej niż 7 książek rocznie. 

Adaptacja filmowa to nie to samo, co ekranizacja książki!

Zostawmy statystyki. Jest nieciekawie, ale zawsze może być gorzej. Hołdujący banałom twardo bronią tezy – książka jest lepsza, bogatsza, wierniejsza. Nie ważne przy tym, czy książkę czytali, czy tylko widzieli kolorową okładkę na półce.  Staję w pędzonym nurcie i wsadzam kij w mrowisko. Nakręcono filmy równie dobre, jak dzieła literackie, na podstawie których powstały. Czasem książkowy pierwowzór blednie w blasku dziesiątej muzy, bo film jest po prostu lepszy niż książka. I kropka. 

Kinomaniacy sięgają po książkę obejrzeniu filmu (sam często tak właśnie robię) lub wybierają film po przeczytaniu książki. Niektórzy zachwycają się filmem, nie mając pojęcia, że to adaptacja, bo przy „napisach” otwierają piwo i przesypują czipsy do miseczki. Obchodzi ich odpoczynek i rozrywka. Nie interesuje ich źródło i to, czy oglądają adaptację, czy ekranizację. Tymczasem to wielka różnica. Pierwsza to wariacja na temat, druga to wierne (w założeniu) przeniesienie książki na ekran.

Zarzucanie adaptacji braku wierność z oryginałem to głupota

Nie można zarzucać adaptacji filmowej nieścisłości z oryginałem, bo to głupota. Trudno również oczekiwać, żeby ekranizacja obejmowała całość, bo w wypadku niektórych powieści otrzymalibyśmy kilkunastogodzinne filmiszcze. Lepiej  zrozumieć i zaakceptować fakty. Literatura i kino rządzą się różnymi, nieco innymi prawami. I  cieszmy się tym, co nam dają filmowcy. Dzięki nim, możemy, zajadając czipsy, popijane piwem (oczywiście bezalkoholowym), obcować z literaturą. No, prawie :-)

Zebrałem kilkadziesiąt powieści z mojego prywatnego rankingu, które polecam (do przeczytania, a potem obejrzenia) każdemu. Jasne, że to moja bardzo subiektywna lista i gdyby nie ograniczenia blogu na lekturę wpisów podejmujących temat należałoby przeznaczyć długie godziny. Postaram się streszczać. Notabene, jeśli macie swoje typy, wpisujcie je w komentarzach. W zbliżające się deszczowe, zimne i wietrzne jesienne wieczory chętnie zjem trochę niezdrowego jedzenia i oblejże coś, co jest dobre. A potem przeczytam. Albo odwrotnie. 

Będę omawiał reprezentatywne przykłady 

W najbliższe niedzielne poranki i popołudnia spodziewajcie się wpisów, w których będę omawiał, według mnie reprezentatywne przykłady. W następnym wpisie  do tablicy wywołam na przykład „Lektora” Schlinka i Daldry’ego, „Lolitę” Nabokova i Lyne’a, „Skazani na Shawshank” Kinga i Darabont’a, „Milczenie owiec” Harrisa i Demme’go  oraz „Pornografię” Gombrowicza i Kolskiego. I oczywiście jeszcze kilka (a może kilkadziesiąt!) innych, wspaniałych dzieł literackich oraz jeszcze wspanialszych filmowych, które z pewnością was zainteresują. I jeśli nie czytaliście to obejrzycie, a jeśli widzieliście, to przeczycie.

Zapraszam serdecznie. [tutaj druga cześć tego wpisu]

21 października 2018

Mam z tą książką problem

Pewnie niejeden autor ma podobną sytuację. Po trzech latach od wydania muszę otwarcie przyznać, że mam problem z tą powieścią. Wydałem ją w 2015 roku po kilkuletnim zbieraniu materiałów na temat okolic, z których pochodzę, a potem okazało się, że... No dobrze, zacznijmy od początku. 



Urodziłem się w liczącym osiem tysięcy mieszkańców przygranicznym miasteczku, gdzie po upadku komuny Diabeł (po raz kolejny w historii) powiedział dobranoc. Od południa granica z Czechami i góry, z zachodu województwo dolnośląskie i góry, od północy znów dolnośląskie. Brak przemysłu, bezrobocie, nuda i emigracja. Piękne, niszczejące zabytki i malownicza panorama gór. W tle ciekawa, tragiczna historia i powiedzenie "schowaj się w Paczkowie". 

Planowałem o tym napisać od bardzo dawna

Przesiedlenia na Ziemie Odzyskane, wypędzenie Niemców, pierwsze lata po wojnie – jeszcze będąc dzieckiem, uwielbiałem słuchać wspomnień dorosłych o tym, co przeżyli. I nie ukrywałem, że planuję napisać coś o kraju „lat dziecinnych”.  Pomysł się rodził wolno, dojrzewał. Wiedziałem, że akcja musi być osadzona w mojej rodzinnej miejscowości o pobliskim Paczkowie. Zacząłem również myśleć o górach. 

Przez całe swoje dzieciństwo dwa kilometry od okna mojego pokoju mogłem patrzeć na góry. Pomiędzy nimi a mną była jednak granica, której nie można było przekraczać, aż do 1996 roku. Po jej otwarciu dotąd niedostępne góry  zwiedziłem wszerz i wzdłuż. Potem znalazłem na cmentarzu po czeskiej stronie granicy intrygujący napis, który w wolnym tłumaczeniu brzmiał mniej więcej tak:


Zbiorowy grób trzynastu nieznanych ofiar nazizmu, więźniów politycznych obozu koncentracyjnego Birkenau, którzy zginęli w marszu śmierci w tych okolicach w styczniu 1945 roku

Zacząłem szperać w historii. Dowiedziałem się, że faktycznie przez wieś, w której mieszkałem dwukrotnie przeszły marsze śmierci. Dotarłem do źródeł mówiących o tym, że niedaleko mojego rodzinnego domu zamordowano 30 więźniów. Relacja naocznego świadka mówiła o 32 ciałach załadowanych na wozy. Tak zaczął tworzyć się pierwszy, jeszcze bardzo mglisty zalążek jednego z wątku mojej powieści. 

Dotarłem do niemieckiej kroniki szkolnej. Prowadzono w niej systematyczne zapisy od 25 sierpnia 1938 r. Ostatni pochodził z 9 maja 1945 r. i brzmiał „Deutschland kapituliren” (Niemcy skapitulowały), ale to zdanie napisano u dołu strony kończącej 1943 r. Pozostałe strony dokumentujące wydarzenia z lat 1944-1945 zostały wycięte. Przez kogo i dlaczego? Komu zależało, by ukryć prawdę? Co wtedy się stało? 


Komuś zależało, żeby ukryć przed światem to, 
co wtedy się działo

W szkole uczono mnie, że moje rodzinne strony „wyzwolono” ostatniego dnia wojny. A jednak wspomnienia Niemców zamieszkujących Paczków, Złoty Stok i Kamienicę mówiły jasno o tym, że już 7 maja byli tam widziani czerwonoarmiści. Przez kolejne miesiące zbierałem informacje. W wyobraźni zacząłem widzieć to, jak mogły wyglądać ostatnie dni wojny na tych terenach. I tak zrodził się kolejny wątek. 

Naziści w moich górach wiosną 1945 roku zgromadzili znaczne siły. Armia Czerwona napotkała zdecydowany opór. W tych samych górach faszyści pozostawili tajemniczy kompleks projektu Riese. To historia, a wspomnienia? Tato opowiadał, że kiedy ich „tu” przesiedlono na stołach ich nowych domów była jeszcze w talerzach niemieckich zupa. Zależało mi, aby pokazać, że wojna jest tragedią, niezależnie od obywatelstwa. 

Kiedy weszliśmy do tego domu, w talerzach na stole była 
jeszcze niemiecka zupa

Pod koniec 2010 roku, w wywiadzie dla portalu paczków24.pl zdradziłem, że powieść powstanie. Kilkanaście miesięcy później zdradziłem, że akcję powieści osadzę w maju 1945 roku i będzie oparta na prawdziwych wydarzeniach. Powiedziałem też, że fabuła będzie mieć związek z marszami śmierci. Książka była już prawie gotowa. Wiedziałem, że będzie to moja pierwsza powieść napisana w konwencji grozy (sic!). 

A dlaczego zdecydowałem się na taki gatunek? Hm...

Najlepiej widoczny szczyt góry, jaką widać z okna mojego pokoju w domu rodzinnym to Wysoki Kamień. Po czesku Vysoký kámen a po niemiecku Hohestein. A no właśnie, bo Hohestein to nieprzypadkowa góra. W 1966 roku zdarzyło się tam coś, czego nie da się racjonalnie wyjaśnić. Trzech chłopców ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Czy ma jakieś znaczenie to, że na skale jest już prawie nieczytelny napis po niemiecku. Brzmi, jak lead z horroru. No właśnie, jak z horroru. 

Spójrz na te słowa po zmroku a za ćwierć księżyca otworzysz bramę królestwa umarłych

Kiedy skończyłem pisać, okazało się, że całkiem sprawnie udało mi się spleść te kilka ciekawych i tajemniczych wątków. Akcja książki toczy się równolegle w 1945 roku oraz 2014 i zmienia się dynamicznie, dzięki czemu książkę „świetnie się czyta”. Już na etapie redakcji oraz korekty ludzie, z którymi współpracowałem, bardzo chwalili to dzieło. A jednak dzisiaj, po trzech latach od premiery czuję pewien niedosyt.

W rozmowie z pewną panią redaktor z poważnego wydawnictwa usłyszałem, że  zmiana gatunku jeszcze żadnemu autorowi nie wyszła na dobre. Zdecydowałem się na samodzielne wydanie, a raczej zdecydowali o tym za mnie wydawcy – wszak chciałem wydać „Górę Bogów Śmierci” na tradycyjnej ścieżce wydawniczej. Zaprojektowałem okładkę i użyłem do niej zdjęć swojego autorstwa. Co ciekawe, już pierwszą wersję uznałem za odpowiednią i została. Potem zadbałem o dystrybucję. 

Zmiana gatunku jeszcze żadnemu autorowi nie wyszła na dobre

Powieść początkowo ukazała się w edycji elektronicznej, w trzech formatach (PDF, EPUB i MOBI), a następnie w druku.  Można ją zamawiać w kilku najważniejszych księgarniach internetowych świata i Polski m.in. EMPiK czy Amazon. Pojawiło się kilka przychylnych recenzji (np. tutaj albo tutaj). I okazało się, że mam z tą powieścią poważny problem, bo nie zakładałem dobrej sprzedaży. Tymczasem okazało się, że to jedna z najlepiej sprzedających się moich powieści. Taki problem, jak się zapewne domyślasz, jest do zniesienia, a tytuł postu moja przemyślana prowokacja, by zachęcić cię do zainteresowania się tą książką. 

Góra Bogów Śmierci” to bardzo dobra, przemyślana powieść grozy. Jestem z niej dumny, a jednak pisząc ją i nieco później popełniłem pewne błędy. Gdybym miał ją jeszcze raz pisać, sprawiłbym, by była dłuższa. Jej objętość to 7,5 arkusza wydawniczego, a okazuje się, że współczesna (bestsellerowa) powieść powinna być dłuższa. Część recenzentów wskazuje, że ta historia zbyt szybko się kończy. Mogłem rozwinąć ostatni, najciekawszy wątek. Nic o nim jeszcze nie wspomniałem, ale celowo – nie chcę ci psuć zabawy. Kto wie, może się zdecydujesz i zechcesz go poznać? Na pewno warto.

Książkę można  zamawiać w kilku księgarniach internetowych. Nie znajdziesz jej w tradycyjnej sieci dystrybucyjnej, bo przecież opublikowałem ją niezależnie od głównego nurtu wydawniczego. Gdybym wydał ją z wydawnictwem musiałaby kosztować ok. 30-33 zł. Tymczasem e-booka można kupić już za ok. 8 zł (darmowy fragment PDF znajdziesz na mojej stronie) a książka drukowana w EMPiK kosztuje tylko 20,99 zł. Wysyłka jest realizowana za 5,90 zł lub mamy bezpłatny odbiór w salonie. W Amazon taka sama edycja jest dostępna w cenie od 8,49 USD i 2,99 e-book. Tutaj znajdziesz oceny i recenzje na LubimyCzytac.pl.

Ta książka została wydana za szybko

Tak naprawdę jedynym problemem, jaki mam z tą książką jest ten, że ją wydałem za szybko. Powinienem poczekać z publikacją i rozbudować fabułę o kilka-kilkanaście dodatkowych rozdziałów, ale zdecydowałem się wydać ją sam w takiej postaci, jaką uznałem za odpowiednią. Nie wiem czy w ten sposób nie pogrzebałem szans na to, by „Góra Bogów Śmierci” stała się światowym bestsellerem ;-) Zresztą, kto wie, czy jeszcze kiedyś nim nie zostanie? ;-) Przecież się wam podoba, a to, tak naprawdę, w tym wszystkim jest najważniejsze!

10 października 2018

Pisz, publikuj albo giń!

Pewien pisarz, którego bardzo cenię — najbardziej za oszczędność stosowania w swoim pisarstwie środków stylistycznych — niezwykle trafnie podsumował temat mojego poradnika. „Niezależne pisarstwo to jak gra na piaszczystej drugiej bazie: nie wiadomo, jak odbije się piłka”. Ernest Hemingway miał rację. Nigdy nie wiadomo, co nas spotka.



Pisarstwo niezależne nie jest wspaniałą ideą, sielanką i fantastycznym sposobem na zdobycie sławy czy fortuny. Jednocześnie oferuje wiele możliwości, które sprawiają, że warto w pewnych okolicznościach się na nie zdecydować. Daje wolność, bo przecież samopublikujący pisarz jest uwolniony od konieczności dostosowania swojej twórczości do woli jakiejkolwiek innej niż jego własna. Pisarz samopublikujący może tworzyć dzieło zarówno dostosowane do gustów masowego odbiorcy, jak i wyrafinowane, wyspecjalizowane albo tak kontrowersyjne, jak tylko tego zapragnie. Może tworzyć dzieło, jakie jego zdaniem jest wspaniałe.


 „Niezależne pisarstwo to jak gra na piaszczystej drugiej bazie: nie wiadomo, jak odbije się piłka”

Zerwanie z komercją, a zatem nastawienie się przede wszystkim na zysk, jak ma to miejsce w przypadku tradycyjnej publikacji, daje nieograniczoną wolność twórczą. To sprawia, iż można wierzyć w to, że niczym nieskrępowana twórczość autora zostanie zauważona i doceniona — przede wszystkim przez odbiorcę. Prawdopodobieństwo tego jest jednak niewielkie. Owszem, internet i samopublikowanie dają możliwość łatwego i taniego publikowania, nie trzeba mieć już dostępu do wielkich instytucji albo bogatych ludzi (mecenat), by rozprzestrzeniać swoją twórczość. 

Z drugiej strony, rodzi to niespotykaną nigdy w dziejach konkurencję. Nawet jeśli autor zdecyduje się na darmowe rozdawnictwo swoich utworów, nie zagwarantuje mu to sukcesu. Czasem wręcz przeciwnie — uniemożliwi ten sukces. Oznacza to, że nawet naprawdę wysokiej jakości dzieła mogą nie zdobyć uznania proporcjonalnego do swojej wartości. Dlatego też współczesny autor musi dużo tworzyć, ponieważ częste publikowanie zwiększa prawdopodobieństwo, że jego twórczość nie przejdzie bez echa. Częste publikowanie pomaga utrzymać również więc czytelnika z autorem (jego twórczością), co w sposób oczywisty zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu autora. 

Współczesny autor musi się wyróżniać, musi działać inaczej niż inni autorzy, a przynajmniej inaczej niż autorzy tradycyjni. Musisz przede wszystkim czytać. I nie mam tutaj na myśli tylko dzieł akademickich, profesjonalnych, ale również książki popularne, blogi itp. Przyglądaj się, jak piszą inni, zobacz, co można zrobić inaczej niż oni, lepiej, ciekawiej. Szukaj towarzystwa ludzi, którzy Cię inspirują. Nie — chwalą, hołubią, ale inspirują. Takich, którzy myślą inaczej niż Ty. Ufaj swojej intuicji, słuchaj innych, ale decyduj samodzielnie. Nie każda droga, która jest dobra dla Twojego przyjaciela, mentora, mistrza, będzie dobra również dla Ciebie.


Nie myśl, że po wydaniu jednej książki będziesz pisarzem. 

Nie myśl, że po wydaniu jednej książki będziesz pisarzem. Nie będziesz. Nie myśl, że jesteś nim, bo potrafisz pisać. Nie jesteś. Wydałem kilka różnych tytułów, samodzielnie opublikowałem kilkanaście, wielu ludzi spotkało się z moim słowem pisanym i… nie uważam, abym był pisarzem. Jestem co najwyżej autorem, który ma nadzieję, że jego słowa zostawiły ślad w czyimś umyśle, sercu, wspomnieniach. Mam nadzieję, że również w Twoim.

Pismo jest naszym wielkim odkryciem. Potem mieliśmy jeszcze tylko dwa równie wielkie: pierwszym było wynalezienie druku, drugim — internetu, który zmienił świat i dziś pozwala nam, amatorskim adeptom sztuki pisarskiej, zaistnieć. Wchodząc na trudną, krętą i wyboistą ścieżkę autora publikującego samodzielnie (nie ukrywam tego), tak naprawdę wybierasz drogę, która nie wiadomo gdzie Cię zaprowadzi. Jak powiedział Hemingway, „nie wiadomo, jak odbije się piłka”. Wiadomo, że może odbić się w każdą stronę, więc Ty z pewnością możesz iść niemal w każdym kierunku. Musisz jednak walczyć o uznanie. Walcz o czytelnika. Rozpychaj się łokciami, pisz dobrze, pisz ciekawie, tak żeby chwycić czytelnika za gardło (serce), i nie pozwalaj mu odejść. Twoim orężem niech będzie słowo. Ono ma naprawdę ogromną siłę.

Wiem, że po przeczytaniu mojej książki wielu będzie narzekać. Jedni stwierdzą, że jest rozwlekła, zbyt obszerna, inni przeciwnie — że nie znaleźli w niej odpowiedzi na swoje pytania, a tematy w niej poruszone zostały ledwie zasygnalizowane. Bardzo możliwe, że jedni i drudzy będą mieli rację. Może w następnym wydaniu się poprawię i wprowadzę takie zmiany, żeby ten poradnik lepiej spełniał pokładane w nim nadzieje. A może nie, bo nie wiem, czy zdecyduję się na kolejną edycję. Prawdopodobnie nie, bo jestem już bardzo zmęczony jego pisaniem.


Masz książkę? Zrób wszystko, aby ją opublikować! 

Na koniec dam Ci pewną, dobrą według mnie radę. Zamiast narzekać na to, że mój poradnik jest za długi, za krótki, zbyt powierzchowny albo za bardzo szczegółowy, po prostu weź się do pracy. Siądź do komputera i zacznij pisać. Masz książkę w głowie? Przelej ją na papier. Masz książkę napisaną? Zrób wszystko, aby ją opublikować. Tylko w ten sposób masz szansę na tym zarobić, zaistnieć i tym samym iść przed siebie. Jeśli nie będziesz szedł, oznacza to, że stoisz w miejscu. Ty jesteś kowalem swojego losu, Ty decydujesz o tym, kim jesteś i ile sprzedasz swoich e-booków albo książek. 

Urodziłeś się i pewnego dnia odejdziesz z tego świata, tak samo jak ja i wszyscy pozostali. Nie wiemy, kiedy to nastąpi. Mamy dany jakiś czas. Jest on różny. Jedni mają 90 lat, a inni nawet mniej niż 1/10 z tego. Tak już jest i nic z tym nie zrobimy. Ale możemy ten nasz czas zmarnować albo go wykorzystać. Możesz go wykorzystać na narzekanie, marnotrawienie podczas jałowych dyskusji na forach, w serwisach społecznościowych albo wstukiwanie na klawiaturze smartfona głupkowatych emotikonów w WhatsApp. W tym samym czasie możesz też napisać kolejną książkę, kolejne opowiadanie, które — nawet jeśli nie zdobędzie statusu bestsellera — pozwoli Ci zarobić, zaistnieć albo poprawić swój warsztat. Pozwoli Ci utrzymać się na powierzchni lub blisko niej. Pozwoli Ci iść naprzód.


Pisz, publikuj albo giń!

W dzisiejszym świecie, gdzie wielu z nas wydaje się, że mogą zostać pisarzami, trzeba walczyć. Pisz, publikuj albo giń — tak powinno brzmieć credo współczesnego autora, kogoś, kto samodzielnie publikuje swoje utwory bez wydawców i chce na tym zarabiać, nawet jeśli inni uważają, że tak naprawdę to nie jest możliwe. Wierz mi, to jest możliwe, ale potrzeba wiele samozaparcia, dyscypliny i odwagi. Potrzeba determinacji i wytrwałości. Dlatego kończąc swoją książkę, dodam: nie narzekaj, ale pisz, poprawiaj, drukuj, sprzedawaj; rób swoje — opowiedz własną albo zmyśloną historię. Opowiedz ją! Sprzedaj ją i twórz dalej. Rób to, co lubisz. Ludzie uwielbiają czytać, uwielbiają słuchać historii. I tak naprawdę nieważne, kto ją opowiada. Istotne, o czym jest ta historia.

Jest to fragment "Biblii #SELF-PUBLISHINGu". 

8 października 2018

Czym jest książka drukowana na życzenie?

Niewielu autorów niezależnych może wydać tradycyjną, papierową książkę. Tymczasem wielu czytelników czyta tylko na papierze. Więc czy jednym i drugim pozostają tylko e-booki? Otóż nie. 


Mamy dwa rodzaje druku. Offsetowy oraz cyfrowy, zwany drukiem na żądanie (print on demand), drukiem na życzenie albo na zamówienie. Zasadnicza różnica między pierwszym a drugim rodzajem druku to opłacalność. Minimalny opłacalny nakład przy druku offsetowym to tysiąc egzemplarzy, a przy druku na żądanie minimalny opłacalny nakład to jeden egzemplarz. Brzmi dziwnie i niedorzecznie? Możliwe, ale…

Im nakład jest większy, tym cena jednego egzemplarza maleje

Problem przy offsetowej produkcji książki polega na tym, że niezależnie od tego, czy wydrukujemy jeden egzemplarz, czy też tysiąc, cena uruchomienia linii będzie taka sama. A to oznacza, że za tysiąc książek XXX zapłacimy np. 5 tysięcy złotych i za druk jednego egzemplarza również zapłacimy… 5 tysięcy złotych. Jednak druk dwóch tysięcy książek XXX będzie kosztował nie 10 tysięcy, ale w granicach 7-8 tysięcy. 

A im nakład większy, tym cena jednostkowa jednego egzemplarza maleje – oczywiście w pewnych granicach. Tymczasem przy druku na żądanie cena druku jednego egzemplarza maleje już od „nakładu” kilku sztuk, by po zbliżeniu się do granicy tysiąca, która oznacza, że taniej nie będzie. Skąd taka prawidłowość wynika? Winna jest technologia. Przy druku cyfrowym zamiast drogich matryc i klisz mamy plik PDF. 


Jakość tak wydrukowanej książki jest niemal tak samo dobra, jak przy druku offsetowym.  Książki są drukowane po złożeniu zamówienia przez klienta, nie zalegają więc w magazynie, nie zajmują miejsca, nie ma zwrotów. Dodatkowe atuty to możliwość łatwego i taniego wprowadzania zmian w pliku źródłowym (np. bieżące usuwanie błędów) i nie sposób wyczerpać nakładu. Do tego czas produkcji jest krótki.


To największa wada druku cyfrowego

Nakładu tak naprawdę nie ma.  To oznacza, że książka nie trafia na półkę w księgarni, gdzie mógłby ją wyszperać miłośnik literatury, obwąchać, a potem kupić, przeczytać, a nawet pożyczyć, podarować czy też po prostu polecić. To niestety największa wada druku cyfrowego.  Doskonale wiemy przecież, że kupujemy pod wpływem impulsu. A nuż spodoba nam się okładka, zainteresuje pierwsze zdanie i tak dalej. 

Książka drukowana na życzenie trafi do odbiorcy wyłącznie, kiedy czytelnik będzie ją naprawdę chciał. To oznacza, że najpierw ją wyszuka w ofercie księgarni internetowej, potem zamówi i poczeka, aż listonosz przyniesie książkę do domu, w cenie powiększonej o koszt wysyłki. Jej cena nie będzie wprawdzie wyższa od drukowanej tradycyjnie, ale będzie trzeba na nią poczekać. A przecież nikt tego nie lubi. 

Druk cyfrowy jest idealnym rozwiązaniem dla wszelkiego typu publikacji niskonakładowych, wyczerpanych, albo tych, których ewentualne powodzenie na rynku jest trudne do oszacowania, więc wydawcy boją się podjąć ryzyka. Wielu z was przeczyta być może między wierszami słowa: samopublikowanie czy debiut. I słusznie.  Brak dużych nakładów oznacza niskie koszty, a to ogromna zaleta. Ogromna, ale nie największa. O największej napiszę za chwilę.

Nawet bez wydawcy jesteś w stanie dotrzeć 
(prawie) do każdego

Tak się złożyło, że od kilkunastu lat wydaję swoje książki, od kilku robię to również niezależnie od wydawców. Większość z tych, które sprzedałem były książkami drukowanymi cyfrowo oraz e-bookami. Mój łączny nakład offsetowy to zaledwie 4,5 tysiąca egzemplarzy. Cała reszta na życzenie.

Moje książki w większości nie są dostępne w księgarniach na półkach, ale jednocześnie można je zamówić w prawie każdej, liczącej się księgarni internetowej w Polsce i na świecie. A to oznacza, że również bez wydawcy jestem w stanie dotrzeć (prawie) do każdego. I to jest największa zaleta druku cyfrowego. Bo jeśli mnie się to udało, każdy może to zrobić.
--

Na zdjęciach moje niektóre książki drukowane cyfrowo.  Są dostępne do kupienia na przykład tutaj

Książka jest gorsza niż film, cz. III

W poprzednich dwóch wpisach , z pomocą przykładów starałem się udowodnić, że wyprodukowano filmy, które powstały na kanwie dzieł literackic...