17 września 2018

Biblia #SELF-PUBLISHINGu już jest!

Z przyjemnością i satysfakcją informuję, że od dawana zapowiadany poradnik dla samopublkikujących autorów pt. Biblia#SELF-PUBLISHINGu od dzisiaj można zamawiać. Poniżej znajdziesz kilka informacji na jego temat, o czym jest i jak powstawał. 


Z zamiarem jego napisania, nosiłem się od kilku lat. Nic dziwnego, jeśli pierwsze, niezbyt jeszcze profesjonalne próby samodzielnej publikacji podejmowałem już w okolicach 2002 r. Do dzisiaj wydałem ponad 20 różnych utworów, zbierając przy okazji doświadczenia i materiał do tego poradnika. Zabierałem się do jego napisania przynajmniej trzy razy w sposób poważny i co najmniej siedem razy w sposób, rzekłbym, słomiano-zapalny. Wreszcie mogę napisać z dumą, że oddaję go w ręce odbiorców.

Materiał do poradnika dla autorów zbierałem stopniowo, niejako przy okazji, ponieważ oprócz zbierania doświadczeń i nauki na własnych błędach wielu odbiorców pytało mnie, jak to się dzieje, że wydaję bez wydawnictw. Jak to robię, gdzie publikuję, jak promuję własne utwory itd. Innymi słowy, okazało się, że są ludzie, których interesuje problematyka samodzielnego wydawania własnych utworów.  Pytano mnie, a ja w miarę możliwości starałem się im wszystkim oczywiście odpowiadać, ale o tym opowiem za chwilę.

Wiem, że wielu mi zaufało. Widząc, jak trwam na rynku wydawniczym, docenili to, co robię. Są tacy, którzy się ze mną utożsamiają, przekonują ich moje doświadczenia, interesuje ich to, co mam do powiedzenia. Niebagatelne znaczenie ma również fakt, że wielu czytelnikom najzwyczajniej podoba się to, co, i jak piszę.  Czytają moje powieści i opowiadania. Są tacy, którzy chcą czerpać ode mnie wartościowe, autentyczne i osobiste treści na temat działalności wydawniczej. I to dla nich powstał ten poradnik.

Nie będę udawał skromności, bo faktem jest, że dla wielu zainteresowanych tą metodą publikowania jestem postrzegany w roli, o ile nie eksperta, to z pewnością kogoś, kto ma pojęcie na ów temat. Zawsze starłem się im pomóc, lecz w pewnym momencie okazało się, że to nie jest możliwe. Nie da się w jednym e-mailu wyjaśnić zagadnień, które z mieszczą się z trudem w 500-stronicowej książce, szczególnie laikowi. I nie da się ciągle odpowiadać na te same pytania. Napisanie każdej takiej wiadomości wymaga czasu. Tak się złożyło, że gromadziłem korespondencję z moimi odbiorcami.

Wreszcie zauważyłem, że mam materiał, z którego – przy odrobinie pracy –  mógłbym stworzyć całkiem niezły poradnik. Nie chciałem jednak tworzyć niezłego poradnika. Sprawdziłem i okazało się, że na polskim rynku nie ukazała się do tej pory ani jedna publikacja podejmująca się tego tematu.  Tak zrodził się pomysł. Postanowiłem wydać poradnik wyjątkowy, ambitny I jedyny w swoim rodzaju: Biblię #SELF-PUBLISHINGu. Zacząłem pisać. I okazało się, że „odrobina pracy” nie wystarczy. Pisałem z przerwami kilka lat.

Bo, od pomysłu do prototypu książki jest szmat drogi, nawet mimo posiadania sporego materiału. Szczególnie że założyłem trudne cele: moja książka ma być możliwie najbardziej wartościowym kompendium, podręcznikiem i vademecum dla autorów zamierzających samodzielnie publikować własne utwory bez wydawnictw. Postanowiłem, że albo dam czytelnikom coś naprawdę wartościowego, albo nie dam nic.  Wiem, że ta książka zmieni czyjeś życie! Uznałem, że wobec tego musi być naprawdę niezwykła.

Niezależne od tego, jak Biblia #SELF-PUBLISHINGu zostanie odebrana, będzie książką, która – mam nadzieję – pomoże ogromnej rzeszy autorów zrobić coś, o czym od dawna marzyli. Niezależne od tego ile słów krytyki zostanie na temat tego poradnika powiedziane, nic nie zmieni tego, że jest to pierwszy polski poradnik na temat samopublikowania (self-publishingu) oraz pisarstwa niezależnego.  Zawiera unikalną wiedzę, ponieważ zebraną na podstawie o moje, własne, osobiste i bezcenne doświadczenia.

Przebyłem drogę wyboistą, krętą i wiodącą pod górę. Przeszedłem nią sam, nikt nie trzymał mnie za rękę, nikt mi nie doradzał. Nie miałem do dyspozycji takiego poradnika, jaki oddaję dziś w ręce odbiorców. A szkoda. Pewnie popełniłbym mniej błędów i byłbym w innym miejscu, niż jestem teraz. Na okładce możesz przeczytać „Nawet nie próbuj wydać własnej książki bez tej wiedzy”.  To nie tylko chwytliwe hasło reklamowe, ale prawdziwe ostrzeżenie! Możesz mi zaufać lub nie, ale taka jest prawda.

Oczywiście słyszałem, że nie ma sensu poświęcać czasu na to, żeby tę książkę napisać. Po co? – pytano. Przecież na „czymś takim” się nie da zarobić? Ile egzemplarzy takiej książki można sprzedać. Ilu odbiorów w Polsce może być zainteresowanych samopublikowaniem? Tysiąc, dwa tysiące?  Ekonomicznie ta książka to klapa. A jednak pomysł dojrzewał we mnie. Uznałem, że poradnik dokończę, a potem go wydam – sam, lub z wydawcą. Koniec i kropka. Postanowiłem, a potem zrobiłem wszystko, aby postanowienie wprowadzić w życie. Udało się. Jestem usatysfakcjonowany.

Nie liczę na bestseller. To niemożliwe. Bestsellera się tworzy inaczej, na inny temat. Ten jest zbyt niszowy, zbyt specjalistyczny, nie ma szans na wielkie pieniądze z jego sprzedaży. Czy to oznacza, że wydałem go wyłącznie dla idei? Nie, ponieważ nie idealizuję samodzielnej ścieżki wydawniczej i stale podkreślam, że jest ona w ogromnej większości wypadków bardziej koniecznością, niż wyborem i jedynie alternatywną metodą publikacji. Można ją jednak z powodzeniem wykorzystywać, bo oprócz niepodlegających dyskusji wad, ma również wielkie zalety. I niektórym jest ona po prostu potrzebna.

Self-publishing, mimo oczywistych wad, daje wielu autorom niemal nieograniczone możliwości, czytelnikom zaś pozwala w większym stopniu, niż w modelu tradycyjnym, wpływać na rynek wydawniczy. Oczywiście to, czy wydana w ten sposób książka odniesie sukces, nadal zależy od wielu czynników. Konieczna jest przede wszystkim wiedza. Biblia#SELF-PUBLISHINGu zawiera jej dokładnie tyle, ile trzeba jej mieć do samodzielnego wydania własnego utworu z sukcesem. Piszę to z całą odpowiedzialnością. Nie znam publikacji, która równie wyczerpująco podejmuje temat.

Biblia #SELF-PUBLISHINGu zawiera wszystkie informacje niezbędne do samodzielnego wydania książki lub e-booka i ich skutecznego promowania w polskich oraz zagranicznych (Amazon, Smashwordsd itp.) kanałach dystrybucji. Przedstawiłem w niej zarys historyczny zjawiska, jego znaczenie i wpływ na rynek książki na konkretnych przykładach, metody samopublikowania oraz ich aspekty techniczne. Czytelnik pozna zasady projektowania okładek, formatowania oraz składu i przygotowania książki do druku lub dystrybucji w formie cyfrowej. Omówiłem kwestię płatności, podatków, marketingu, tytułu, strategii sprzedażowych, zabezpieczeń antypirackich oraz kosztów wydania własnej publikacji, jak również zalety i wady różnych ścieżek wydawniczych.

Szczególny nacisk położyłem na omówienie działania tzw. firm wydawniczych z uwypukleniem ich nieetycznych metod pozyskiwania autorów i zagrożeń z tego płynących.  Czytelnik, dzięki książce pozna obsługę blisko 20 najważniejszych polskich i zagranicznych platform umożliwiających samopublikację (np. KDP Amazon, Ridero, CreateSpace, Tolino itp.). Ta część poradnika zawiera blisko 200 ilustracji, liczne tabele i wykresy, ułatwiające zrozumienie treści. Instrukcje publikowania zaprezentowałem metodą „krok po kroku” w celu jeszcze łatwiejszego przyswojenia treści.

Specjalne miejsce w publikacji zajmuje analiza popełnionych przeze mnie błędów i sposoby ich unikania, jak również studium przypadku innych autorów wykorzystujących samopublikowanie.  Całość dopełnia omówienie kwestii funkcjonowania autora prowadzącego działalność gospodarczą (firmę) oraz analiza kosztów jej prowadzenia. Poradnik podzieliłem na 60 rozdziałów. Został wydany we współpracy z dobrze mi znanym wydawnictwem Złote Myśli, a jego cenę okładkową ustalono na 59 złotych.











Czytelnik znajdzie w książce prawie wszystkie informacje tyczące się samodzielnego wydawania własnych publikacji oraz tematów pokrewnych. Jestem przekonany, że udało mi się stworzyć prawie doskonały, niemal wyczerpujący temat podręcznik dla self-publishera żyjącego w Polsce. Z pewnością w żadnej innej publikacji wydanej w naszym języku do tej pory, nie znajdziesz nawet części tej wiedzy.  I dokładnie taki cel sobie postawiłem, zabierając się do pisania. Jestem przekonany, że mi się udało.

Dziś rusza przedsprzedaż tego tytułu. Poradnik został wydany jedynie w formie papierowej, wersja elektroniczna nie jest na razie przewidywana (co nie znaczy, że nie zostanie wydana za kilka miesięcy). Cena startowa książki to 49 zł (44 zł dla zarejestrowanych w klubie Złotych Myśli). Z każdym dniem, aż do dnia oficjalnej premiery cena będzie rosła, aż osiągnie poziom 59 zł.  Ze mną będzie można się spotkać niebawem w wirtualnej rzeczywistości (seria webinarów, Live na Facebooku) [EDIT: oglądnij na Facebooku] , gdzie postaram się odpowiedzieć na ewentualne pytania czytelników. 
Wszystkich zainteresowanych tematem samopublikowania gorąco zachęcam do zakupu Biblia #SELF-PUBLISHINGu, teraz kiedy można oszczędzić nawet 15 zł. Wszystkim ludziom sieci: (blogerom, piszącym recenzje, youtuberom oraz właścicielom i administratorów stron www) polecam jej promowanie w ramach Programu Partnerskiego wydawnictwa. Polecając książkę, można zarobić rekordowe prowizje, bo aż do 15,62 zł od jednego opłaconego zamówienia! Wszystkim, którzy pomogli mi przy napisaniu oraz wydaniu tej książki serdecznie dziękuję oraz przepraszam za sprawione kłopoty. Pozostałych zapraszam do obejrzenia wywiadu. 




10 września 2018

Skuteczny marketing, a self-publishing

Dziś dla samodzielnie publikującego autora – zresztą dla tych tradycyjnych również – brak istnienia w mediach społecznościowych to wielki błąd. Konta w wielkiej trójce (Facebook, Twitter Instagram) są niezbędne. Trudno sobie wyobrazić skuteczne promowanie bez nich własnej twórczości.  

Oczywiście można do promocji w socjal media wykorzystywać również YouTube, Google Plus (i ja tak robię) Pinterest czy Linkedin. Dobrym pomysłem są również konta w serwisach stricte książkowych. U nas, mamy do wyboru LubimyCzytać, BiblioNETka, NaKanapie a w wersji międzynarodowej, na przykład serwis GoodReads.  Najlepiej oczywiście „być” wszędzie i "być" dobrze, chociaż niektórzy powiedzą, że lepiej nie „być” nigdzie, niż robić to źle. Skuteczność marketingu w poszczególnych serwisach społecznościowych jest różna, bo ich specyfika także. Trzeba również pamiętać, że media społecznościowe to tylko jeden z możliwych kanałów promocji, ale jeden z najważniejszych i bardzo skuteczny, szczególnie jeśli jest wsparty innymi. 

Uwaga! To tylko moje zdanie. Możesz się z nim zgadzać lub nie zgadzać, chętnie przeczytam, co masz do powiedzenia. To mój sposób działania. Dla Ciebie nie musi on być równie skuteczny. A nawet więcej – możesz mieć sposób działania inny, skuteczny o wiele bardziej, niż mój. Jedną z cech autorów samodzielnych jest kreatywność, zatem jeśli działasz inaczej, nie ma w tym absolutnie niczego dziwnego. To, co jest dobre dla mnie, nie musi być dobre dla Ciebie i vice versa, rzecz jasna. 

Wracając do tematu: skuteczny marketing w czasach Internetu wymaga, by istnieć również w wyszukiwarkach z własną, estetyczną i dobrze zbudowaną stroną autorską. Najlepiej stroną na domenie z imienia i nazwiska, pseudonimu, tytułu książki lub innej, krótkiej, łatwej do zapamiętania z popularnym rozszerzeniem (pl, com, net). Dobrze jest jeszcze prowadzić blog, wspaniale mieć bazę adresów i móc od czasu do czasu wysłać do odbiorców jakiś nienarzucający się newsletter. Pamiętaj! Nikt spamu nie lubi, a informacje muszą być aktualne.  To ważne. 

Wiem, że to wymaga sporej samodyscypliny i kosztuje wiele wysiłku oraz poświęcania swojego wolnego czasu, który można byłoby przecież przeznaczyć na przykład na pisanie kolejnej powieści. Z doświadczenia jednak wiem, że spadek aktywności w obszarze działań marketingowych zawsze przekłada się na zmniejszenie sprzedaży. Wiem to z doświadczenia. Czyli, niestety okazuje się, że promowanie siebie to zwykle konieczność. Niektórzy to lubią, dla innych to wada publikowania z dala od głównego nurtu wydawniczego i niezależnie od wydawnictw. 

Jedną z najważniejszych cech autorów działających poza głównym nurtem wydawniczym jest ekspansywność. Szukamy kontaktu z odbiorcą. Media społecznościowe się do tego świetnie nadają. Oczywiście, autorzy (i wydawnictwa) działający tradycyjnie również wykorzystują do celów marketingowych to, co działa. Często jednak kontakt rzekomego autora z odbiorcą tym kanałem odbywa się za pośrednictwem specjalnie opłacanych ludzi (agencji marketingowych) – wspaniale, jeśli są oni do tego specjalistami. Autorzy indie rzadko mają taki komfort, dzięki temu są jednak autentyczni. To ogromne pole do zagospodarowania dla niezależnie działających autorów. 

Tematowi skutecznego promowania poświęciłem fragment mojego poradnika dla samopublikujących autorów ze świadomością tego, że na ten temat powstało wiele obszernych dzieł. Niektóre z nich są nawet o większej objętości niż 500 stron mojego poradnika. Mam jednak  wrażenie, że najważniejszą zasadą w pisaniu o tym całym ogromie kanałów promocyjnych jest ta, która mówi, że żeby być skutecznym, trzeba bezwzględnie działać autentycznie regularnie. A to oznacza zamieszczanie nowego wpisu najlepiej co kilka dni. Innymi słowy, jeśli uchwycisz kontakt, staraj się go nie tracić i utrzymywać. I dawać coś, co jest prawdziwe i wartościowe, chociaż z drugiej strony...

Jeden z najpopularniejszych blogerów w Polsce, w swojej książce pisał, że nieistotne przy tym, czy post jest wartościowy. Istotne, żeby był kontrowersyjny, najlepiej obrazoburczy, generujący dyskusje i silne emocje. Warstwa merytoryczna jest tutaj nieważna. Jeśli ludzie się wkurzają, to generuje ruch na stronie. Nie zgadzam się – zawsze starłem się publikować informacje, które przynajmniej niektórym coś dadzą (ale pewnie dlatego nie jestem gwiazdą polskiej blogosfery!). Uważam, że warto publikować często, szczerze i dawać wiedzę. Najlepiej, by była unikalna i zdobyta na podstawie własnych doświadczeń. Dlatego też napisałem Biblię #SELF-PUBLISHINGu.

Warto znać się na tym, co się robi. Mam tego pecha, że uczę się na własnych błędach. Pokłosiem tego jest na przykład przejęcie kilka tygodni temu mojego konta na Instagram przez pewnego hackera. Na szczęście wszystko wróciło do normy i znów Aleksander Sowa jest na Instagramie. Tyle że muszę zaczynać od nowa. Mówią: wzmacnia mnie to, co mnie nie zabije, ale zapewniam, nie warto uczyć się na swoich błędach. Najlepiej uczyć się na błędach popełnionych przez innych, to dużo mniej kosztowne oraz bolesne.  O innych, bolesnych i kosztownych błędach, jakie popełniłem przeczytasz w moim poradniku i na tym blogu. Mam nadzieję, że dzięki temu, że je opisałem, ich nie powtórzysz. 

Promowanie własnej twórczości wymaga wiedzy, czasu a bywa, że również pieniędzy. W swoim poradniku dla autorów podzieliłem się wiedzą na ten temat, którą zdobywałem przez ponad 15 lat działalności (i błędów, niestety). Wierzcie mi, jest tego sporo, powstała o tym nawet praca licencjacka (1). I jestem pewien, że wiedza z poradnika BIBLIA #SELF-PUBLISHING-u jest niezbędna dla każdego autora, który chce wejść na drogę samopublikowania i pisarstwa niezależnego. Tak samo, jak socjal media są niezbędne dla skutecznego marketingu utworów wydanych bez wydawnictwa, kosztownej reklamy i wsparcia mediów. No, dosyć autoreklamy! Wróćmy do meritum.

W tej branży się wiele zmienia. Na razie jedno jest pewne: nie ma obecnie bardziej efektywnego a jednocześnie tańszego kanału promocyjnego, który może być z powodzeniem wykorzystywany przez niezależnie działających autorów, niż media społecznościowe. Idąc tym tropem, wszystkich zainteresowanych wiedzą, którą tutaj się z Wami dzielę, tym, co się u mnie dzieje i jakie mam plany wydawnicze zapraszam na swoje kanały, stronę www i do zapisania się na newsletter. Pozostańmy w kontakcie, bo już za tydzień, nowy, arcyciekawy wpis na temat nadchodzącej premiery. 
---
(1) Działania promocyjne self-publishera na podstawie aktywności Aleksandra Sowy. Praca licencjacka pod kier. Dr Ewy Jabłońskiej-Stefanowicz. Wrocław: Uniwersytet Wrocławski Wydział Filologiczny, 19 listopada 2016 r. 

3 września 2018

Przekleństwo ciągłych poprawek

Wbrew pozorom, w przypadku wielu autorów pisanie nie jest najważniejszym etapem tworzenia. Nie jest również etapem najbardziej czasochłonnym, najtrudniejszym, żmudnym czy denerwującym. Dla mnie najtrudniejszą fazą pisania jest poprawianie. 

Podobno dobrzy pisarze dzielą się na gatunki. Są czarodzieje rodzący piękne zdania, których książki są skąpe w dialogi. Inni (nazwijmy ich gawędziarzami) tworzą stylem oszczędnym, zwięzłym, który dobrze się czyta. Trzeci gatunek to nauczyciele, których moralizatorstwo jednak nie męczy. Nabokov stworzył arcydzieła, King bije rekordy sprzedaży, a Larsson nie zanudził czytelnika, przemycając przy tym pewne idee. Nawet jednak będąc geniuszem, niedobrze zatracić się w którymś kierunku. Trzeba pisać i skreślać

Każdy autor pracuje inaczej, każde dzieło jest inne. Tworzymy lepsze i gorsze utwory, a styl naszej prozy, wraz z czasem i dojrzewaniem ewoluuje w którymś z kierunków. Warto jednak wiedzieć, że czarodziej musi mieć wielki talent, gawędziarz powinien tworzyć świetne historie, a moralista powinien unikać (za)nudzenia odbiorcy. Sposób na to jest prosty: jeśli czegoś jest w rękopisie za dużo, manuskrypt należy poprawić. Czyli skreślać bez litości.  

Kiedyś postanowiłem, że moje książki będą dawać rozrywkę. Będą napisane językiem prostym i oszczędnym w środki stylistyczne. Czasem zmieniam narrację i kompozycję. Usuwam to, co jest zbędne. Najważniejszy jest u mnie bohater, którego charakter pokazuję w działaniu, a nie w opisie. Chcę dawać dobrze opowiedziane historie. I chyba dlatego, wciąż tyle poprawiam. Ostatnią powieść pisałem 15 miesięcy, tymczasem...

Dumas (ojciec) pierwszy tom „Kawalera de Maison-Rouge” stworzył, w 3 dni. W podobnym czasie King (jako Richard Bachman) stworzył „Uciekiniera”. W tym samym czasie powstał „Chłopiec w pasiastej piżamie” (Boyne). Spillane, pierwszą część przygód detektywa Hammera napisał w 9 dni. Dostojewski potrzebował 26 dni, by napisać „Gracza”. Pilipiuk i Mróz wypuszczają po kilka tytułów na rok.  Tempo ich pracy - jak widać zresztą - mnie osobiście powala, bo wiem, że jest ono zdecydowanie nie dla mnie. 

Bułhakow pisał „Mistrza i Małgorzatę” 13 lat, ostatnie poprawki wprowadził miesiąc przed śmiercią. Powieść przeszła 6 lub 8 redakcji. Nabokov tworzył „Lolitę” 6 lat. Márquez „Sto lat samotności” napisał w 18 miesięcy. Hemingway poprawiał „Pożegnanie z bronią” 38 razy, a Proust zmarł, nie dokończywszy ostatnich tomów „W poszukiwaniu straconego czasu”. Genialne utwory. Tempo ich napisania robi na mnie również wrażenie. Tym bardziej że po napisaniu własnych dzieł, rozumiem, iż każdy autor tworzy inaczej!

Dla jednych ważniejsze jest pisanie, dla innych poprawki. Chyba należę do tych drugich. Nauczony błędami samopublikującego autora (nie udało mi się ich uniknąć) staram się maksymalnie dopracować książkę. Tak, by była możliwie idealna. Dlatego wybaczcie, że musicie czekać na „Gwiazdy Oriona”. Mam jednak wiadomość: właśnie ją skończyłem. Teraz pracuje nad nią redaktor. Mam nadzieję, że niebawem będziecie mogli przeczytać o początkach Emila Stompora, a powieść będzie dopracowana i Was nie zawiedzie. 

27 sierpnia 2018

Blokada twórcza

Miałem sen, iż pewnego dnia wstanę z łóżka, aby żyć zgodnie ze swoim marzeniem: żyć z pisania i nie zajmować się niczym innym. Mam nadzieję, że M.L. King wybaczy mi tę parafrazę, ale jestem po nocnej zmianie.  

Piszący uskarżają się na „blokadę twórczą”. Mnie na przykład w dokończeniu najnowszej powieści bardzo przeszkadza to, że muszę pracować zawodowo. Okazuje się, że kiedy mam wenę, wypada ruszać do pracy, a kiedy mam czas by coś wreszcie skrobnąć, jestem zmęczony po nocnej zmianie. I kiedy już zrobię kawę i siądę do komputera, w pisaniu przeszkadza mi niesprawna klawiatura. A tu na blog też trzeba coś stworzyć.

Wtedy przychodzą myśli tzw. egzystencjonalne. Nie, żebym nie lubił myśleć o czymś abstrakcyjnym, ale okazuje się, że bank żąda pieniędzy na rachunku. Piszą: środki do pokrycia raty kredytu (skandalicznie wysokiej), a ja patrzę w migający kursor. No i co?

I nic. Klawiatura zepsuta, noc nieprzespana, chęci niewielkie, a kawa jakaś taka słodko-gorzka. Wiadomo, bez smaku, bo oto dopadła mnie Jej Magnificencja, Blokada Twórcza.

Teoretycznie wystarczyłoby kupić klawiaturę, aby część problemu znikła, to jednak gorzej z pracą i bankiem. No i kawą. Z tym że niekoniecznie, ale o tym zaraz, bo właśnie nastąpił kolejny etap – faza zaprzeczania. Po co to wszystko? Ze sprzedaży egzemplarza swojej powieści (nieistotne, czy w formie elektronicznej, czy papierowej) zarabiam średnio jakieś 3-4 PLN netto. Ponieważ mówią o mnie self-publisher (choć wolę pisać o sobie autor niezależny), samopuplikujący i indie autor, oznacza to, że całość kosztów wydania swojej książki pokrywam sam, z własnej, dziurawej i trawionej przez banki kieszeni. Innymi słowy, moje honorarium w wysokości wspomnianej dostanę, sprzedając dopiero (średnio) pięćsetny egzemplarz. Z tego wynika, że wydanie książki przez niezależnego autora to niezbyt pewna inwestycja. I sporo wysiłku, jak na jedną małą, czarną kawkę, nie uważacie? [pytanie retoryczne]

A wierzcie mi, namówić pięciuset obcych ludzi, do tego, by wyjęli z portfela od 10 do 35 złotych i kupili moją książkę/e-booka to sztuka niełatwa i pół tysiąca naiwniaków znaleźć jest trudno. Wielu tej sztuki próbuje i konkurencja jest jak u lemingów. No, chyba że towar jest dobry. Ale jak stworzyć dobry towar, kiedy po nocy człowiek zmęczony, banki żądają przelewów, a kawa jakaś nijaka? A klawiatura także do bani.


Do tego słyszę: początkującemu jest trudniej, Pan ma czytelników, a ja tylko pomysł na książkę i ciągle mnie coś blokuje. Mam blokadę twórczą. Gdybym był… nie był… miał… nie miał… czuł… nie czuł… widział… nie widział… O! Wtedy, tak! Ale nie teraz. Uhm. Bullshit! – powiedziałbym w USA. Ja też mam. Inne podejście! Bo niestety, życie pokazuje, że „kiedyś” zbyt często oznacza „nigdy”. Odpowiedź jest prosta!

Pisałem przecież: klawiatura, banki, praca, niespecjalnie pewna inwestycja. Więc i mnie się zdarza, zastanawiać, czy nie rzucić wszystkiego i uprawiać ekologiczne marchewki, hodować czarno-białe króliki i karmić rudawe koty. A do tego popijać piwo i smażyć kiełbasę, niech będzie, że nawet składającą się tylko z 60% mięsa, oczywiście oddzielonego (od reszty) mechanicznie.  Tak jednak się książki nie pisze.

Napisanie powieści, to nie mniej niż kilka miesięcy intensywnej pracy. Są tacy, co piszą szybciej, ale dla mnie pisanie to ślęczenie nad klawiaturą (wciąż niesprawną), przed monitorem w czasie, kiedy można by pójść po keczup, pieczywo i musztardę do kiełbasy. Pisanie oznacza godziny poprawek, wymyślanie fabuły, postaci. Pisanie wymaga uporu, samodyscypliny i dążenia do celu. Pisanie to wyrzeczenia i walka z sobą.

Patrząc w lustro, mam wrażenie, że facet w nim jest nienormalny. Bo mimo tego wszystkiego (szczególnie niesprawnej klawiatury), on wciąż stuka w wolnym czasie w klawisze i pisze. A potem wydaje. I to jego pisanie ktoś czyta. Więc ta cała „blokada twórcza” to jakieś bzdury. Nie ma innej recepty na nią, jak nie myśleć o tym, co przeszkadza. Klawiatura, bank, kawa, brak czasu? To wszystko jest bez znaczenia.

Istotnie jest dzieło. Trzeba je stworzyć, dopracować i wydać. Nie warto tracić energii i czasu na wymówki. Istotny jest czytelnik. Bo są gdzieś ludzie, którzy czekają, żeby moją książkę przeczytać. Nie można ich zawieść. A cała reszta to tylko wymówki. Więc niech na koniec będzie oficjalnie: skończyłem kolejną powieść. Teraz tekst czeka redakcja.  Klawiaturę wciąż mam starą i muszę kończyć, bo kawa stygnie. Jej smak, tak się nagle poprawił. Nie wiem, czary, czy co?
--
fot. www.sxc.hu

17 sierpnia 2018

Która okładka Ci się bardziej podoba?

Zapowiadany poradnik dla samopublikujących autorów będzie miał tytuł: „Biblia #SELF-PUBLISHINGu". Mam wielką prośbę! Pomóżcie! Która okładka Wam się bardziej podoba? „Biała” czy „czarna”? Za wszelkie sugestie, uwagi i opinie będę bardzo wdzięczny. 


Dzisiaj jakoś tak, nietypowo. Miał być wpis na temat, dlaczego self-publishing w Polsce się nie sprawdza, ale pojawiła się sprawa niecierpiąca zwłoki. Wpis na wspomniany temat będzie, dzisiaj wrzucam pytanie i wielką prośbę. W poniedziałek chciałbym wydawcy przekazać moje sugestie na temat tego, jak ma wyglądać okładka dla zbliżającej się nowości wydawniczej. Stąd mój apel do mnie – pomożecie? Który projekt wybrać i co zmienić? Niebawem start przedsprzedaży. Za niespełna miesiąc książka trafi do Was. Okładka musi być dobra.

Swoje zdanie proszę wyrażać w komentarzach pod postem lub ewentualnie w wiadomościach e-mail. Zapraszam również na mojego Facebooka i Twittera (z Instagrama ostatnio przymusowo zrezygnowałem). Oczywiście mam swój typ, wydawca również, nie chciałbym jednak go przedstawiać, bo mógłbym coś zasugerować. Są to projekty robocze, więc wszystko można jeszcze oczywiście zmienić, a Wasza opinia jest dla mnie bardzo ważna. Piszcie, wymieniajcie uwagi i spostrzeżenia. Chyląc czoła, serdecznie dziękuję.

[edit] dodane ok. 50 godzin później 

Kochani! Bardzo wszystkim dziękuję za wypowiedzenie się na temat zaproponowanych mi przez wydawcę projektów okładek. Przekazałem Wasze uwagi oraz opinie wydawnictwu Złote Myśli i z pewnością zostaną one wzięte pod uwagę. Głosowało was ponad 110 osób (prośba o pomoc pojawiła się także na moim blogu i przesłałem je przez newsletter). Jesteście ciekawi, jak ułożyły się głosy?
  • 42% wybrało projekt „czarny”
  • 34% wybrało projekt „biały”. 
  • 2% zasugerowało ich połączenie
  • 28% uważa, że oba projekty się nie nadają. 
Przyznaję, że zainteresowanie inicjatywą „współtworzenia” dobrej okładki mnie zaskoczyło. Wielu z Was, bardzo rzeczowo uzasadniło swoje opinie. Szczególnie aktywnie w akcji wzięli udział użytkownicy mojego profilu na Facebooku oraz grup tematycznych (SELF-PUBLISHING, Jak wydać książkę i Grupa Warsztatowa dla Pisarzy). Na profilu Google+ nie wypowiedział się nikt, a na Twitterze dwie osoby. Wszystkie zebrałem i przekazałem wydawnictwu. Wszystkim jeszcze raz bardzo, bardzo serdecznie dziękuję. 

[edit] dodane ok. tygodnia później 

Po uwzględnieniu Waszych i moich uwag  grafik przedstawił zmodyfikowane projekty. Na podstawie Waszych uwag doszedłem do następujących wniosków:

1. Najważniejszym słowem w tytule nie jest „biblia”, ale „self-publishing”. To właśnie bezwzględnie to słowo musi być najbardziej widoczne, czyli największe. To ono ma rzucać się w oczy i przyciągać w ten sposób kogoś, kto jest tematem (czyli self-publishingiem, a nie biblią!) zainteresowany.

2. Konieczna była zmiana wielkości frontu tytułu. Moim zdaniem tytuł powinien być widoczny, nawet kiedy okładka będzie prezentowana na stronie www w rozmiarze np. 200 × 350 pikseli lub 82 × 100 pikseli.

3. Powtarzającym się zarzutem ze strony czytelników było odczucie bałaganu czy chaosu. Możliwe, że poparzenie projekty miały za dużo rodzajów frontów. Zasugerowałem zmniejszenie ilość użytych czcionek.

4. Sugestia, co do hasła reklamowego na okładce o treści „Wydawcy chcieliby ją spalić”, jak widać, nie znalazła zrozumienia. A szkoda, bo uważam, że była dobra. Chciałem, by umieszczono ją w stopce okładki albo w nagłówku lub ostatecznie z tyłu.

Zdaje się, że wciąż nie jestem zadowolony, chociaż przyznaję, że – moim zdaniem – jest już znacznie lepiej, niż poprzednio. Tylko że teraz mój wcześniejszy typ, już nie podoba mi się tak bardzo. :-( Zobaczcie.

Poniżej wrzucam najczęściej pojawiające się w Waszych opiniach cytaty. Zachowałem oryginalna pisownię. 
Przypomnę pytanie skierowane do Was brzmiało: którą okładkę powinienem wybrać -  białą czy czarną?   

„Czarną. Ale odwagi gratuluję - Biblia to jest coś”
„Czarna ma fantastycznie przyciągający uwagę napis Biblia self-publishingu ale poniższa cześć o wiele bardziej podoba mi się z jasnej okładki. Może odpowiednim wyborem byłaby biała okładka z przeniesionym napisem Biblia self-publishingu z projektu czarnego?”
„Nie jestem fanką chaosu i nagromadzenia wielu fontów”
„Strasznie naćkane, mało czytelne. Te różne czcionki są mało przyjemne dla oczu.”
„Jeśli to biblia, to poszedłbym w minimalizm”
„Biała, ale tylko dlatego, że jest bardziej czytelna.”
„Czarna, ale zmień kolor czcionki nad żarówką, bo się zlewa.”
 „Żadna. Obie są nieczytelne.”
„W żadnej fonty nie mają zupełnie wspólnego mianownika. W lewej trochę ładu wprowadza równoległość krzywego maziaja i zakrzywionego "self-publishingu", ale z kolei zawijasy "bez tej wiedzy" na tle kleksów przyprawiają o oczopląs. Tytuł właściwy (niemarketingowy) wyróżniałby się chyba bardziej, gdyby "Biblia" i "self publishingu" nie były tak od siebie graficznie odseparowane.”
„Żadna. Wolę minimalizm na okładkach.” 
„Tutaj piorun w rabarbar strzelił.” 
„Obie okładki lekko przegadane.”
„Przekombinowanie (przekoloryzowanie i nadmierny przepych) obu okładek. Niespójność zaprezentowanych krojów czcionek i roszczeniowy ton podtytułu ("nawet nie próbuj") - trywializują estetykę propozycji okładek, "straszą" i mogą niestety zniechęcać do zakupu. Czarna okładka zdaje się mimo wszystko bardziej czysta - sprawniej skupia uwagę. Biała wydaje mi się więcej zaprószona (nieczytelna). Powiedziałabym, że w tej czarnej - jest przynajmniej ujęty jakiś zamysł estetyczny, chociaż oba projekty raczej wymagają dosadnych zmian. Samo słowo "biblia" kojarzy się ze swoistą dekoracyjnością treści, że tak się wyrażę, więc akurat w przypadku tej książki nie opowiem się za zupełnym minimalizmem okładki - moim zdaniem niewielka doza "ozdobności" czy "figlarności" byłaby tu jak najbardziej uzasadniona (ale bez przesady z dekoracjami)”.
 „Za bardzo przegadane... I to obie.”
„Jak już mam wybierać z dwóch, to czarna. Biała jest nieczytelna.”
„Obie są nieczytelne”. 
„Biała ma fajne fonty i układ graficzny. ja bym poprosił o biała z czarnym tłem”. 
„Jeju, żadna, za dużo się dzieje na nich”
„Biała ładniejsza, ale czarna czytelniejsza :) Troszkę za dużo tych typów fontów”
„Obie są coś nie tak.”
„Tytuł i reszta w porządku. Kolor Jest mało szlachetny”
„Białe tło szybciej wpada w oko, jest bardziej przyjazne, kojarzy się pozytywnie.”
 „Biała. Aczkolwiek obie średnie jeśli chodzi o czytelność”
 „wg mnie żadna - obie są nieczytelne.”
„Ciemna, biała też ładna, ale zupełnie nieczytelna, przez co książka sprawia wrażenie nieprofesjonalnej.”
„Czarna ale popracowałbym nad liternictwem bo zbyt duży miszmasz”
„Obie propozycje chaotyczne. Żadnej nie wybieram.”
„żadnej, chaotyczne, nieczytelne, przekombinowana typografia oraz grafiki”
„Biała, tylko bez tych zielonych ciapek, bo nieczytelne”
„Czarna bardziej przyciąga moje oko, czarny kojarzy mi się z profesjonalizmem, ale gdybym zobaczyła w księgarni tytuł BIBLIA czegoś...nawet nie czytałabym dalej, ominęłabym książkę szerokim łukiem. Grafika dla mnie wcale nie jest nieczytelna, jest zachęcająca, sugeruje że książka będzie pełna kreatywnych pomysłów, choć mi bardziej podoba się grafika z białej ale na okładce czarnej. Tytuł jednak skreśla w moich oczach kompletnie...”
„Myślę że użycie w tytule słowa "Biblia" jest trochę problematyczne. Tytuł zresztą strasznie "nadziubdziany" i przydługawy.”
„W obu za dużo różnych czcionek ponieszanych. Jak dla mnie powinny być tylko dwie. Trzeba się mocno wczytać żeby w ogóle załapać co to za książka”
„Moim zdaniem na obu za dużo się dzieje, ale jeśli już to biała.”
 „Czarna po zwiększeniu kontrastu pod napisem "bez tej wiedzy"”
„Obie okładki przekombinowane. Wybrałabym czarną, bez żarówki jednak”
„czarna. Może być z żarówką ale bez napisu Adobe fotolia”
„Czarna z hasłem „wydawcy chcą ją spalić!”
„Black. Atrakcyjniejsza dla odbiorcy i przykuwajaca uwagę. W czarnej wersji jest więcej tej zadziornosci a z hasłem Maćka "wydawcy chcą ją spalić" coś wspaniałego!”
„Czy jeśli (jako projektant) powiem że obie okładki są kiepskie, zostanę zlinczowany?”
„dzieje się tam tak dużo” 
„Z tą czarną jest wszystko porządku, pomijając napis stockowy i to dziwne wygięcie "Bez tej wiedzy"? Wygląda mi bardzo targetowo”
„7 różnych fontów jeden pod drugim, jakby ktoś sprawdzał jakie są dostępne w Photoshopie i przez przypadek zapisał.”
„wygląda poradnikowo-empikowo”
„Trzy fonty, zwłaszcza na tak małej powierzchni to maks. i jeszcze dobrze jakby do siebie pasowały. Ale bardziej widzi mi się biała, jeśli już.”
„Okładka "czarna": Za dużo użytych fontów; Tani claim: "nawet NIE próbuj!!!"
- Niejasny gatunek, w który ma się ta okładka wpisywać. Kreatywność (żarówka)? Technologie i biznes (narysowane kredą wykresy)? Luksus i premium (czarny kolor w połączeniu z fontem typu Trajan Pro/Cinzel)? Świat literatury (książka)? Sprzedaż (czerwone maźnięcie pędzlem)? Do it yourself (ręcznie pisane fonty)? Projektant może i ma podstawowe umiejętności, ale tej okładce z perspektywy wizualnej po prostu brakuje jednego jasnego znaczenia. Wygląda to jak tani sprzedażowy poradnik ze świata domorosłych coachów. Żadne z zastosowanych narzędzi wizualnych nie wpisuje się w kategorię tej książki. Jakie jest najbliższe skojarzenie wizualne z kategorią "self-publishing"? Projektant o tym nie pomyślał, po prostu wziął masę różnych symboli i wymieszał je razem, co stworzyło kompletnie niestrawną papkę przeciętności. W pewnym sensie ta okładka obraża inteligencję czytelnika. BTW, jeszcze raz zobaczę Trajan Pro/Cinzel na jakiejkolwiek okładce, to chyba się porzygam. Używanie go to trochę tak, jak gdyby zawozić ryby nad morze. No ile można. Okładka "jasna":  Już lepiej. Okładka przynajmniej ma jeden fokus: "zrób to sam". Po prostu za dużo się tam dzieje, niepotrzebne te kleksy, zmniejsza to czytelność. Może być ich mniej. Motyw "tasiemki", na której napisany jest tekst, był modny 10 lat temu. Wciąż za dużo fontów. Nazwisko autora napisane takim fontem, jakby to był podręcznik w liceum. Obrazek maszyny do pisania jest ciepnięty tak, jak gdyby komuś się już nie chciało wymyślić nic lepszego. Ale całość, po powyższych poprawkach, już na pewno byłoby bliższe "dobrej okładce". Może trochę zbyt lajtowa i powtarzalna całościowo, ale z braku laku już lepsze to.”
„jeśli coś ma być poradnikiem, ma być kompalnią wiedzy, biblią - nie może wyglądać jak poradnik "czego NIE mówić na pierwszej randce". Dla mnie okładka nie jest wiarygodna do treści, którą ma sprzedać.”
„Na obydwu za dużo się dzieje.”
„Za dużo na tych okładkach - polecam jasną ale przejrzystą”
„Biała zdecydowanie ale za dużo nawalone wszystkiego”
„Czarna super ale cale zdanie "nawet nie próbuj...wiedzy." zrobiłabym jednym fontem i bez tej czerwonej plamy.”
„Za dużo, gubię się. Czarna jest wyraźniejsza, lepiej wiem o ci chodzi. Ale żarówka i gra światłem bardziej pasuje mi do fantastyki niż poradnika. Jak patrzę na białą to nie jestem w stanie skupić wzroku na czymś konkretnym.”
„Jak już koniecznie musi to być "Biblia", to ja bym poleciał w jakiś odjechany obrazek, na którym np. Mojżesz drukuje 10 Przykazań i rozdaje uradowanej gawiedzi. Oczywiście specjalnie trochę przesadzam, ale dużo chętniej wybrałbym książkę o self-publishingu, która miałaby kreatywną okładkę, niż Kolejny-Nudny-Poradnik-Ze-Sztampą-Na-Okładce.”
„Wyłącznie czarna. Jest ładniejsza i poważniejsza. Biała wygląda jak kieszonkowa ściąga dla uczniów” 
„dałbym tylko w prawym górnym rogu chmurę, z której wystaje boska ręka trzymająca średniej wielkości kamienne tablice.  No i wtedy oczywiście tytuł trochę niżej, a podtytuł nieco mniejszą czcionką. Ogólny styl lepszy w postaci czarnej Biblii. Bardziej przyciąga uwagę, jest wyrazista.”
„Za dużo wszystkiego naciapane. Mniej znaczy więcej”
„Według mnie obie coś w sobie mają, ale niektóre ich elementy są nieczytelne.
Biała jest przyjemniejsza w odbiorze, szybciej zwróciłbym na nią uwagę w księgarni, ale nie do końca podoba mi się rozdzielenie self-publishingu (czemu wielką literą?) na dwa wiersze. Uważam też, że „Nawet nie próbuj” i „ bez tej wiedzy” trochę giną w pstrokatości.
Z kolei czarna jest bardziej czytelna, ale znowu „bez tej wiedzy” gdzieś ginie (przez to, że okładka rozjaśnia się ku żarówce). Może gdyby było tym samym fontem co „wydać własnej książki”, efekt byłby nieco lepszy…?Gdybym miał wybrać z tych dwóch, brałbym czarną, bo jest czytelniejsza, ale jeśli – jako autor – mógłbym pomarudzić, jeszcze bym pokombinowała”.
„Według mnie za dużo elementów i o zbyt wielkiej różnorodności, uprość.”
 „6 fontów na jednej stronie to pocałunek śmierci „
„Jasna bardziej przykuwa uwagę, ale bardziej jako plakat niż okładka książki. Ja bym poradziła wywalić obie do kosza i zacząć jeszcze raz od zera.”

15 sierpnia 2018

Czy wydanie książki dużo kosztuje?

Teoretycznie można samodzielnie wydać książkę (również papierową) bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów. Brzmi nieprawdopodobnie? Nie, taką książkę czytelnik naprawdę będzie mógł kupić, a potem przeczytać. Jednak nieprzypadkowo wcześniej użyłem słówka „teoretycznie”. 

Zacznę od tego, czym jest wydanie książki. W najprostszym znaczeniu to przekształcenie tekstu w dokument piśmienniczy, który będzie dostępny dla odbiorcy nieodpłatnie lub za wynagrodzeniem. Książka może być wydana w formie papierowego kodeksu, książki elektronicznej lub książki mówionej. Można ją także wydać (opublikować) w formie hipertekstu lub na stronie www (on-line), albo na innych nośnikach. To jednak mniejszość i tym dzisiaj zajmował się nie będę. 

Przy odrobinie zaradności można przekształcić tekst w dokument piśmienniczy bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów. Nie ma znaczenia czy będzie to książka papierowa, elektroniczna czy mówiona. Jednak efekt takiego oszczędzania najprawdopodobniej nie będzie dobry i szczerze taką drogę każdemu autorowi odradzam. Przede wszystkim dlatego, że każda książka – nawet najlepsza – po jej ukończeniu przez autora wymaga pracy profesjonalnego redaktora. Autor nie może zrobić dobrej redakcji. 

Oczywiście niewykluczone, że jakiś znajomy redaktor zgodzi się zrobić redakcję za darmo. Jednak to mało prawdopodobne i dość ryzykowne. Odradzam też zlecanie redakcji studentom filologii, żonom, mężom,  pani z polskiego i znajomym królika itd. Efekt ich prac może być żałosny. Lepiej zapłacić kilkaset złotych profesjonalnemu, dobremu redaktorowi z doświadczeniem. I właśnie dlatego można wydać książkę bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów tylko teoretycznie. Za redakcje trzeba prawie zawsze(za)płacić. 

Każda książka musi mieć też okładkę. Przy odrobinie umiejętności i wiedzy można ją oczywiście wykonać samemu. Jeśli planujemy wydać jedynie e-booka, tej wiedzy i umiejętności potrzeba dużo mniej. Zawsze jednak potrzebne jest narzędzie (edytor graficzny), a czasem również grafiki, z prawem do ich komercyjnego wykorzystywania. Istnieją darmowe edytory graficzne (np. GIMP), a także banki darmowych grafik (zdjęć), które można komercyjnie wykorzystywać i nie trzeba ich kupować. 

Jeśli zamierzasz wydać książkę w formie papierowej, ktoś musi tak przygotować tekst, by drukarnia mogła go wydrukować. Mówimy, trzeba „złożyć książkę”. Jeśli książka to powieść, nie ma wykresów, tabel, zdjęć i ma się pewne pojęcie o składzie, można pokusić się o samodzielny skład. W innych przypadkach lepiej tego nie robić. Podobnie jest z przygotowaniem e-booka MOBI/EPUB, bo PDF może zrobić każdy. Trzeba również wiedzieć, jak przygotować okładkę, przeczytasz o tym (oraz o wilu innych aspektach samodzielnego publikowania) w moim poradniku dla self-publisherów. 

A co z książką mówioną? Oczywiście także można ją przygotować samodzielnie, jeśli ma się odpowiedni sprzęt, wiedzę oraz głos jak Ksawery Jasieński albo Krystyna Czubówna. W ogromnej większości przypadków jest jednak inaczej. Dużo inaczej. Dlatego najlepiej jest zlecić to profesjonalistom. Taka uwaga jest zresztą najważniejszą myślą tego wpisu. Tak, poza redakcją, można przygotować książkę do wydania samodzielnie, ale prawie zawsze lepiej zaufać fachowcom. Nie będzie taniej. W tej dziedzinie taniej, rzadko oznacza dobrze i niemal na pewno nie znaczy lepiej. 

Nie musisz się zgadzać z tym, co tu napisałem. Tym bardziej że sam przygotowałem niektóre okładki do niektórych moich książek. Przy kilku wykorzystałem zdjęcia mojego autorstwa, a nawet ich forma graficzna często jest moim dziełem, bo sam je składałem. Więc co innego radzę, a co innego robię. A jednak jestem zdania, że lepiej zaufać fachowcom, o ile masz pewność, że rzeczywiście są profesjonalistami. Nie zawsze są wiec czasem lepiej coś zrobić osobiście, jeśli masz  o tym pojęcie. Wszystko z wyjątkiem redakcji oraz korekty — tego samemu robić nie wolno!

Jeśli Twoim zdaniem 1000-1300 złotych to dużo, to wydanie książki dużo kosztuje. Tyle, mniej więcej wyniesie honorarium za redakcję książki o objętości 6-7 arkuszy wydawniczych (ok. 100-150 zł za arkusz) wraz z korektą (ok. 40-60 za arkusz). Jeśli jednak 10 000 tysięcy da Ciebie to mało, to wydanie książki mało kosztuje, ponieważ również tyle może kosztować samodzielne wydanie książki. Więcej na ten temat przeczytasz w moim poradniku dla samodzielnie publikujących autorów. Wiele zależy od Twojej wiedzy oraz rodzaju dzieła, oczekiwań oraz planu na rozpowszechnianie publikacji. 


Książka to produkt. Każdy produkt może być lepszy lub gorszy. Im więcej nakładów poświeci się na przygotowanie dobrego produktu, tym efekt powinien być lepszy. Wydanie książki jest inwestycją obarczoną dużym ryzykiem. Nie wiadomo, czy inwestycja się zwróci, czy da się zarobić. Tutaj nic nie jest pewne. Nic, z wyjątkiem tego, że błędy bardzo dużo kosztują. Popełniłem ich wiele, nie musisz iść moją drogą. Najważniejsza jest wiedza i doświadczenie. I oczywiście sam produkt! Musi być dobry!

Do samodzielnego wydania książki są potrzebne pewne pieniądze, ale aby to zrobić dobrze, konieczna jest pewna – dosyć spora – wiedza. Nie warto na niej oszczędzać, podobnie jak nie warto oszczędzać na redakcji oraz korekcie. Za kilka tygodni moje doświadczenia udostępnię dla wszystkich. Czy pięćset stron wiedzy na temat samopublikowania, blisko dwieście zdjęć i sześćdziesiąt rozdziałów to biblia self-publisingu? Nie wiem, ale jestem pewien, że pomoże wielu autorom. Mam nadzieję, że również i Tobie. Materiały do książki zbierałem prawie piętnaście lat, więc coś tam wiem na ten temat. 

To, o czym tutaj przeczytałeś, to jednak tylko moje zdanie, nie muszę mieć racji. Nie musisz się ze mną zgodzić. Pierwszą książkę wydałem w 2005 roku, do dziś opublikowałem ich kilkanaście. Wydawałem je samodzielnie albo z wydawnictwami. Sprzedają się różnie. Nie wszystkie są doskonałe i każda mogłaby być lepsza. Setki zadowolonych czytelników są jednak dowodem, że są dobre [zobacz]. Czy wydanie ich dużo kosztowało? Tak, dużo. Dużo mojej pracy, czasu, wyrzeczeń, poświecenia i wiedzy. A ona jest zdecydowanie najdroższa, bo dzięki niej Twoja książka może być naprawdę lepsza.  A pieniądze? Onie nie są najważniejsze. 

30 lipca 2018

#Self-publishing

Wpisuję hasło #self-publishing do wyszukiwarki i moim oczom ukazują się następujące wyniki: Self Publishing w Polsce, wydamy twoją książkę. Wyślij tekst i zostań pisarzem. Wydawnictwo self-publishing dla każdego. Self-publishing – gdzie, jak i ile to kosztuje?

Google jednak nie kieruje do wyników, które dotyczą prawdziwego self-publishingu. Bo, nie oszukujmy się, fraza „wydawnictwo self-publishing” to oksymoron. „Self-publishing dla każdego” to już prawie kłamstwo. „Self-publishing w Polsce” to mit, a „wyślij tekst i zostań pisarzem” to marzenia, które u nas, drogo autorów kosztują.

Zacznijmy od tego, że jest zasadniczy problem pojęciowy wynikający z zapożyczenia anglicyzmu, bez jego właściwego zrozumienia. Mamy nasze „własnym sumptem”, „samopublikowanie” oraz „publikowanie bez wydawcy” jednak niemal wszędzie czytamy o self-publishingu, nawet jeśli (zwykle) self-publishingiem nie jest. Zgodzę się, że mnogość form publikowania własnych utworów przez autorów zaciera różnice i nie ułatwia właściwego rozpoznania zjawiska. Najwięcej jednak moich wątpliwości wzbudza powszechność pisania „self-publishing” o czymś, co w istocie jest vanity-publishingiem, czyli działaniem firm wydawniczych. W swoim poradniku nazywam je pseudowydawnictwami, obnażając ich strategię biznesową i metody działania (oszukiwania?). Mam nadzieję, że nikt mnie nie zastrzeli pięć razy przed moim domem. 

Podobnie jest z subsydiowaniem wydania (współfinansowaniem). W Polsce dotychczas nie spotkałem się z taką formą publikowania. Owszem, jest jedno wydawnictwo, które działa w sposób zbliżony do subsydy-publishing. Moim zdaniem bliżej mu jednak do wydawania vanity niż do prawdziwego podziału zysków i kosztów z autorem. Wymieniał nie będę, za reklamę mi nie płacą.

Mamy też self-elektronic. W porównaniu z tym, co oferuje świat (Amazon, Smashwords, Tolino itp.), w Polsce nie mamy dobrej tego typu platformy. Coś tam jest, ale to nie liga światowa. A nie ukrywam, że dla myślącego o self-elektronic autora z Polski ta forma publikowania bez wydawnictwa jest najprostsza, najtańsza oraz najbardziej zbliżona do prawdziwego samopublikowania. Prawdziwego self lub indie. Podobnie jest z drukiem na żądanie (print on demand) nazwanym także drukiem na życzenie. Nie jest to rodzaj samodzielnego wydawania własnych utworów, a jedynie technologia drukarska. Ważne jednak, że świetnie się sprawdza w przypadku autorów działających niezależnie od wydawnictw, wydawnictw niszowych i niewielkich nakładów, tym samym bardzo celnie wpisując się w nurt prawdziwego self-publishingu. Większość moich papierowych książek powstaje w ten sposób. Można je kupić w EMPiK, w Amazon, CreateSpace i Lulu. Tak również są drukowane niektóre moje książki, wydane „u zewnętrznych wydawców”. Nie znajdziesz ich jednak na półce w księgarni – są drukowane wyłącznie na żądanie. 

Jeśli chodzi o kolejne hybrydy, takie jak custom-publishing czy scientific & academic-publishing rozpisywał się nie będę, bo zrobiłem to w moim poradniku. Mam jednak nadzieję, że niezorientowany  dziennikarz, trafiając na ten wpis, coś zrozumie. Pisząc „self-publisher” o kimś, kto zapłacił firmie wydawniczej za wydanie swojego dzieła, wprowadza się w błąd czytelników. Panowie dziennikarki i panowie dziennikarze, vanity to nie self!

Najbardziej szerokim pojęciem jest pisarstwo niezależne, kojarzące się z u nas z wydawnictwem podziemnym (np. samizdat). Będzie nim udostępnianie przez autorów własnych utworów, zakładające pełną kontrolę nad dziełem i dopuszczające udział w publikacji zewnętrznego podmiotu, który jednak nie jest wydawnictwem.  Niekiedy taką działalność określa się terminem independent author (indie author).

Self-publishing to publikowanie książek, broszur, albumów i innych mediów, bez udziału wydawnictwa. Subsidy-publishing zakłada podział kosztów wydania dzieła pomiędzy autorem a wydawnictwem. Własnym sumptem oznacza na własny koszt. Vanity-publishing jest nieco poszerzoną usługą druku, której koszty wraz z wliczonym zyskiem wydawcy (któremu nie zależy na jakości dzieła oraz jego promocji, dystrybucji i sprzedaży) pokrywa, zwykle niczego nieświadomy, autor. Self-elektornic to samodzielne wydawanie własnych utworów w formie e-booków.

Istnieją autorzy publikujący we własnych  wydawnictwach (Andrzej Stasiuk, Rafał Kosik, Wojciech Cejrowski, Olga Tokarczuk, Władysław Zdanowicz i wielu innych). Chociaż ich działanie jest najbardziej zbliżone do czystego samopublikowania, nazywanie ich self-publisherami jest w mojej ocenie nieuprawnione. A w najlepszym razie niezgodne z tym, jak powszechnie przyjęło się ten termin, u nas rozumieć.

Biorąc pod uwagę zasady finansowania, mówimy o finansowaniu wydania wyłącznie przez autora lub ponoszeniu przez niego kosztów wydania wspólnie z wydawcą. W jednym i w drugim wypadku pieniądze przeznaczone na finansowanie książki mogą pochodzić z budżetu własnego autora bądź też ze źródeł zewnętrznych (np. zbiórek publicznych, sponsoringu). Udostępniane dzieła mogą być płatne i darmowe. 

Jeśli przyjrzymy się samopublikowaniu pod kątem oceny, to autorzy wydający samodzielnie publikują dzieła zarówno poddawane typowemu procesowi recenzowania, jak i nierecenzowane. Z uwagi na sposób dotarcia do czytelnika mamy model pośredni oraz bezpośredni. Kolejnym kryterium jest ostateczna forma dzieła, a zatem czy autor publikuje książki tradycyjne (drukowane) czy też tworzy także edycję elektroniczną lub wyłącznie formę elektroniczną.

Taka forma dzieła może być dodatkowo zróżnicowana. Publikacje elektroniczne mogą być przecież w odmienny sposób udostępniane odbiorcy (on-line, downland, na nośnikach itp.). Z uwagi na technologię druku książki papierowe mogą być przez autora tworzone metodą offsetową bądź cyfrową, a nawet innymi mniej efektowymi metodami. Wreszcie możemy o samopublikowaniu mówić w odniesieniu do pierwszego lub kolejnego wydania dzieła.

Jak widać, nieszczęsny „#self-publishiug” (niem.  selbstverlag, hisz. autopublicación, wł. autoedizione, fr. auto-édition)  to zjawisko, które wykazuje znaczną różnorodność i wielu wypadkach wymyka się próbom precyzyjnego scharakteryzowania. Więcej na ten i inne tematy z tym związane przeczytacie w mojej książce, która pojawi się już… za kilkanaście dni.  Tymczasem jestem, co wy na ten temat sądzicie.

Biblia #SELF-PUBLISHINGu już jest!

Z przyjemnością i satysfakcją informuję, że od dawana zapowiadany poradnik dla samopublkikujących autorów pt. Biblia#SELF-PUBLISHINGu od ...