8 lipca 2018

Zobacz, jak nas oszukują wydawcy

Niedawno pisałem o tym, dlaczego obecnie książki są dłuższe, niż jeszcze kilkanaście lat temu, upatrując w tym spisku żądnych wielkich pieniędzy wydawców. Można się śmiać z tego lub z powątpiewaniem kręcić nosem, ale… 

Książka to produkt. Można na nim zarabiać. I to niezłe pieniądze. Żeby zarobić, najpierw należy produkt wyprodukować, a potem sprzedać. Najlepiej, by produkcję zrealizować z najniższym nakładem środków, a sprzedaż w możliwie wysokiej cenie oraz wielkiej ilości, aby można było na nim sporo zarobić. To fakty, nie warto im zaprzeczać, bo to strata czasu. Tutaj może się zrodzić pytanie: gdzie miejsce autora? 

Wiadomo, że musi być wydawca, a z nim redaktorzy, korektorki, księgowe, graficy, marketingowcy oraz odpowiedzialni za sprzedaż i dystrybucję. Konieczny jest drukarz, specjalistka od DTP i ktoś od transportu. On dalej też będzie potrzebny, bo z drukarni książka wędruje do dystrybutora, a stamtąd do księgarń. A więc musi być kierowca, magazynier i cała rzesza ludzi, zatrudnionych w księgarniach i u dystrybutorów. 

Można zrezygnować z pewnych etatów, ale wyżej wymieniłem właściwie wszystkich, którzy są niezbędni do tego, aby książkę stworzyć, a potem sprzedać. Wszystkich, z wyjątkiem autora. Bo tak naprawdę, autor, dla nich wszystkich – bez wyjątku – jest tylko złem koniecznym. Oczywiście bez niego książka nie mogłaby powstać, ale w praktyce, mogłaby jak najbardziej. Wystarczy sobie przypomnieć, że jeszcze w średniowieczu nikt się z autorem nie liczył. 

Ten biznes tak działa, że na wynagrodzenie towarzystwa powyżej, składa się cena książki (w odpowiednim nakładzie). Tylko niektórzy mają swój udział w zyskach, większość pracuje za stawkę (etat, umowa-zlecenie itp.). Składa się na nią aż 85% ceny książki, którą płaci czytelnik. Kolejne 5% zabiera Urząd Skarbowy. Reszta, od której państwo tym razem zabiera najmniej 9%, powinna trafić autora. Nie dziwmy się, że wielu autorów decyduje z tego powodu się na samopublikowanie. 

Wielu, rezygnując z wydawcy lub dystrybutora, jest w stanie zarobić sześć lub osiem razy więcej. Tak stają się autorami niezależnymi (indie autor, independent author), a ich metodę wydawania określa się (niezupełnie słusznie), jako self-publishing. Nawet w Polsce mamy kilka jaskrawych i mniej znanych przykładów. To naprawdę działa! Rynek (wydawcy, dystrybutorzy, księgarze) patrzy na takich autorów spode łba, bo takie działanie odbiera im chleb. Na szczęście dla nich tylko okruchy. 

Wydawcy z gruntu postępują jednak uczciwie. To, że autor dostaje tak mały udział w zyskach, wynika z ogromnych rabatów dla dystrybutorów – nawet do 60% ceny. Takie są wymagania rynku. Jednak istnieje pewna grupa tych, którzy nie są wobec autorów uczciwi. Prawdziwy wydawca decyduje się wydać dzieło autora (ryzykując pieniądze), doprowadza do wydania, a potem stara się je sprzedać w możliwie największym nakładzie. Im sprzeda więcej, tym więcej zarobi autor i wydawnictwo. 

Wraz z pojawieniem się autorów samodzielnie wydających swoje dzieła powstały tzw. wydawnictwa self-publishing lub wydawnictwa ze współfinansowaniem. Ich strategia polega na tym, że przyjmują dzieło (zwykle każde, nawet najgorsze) i za usługę jego wydania żądają od autora pewną opłatę. Jej wysokość jest uzasadniania z zaskakującą kreatywnością. Zawsze jednak jedno jest pewne, to autor płaci, nie tzw. wydawnictwo. Nawiasem mówiąc, ten skrótowiec nie użyłem z powodu nieznajomości zasad jego użycia. 

Te, tzw. wydawnictwa, a naprawdę firmy wydawnicze (usługowe) wykorzystują niewiedzę, brak doświadczenia oraz próżność. Prawie zawsze stosowana jest magia obietnic, skrupulatne wyliczenia oraz podsycanie próżności autorów. W repertuarze kłamstw mamy bajdurzenie o potencjale, trudne czasy, sukcesy autorów odrzuconych przez wydawnictwa, opowieści o tym, że nie da się zadebiutować bez znajomości oraz o tym, jak dobra jest nasza książka itp. Prawda jest jednak inna, a w zajebistej szczególności, jeśli mówimy o dziele. 


Autor płaci i jest przekonany, że jego książka jest dobra, zostanie dobrze wydana, trafi do sprzedaży i będzie można na niej zarobić. Niektórzy wierzą, że to otworzy im drzwi do kariery i sławy pisarza. Gdyby tak jednak było, mielibyśmy tysiące Dorot Masłowskich i Mirków Nahaczy debiutujących w N*** czy w P***, a nie mamy prawie nikogo. Reguły gry są nieubłagane. Jeśli od autora żąda się, aby zapłacił za wydanie, to zarabia się na nim, a nie na sprzedaży jego dzieła.

Vanity publishing to nie self-publishing! Autor, zlecający wydanie książki firmie wydawniczej, nie jest – według mnie – niezależny. Samodzielne wydawanie utworów polega na czymś innym. Więcej o tym,  czym są wydawnictwa vanity (ze współfinansowaniem), jak oszukują autorów i jak się przed nimi ustrzec (na prawdziwych przykładach) przeczytasz w moim Poradniku selfa.

1 lipca 2018

Dziś książka powinna być dłuższa

Książki osiągające komercyjny sukces są dłuższe niż jeszcze 15 lat temu. Dobrze sprzedają się tylko opasłe tomiska. Czy to znaczy, że w dobie pozornego zaniku czytelnictwa chcemy czytać więcej i dłużej? Niekoniecznie. Przyczyna może leżeć zupełnie gdzie indziej...


Szukanie odpowiedzi leży w mojej naturze. Czasem, nawet niestety na proste pytania. Wciąż staram się napisać i wydać najlepszą w życiu książkę. A tak się składa, że właśnie poprawiam kolejną powieść pt. „Gwiazdy Oriona”, między innymi skreślając, co tylko się da. W przerwie zająłem się przygotowaniem postu na ten blog. Post był o tym, jak poprawnie przygotować propozycję wydawniczą, czyli maszynopis...

Nagrywając materiał filmowy na wspomniany temat, trafiłem na serwis WWW wydawnictwa Czwarta Strona. Na ich stronie przeczytałem, że nie przyjmują propozycji wydawniczych o objętości mniejszej, niż 9 arkuszy wydawniczych, licząc 40 000 znaków ze spacjami, za jeden arkusz. Pech chciał, że chwilę później, trafiłem na bardzo ciekawy artykuł opublikowany w brytyjskim dzienniku The Guardian

Przeczytałem, pomyślałem i zapytałem samego siebie: jaka jest optymalna długość powieści? Czy czytelnicy wolą krótkie formy, czy raczej grube tomy? Czy długość książki ma wpływ na jej sprzedaż, cenę i powodzenie wśród czytelników? Wreszcie spojrzałem na własne dzieła i pomyślałem – jakieś one  cienkie jakby anorektyczne.  I nie uwierzycie, do jakich wniosków doprowadziło mnie zagłębienie się w ten temat. 

Najpierw sobie powiedzmy, że liczenie objętość książki w stronach nie jest właściwe. Dwie takie same książki (ilość wyrazów), w zależności od składu i formatu papieru, mogą mieć zupełnie inną „grubość”. Więc grubość nie może być miarodajną jednostką. A w artykule, posłużono się właśnie taką, nieprecyzyjną jednostką w postaci liczby stron. Od tego jest arkusz, liczba wyrazów/słów lub ostatecznie, znaki ze spacjami. 

W artykule opisano badanie porównujące długości 2,5 tysiąca książek z listy bestsellerów New York Times oraz najczęściej dyskutowane (wg Google). Okazało się, że średnia objętość najlepiej sprzedających się w USA powieści wzrosła z 320 stron w 1999 roku, do 400 w roku 2014, a zatem mamy wzrost o  ¼. Oczywiście nie musi to świadczyć wyłącznie o tym, że książki rzeczywiście są dłuższe – patrz akapit wyżej – niemniej z pewnością to budzi zainteresowanie. Szczególnie autorów i czytelników.  W tym moje. 

Padło również stwierdzenie, że wzrost objętości współczesnych książek to efekt popularyzacji e-booków, z czym nie do końca się zgadzam. Faktycznie, „Księgi Jakubowe” (1000 stron!), będą ważyć na czytniku tyle samo, co „Mały Książę”, nawet jeśli pierwszy tytuł będzie w twardej okładce. Jednak argument jakoby książki stawały się dłuższe z powodu e-booków, jest według mnie nietrafiony.  Bardziej nadaje się, jako argument przekonujący miłośników papieru do e-booków, albo w akademickiej dyskusji, co jest lepsze.

Natomiast przemawia do mnie teza, że książki stają się dłuższe, ponieważ przeżywamy zmianę kulturową. Czytelnicy szukają głębokich i wciągających fabuł (a więc długich), ponieważ otacza nas świat informacyjnych skrawków. Internet, newsy, wpisy na serwisach społecznościowych, YouTube, reklamy oraz telewizja to przede wszystkim krótkie formy. Nawet filmy przecież, przerywa się reklamami.  To może być prawda. Chcemy uciekać od rzeczywistości na dłużej, wczytywać się głębiej. 

Dowiadujemy się, że obecnie literacki kandydat na bestsellera, w przypadku zwykłej powieści powinien mieć nie mniej niż 90 tysięcy słów, (to jest nieco ponad 600 tysięcy słów, czyli około 15 arkuszy wydawniczych). Dla powieści historycznych oraz fantasy, gdzie jest, albo powinno być, zdecydowanie więcej opisów, ten próg wynosi nie mniej niż 100 tysięcy wyrazów. Czyli, około 17 arkuszy wydawniczych. Hm… całkiem sporo. Przy okazji wiem, dlaczego nie powinienem już tworzyć zbyt krótkich historii. 

Co ciekawe, na początku XX wieku, w USA książki miały średnio długość 30-40 tysięcy słów. To w przeliczeniu daje 5-7 arkuszy wydawniczych. Pamiętajmy jednak, że tamte powieści drukowano odcinkami w czasopismach. Już jednak w latach pięćdziesiątych, kiedy popularny stał się tani format paperback, objętość średniej książki wzrosła do 50 tysięcy wyrazów. Czy zatem tylko zmiana kulturowa i e-booki są tego powodem? Raczej technologia wydawania oraz koszty i zyski (wydawców) mają tutaj znaczenie. 

Wiadomo, że „grubsza” książka nie jest dużo droższa w produkcji, natomiast jest sporo droższa na półce w księgarni.  I na pewno mieliście czasem w księgarni wrażenie, że niektóre dzieła są sztucznie pompowane (polecam wpis na ten temat Rafała Kosika) objętościowo! Bo „grubsza” książka może być droższa. A im większa cena, tym rośnie zysk dla wydawcy, księgarza i dystrybutora. I to właśnie dlatego, według mnie, dziś książka powinna być dłuższa. A o tym, jak nas oszukują wydawcy, napiszę jednak za tydzień. 

25 czerwca 2018

Jak przygotować propozycję wydawniczą (manuskrypt)?

Piszesz książkę. Nieustannie poprawiasz i zmieniasz. Wreszcie ogarnia cię niepohamowane pragnienie, by ujrzeć swoje nazwisko wydrukowane na okładce. I postanawiasz wysłać swój tekst do wydawcy…

Zanim dostrzegą w tobie Londona, Tołstoja, Hemingwaya, Tolkiena i Masłowską w jednym, musisz przygotować manuskrypt. Też to robiłem przed wydaniem poradnika „Autor 2.0. Jak wydać (własną) książkę i na tym zarobić” oraz innych utworów, jakie wydałem, współpracując z wydawnictwami. To nie jest trudne, niemniej konieczna jest znajomość kilku zasad, którymi trzeba się zwykle kierować. Przeczytasz o nich w tym wpisie. 

Manuskrypt (z łac. Manuscriptuma) to rękopis, jeszcze niewydana książka napisana ręcznie, chociaż dziś ręcznie już się raczej nie pisze. A nawet jeśli się pisze, to z pewnością się tego nie czyta. Więc nawet nie myśl o tym, że komukolwiek pokażesz swoją książkę, napisaną ręcznie.  Manuskrypt tworzy się w powszechnie używanym edytorze tekstowym. U nas oznacza to właściwie tylko MS Word i OpenOffice Writer.

Wydruk może być elektroniczny albo papierowy, ale nie zawsze. Wydawnictwa mają zasady przyjmowania propozycji wydawniczych. One nie są jednolite. Zapoznaj się z nimi, zanim zaproponujesz im zapoznanie się ze swoim dziełem. Porządne wydawnictwo powinno mieć na swojej stronie WWW zakładkę dla autorów, wydaj z nami książkę, przyślij swoją książkę lub współpraca wydawnicza albo o nas.  Powinieneś znaleźć tam konieczne informację, resztę znajdziesz w tym wpisie.  

Niektóre oficyny proszą o wypełnienie ankiety autorskiej. Czasem, zwykle rzadziej  wymagany jest konspekt utworu albo streszczenie. Są wydawnictwa, które nie przyjmują wydruków, inne nie przyjmują wersji elektronicznych. Jeśli wydawnictwo przyjmuje wersję elektroniczną, zazwyczaj akceptuje najpopularniejsze formaty plików: DOC, DOCX, RTF lub PDF. Czasem wymagają wydruk dwustronny, a inny wyłącznie na jednej stronie. Podsumowując - jaki powinien być dobrze przygotowany manuskrypt? 

Powinien być zgodny z wymaganiami i czytelny. Ktoś, do kogo on trafi, będzie go czytał. Jeśli okaże się, że temu komuś będzie czytało się źle, twoja praca zostanie skierowana do kosza lub na piętrzący się stosik. Dlatego należy przygotować propozycję wydawniczą bez poprawek ręcznych, schludnie, czysto z ponumerowanymi stronami i stroną tytułowa – o ile wymagania wydawnictwa nie stanowią inaczej, bo czasem są one… inne. 

Niektóre wydawnictwa przyjmują kilkadziesiąt pierwszych stron. Ma to uzasadnienie, bo napływa do nich sporo kompletnego dziadostwa. A to już po pierwszych stronach. Nikt nie chce marnować czasu, czytając grafomanię. A jeśli trafi się obiecujący fragment, zawsze można się skontaktować z autorem. Dlatego ważna jest strona tytułowa. Dlatego manuskrypt powinien być przygotowany jak profesjonalnie. 

Utarł się zwyczaj przedstawiania propozycji wydawniczych w postaci maszynopisu znormalizowanego, choć przecież maszyny do pisania i kalki dawno zniknęły. Niemniej na stronie winno być około 30 wersów po 60 znaków ze spacjami w wersie, co da około 1800 znaków na stronie. Nic się złego nie stanie, jeśli od tej wartości będą nieznaczne odchylenia. Odstęp między wierszami (interlinia) winien wynosić 1,5. 

Czcionka powinna być prosta. To oznacza Times New Roman, Verdanę lub Arial. Chroń Panie przed ozdobnikami. Należy unikać pisania kursywą i oszczędnie używać pogrubień. Zazwyczaj numeruje się strony. Wielkość czcionki to 12 punktów. Konieczne są wcięcia akapitów. Wypowiedzi dialogowe sygnalizuje się wcięciem akapitowym i pauzą dialogową, czyli myślnikiem. Więcej w załączonym szablonie. (Jest w formacie DOC - możesz go wykorzystać 

Wiele oczywiście zależy od charakteru dzieła. Nieco inaczej jest w przypadku poradników, beletrystyki czy poezji, a z pewnością inaczej w wypadku książek historycznych czy technicznych. Jeśli dzieło zawiera ilustracje, tabele czy wykresy, sprawa się komplikuje. Właściwie wszystko powinno być dostosowane do wymagań wydawców. Więcej na ten temat przeczytasz w moim poradniku pt.Autor 2.0

Niektórzy wydawcy wolą zdjęcia niezakotwiczone, wyznaczenie miejsc na nie oraz zgromadzone ich w oddzielnym katalogu.  Inni preferują umieszczenie ich w pliku. Nienależnie od tego, jeśli zdjęcia nie są twojego autorstwa, powinny być oznaczone w sposób wymagany przez licencję albo autora, a na ich wykorzystanie powinieneś mieć zgodę. Zdjęć bez ustalonych praw autorskich wykorzystywać bezwzględnie nie można. 

Manuskrypt nie powinien zawierać błędów, choć oczywiście będzie je zawierać. Trzeba jednak je ograniczyć. Niedopuszczalne są błędy ortograficzne, nie powinno być także literówek. Musisz mieć świadomość, że propozycja wydawnicza z błędami prawdopodobnie nie stanie się książką. Dlatego warto rozważyć rady, jakie na ten temat zawarłem w Poradniku selfa. Jestem pewien, że bardzo ci one  pomogą. 

Wydruku nie należy zszywać, bindować czy sklejać. Jeśli uznasz, że rękopis jest gotowy, możesz przekazać potencjalnemu wydawcy. Warto wraz z nim dołączyć krótką wiadomość od siebie. Nie można pisać, że: ten rękopis trafił do innych wydawców; że książka powstała wiele lat temu (byłeś młody) i można by ją jeszcze poprawić, a także chwalić się, że masz w zanadrzu o wiele lepsze teksty. 

Jeśli masz lepszy tekst, to dlaczego go do mnie nie przesłałeś — pomyśli redaktor. Nikt nie ma również ochoty czytać młodzieńczych bazgrołów, a straszenie konkurencją może doprowadzić do dna kosza. Warto jednak na ostatniej stronie raz jeszcze podać swoje dane (z numerem telefonu). Pierwsza strona może zaginąć, ostatnia – jeśli książka okaże się kolejnym objawieniem – nie zniknie. A wtedy… Masz szansę otrzymać odpowiedź.

19 czerwca 2018

Idealny tytuł dla książki

Nie tylko ja stanąłem przed tym problemem i nie po raz pierwszy zresztą. Jak dobrze zatytułować książkę, jaką niebawem wydam?

Okazało się, że niektóre dobrze dziś znane książki mogły się zupełnie inaczej nazywać. Dla przykładu jedna z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek czytałem, „Rok 1984” Orwella miała zostać wydana jako „Ostatni człowiek w Europie”. Dowiedziałem się też, że Dostojewski rozważał tytuł „Pijaniutcy” zamiast „Zbrodni i kary”, a jego „Idiota” miał być znany,  jako „Myszkin”.   

Wiktor Hugo po trzech latach pisania powieści „Nędze” zmienił tytuł na „Jean Tréjean”. Dopiero sześć lat później swojej najsłynniejszej powieści nadał dziś znany tytuł „Nędznicy”.  Pewnie niektórzy z Was zapamiętali krajowe przykłady? Bo, przecież mieliśmy mieć „Mezalians” zamiast „Nad Niemnem” Orzeszkowej,  „Schematy”, a nie „Granicę” Nałkowskiej i „Trzy pokolenia” zamiast „Lalki” Prusa. 

Muzyka z zaświatów” Grahama Mastertona miała być „Wenecką kukułką”, a napisaną przez Katarzynę Grocholę z Dorotą Szelągowską „Makatka” podobno pierwotnie nazwano „Warkoczem z pępowiną”. Co tam jednak tytuł roboczy. Marek Hłasko poszedł o krok dalej. Zmienił tytuł swojej pierwszej powieści (w odcinkach) pt. „Głupcy wierzą w poranek” już po jej opublikowaniu. I teraz mamy „Następny do raju”.  

U mnie nie było inaczej. O tym jednak być może innym razem, bo problem jest tu i teraz. Dla poradnika skierowanego do samodzielnie publikujących autorów, który ukaże się prawdopodobnie we wrześniu tego roku wciąż mam tylko tytuł roboczy. Książka jest po redakcji, korekcie i składzie, a ciągle z wydawcą mamy wątpliwości co to tego, czy „Poradnik selfa” jest wystarczająco dobrym, odpowiednim tytułem. 

Temu tematowi poświęcam jeden z jego rozdziałów (patrz z lewej). Jaki tytuł jest dobry? Doszedłem do wniosku, że jest kilkanaście cech, jakie czynią go idealnym. Przynajmniej teoretycznie. Na pewno musi być ciekawy i intrygujący oraz powinien bezpośrednio odnosić się do treści. Czytelnik, patrząc na okładkę, (tytuł) powinien od razu domyślać się, że książka to romans, horror, kryminał, poradnik albo książka podróżnicza. 

Jeśli ktoś szuka kryminału, a znajdzie romans prawdopodobnie będzie zły, a nie zainteresowany. A tytuł powinien przyciągać, a nie denerwować. Bezwzględnie musi zainteresować potencjalnego odbiorcę. Dlatego warto umieścić w nim pewne słowo-klucz. Dla poradników to słówko „jak” lub inne, związane z tematem (np. „self-publishing” dla poradnika skierowanego do samopublikujących autorów).  „Morderstwo” jest dobre dla kryminału, „spotkanie” dla romansu i tak dalej. 

Tytuł powinien być krótki. Czytelnik łatwo go zapamięta. Istnieje większe prawdopodobieństwo, że go nie zapomni. Jednak od tej reguły istnieją wyjątki, przeczytasz o ich w mojej książce. Przeczytasz również o tym, że tytuł tworzy się, biorąc pod uwagę SEO. Zakładając sprzedaż w międzynarodowych księgarniach (np. Smashwords) należy unikać polskich tworów typu „Zażółć gęślą jaźń”, bo efekt jest opłakany. 

Dobierając tytuł do książki, warto śledzić to, co się dzieje w branży. Przecież listy bestsellerów zapełniają się takimi tytułami jak „Dziewczyna mojego brata”, „Zaginiona dziewczyna”, „Dziewczyna z pociągu” i wieloma innymi powieściami ze słówkiem „dziewczyna” w tytule. O „Dziewczynie, która igrała z ogniem” nie wspomnę.  To oczywiście tylko pewne przykłady. Mój wpis to nie książka i tylko sygnalizuje temat. 

Ważne, że określenie „idealnego tytułu” czasem wymyka się z szufladki. Dlatego wszystko, co tyczy się idealnego tytułu, trzeba traktować z pewnym przymrużeniem oka. Zawsze przecież istnieje jakiś nieprzewidziany czynnik, nieodkryty pierwiastek. Wymyślając tytuł dla książki, warto jednak przeznaczyć trochę czasu i przemyśleć jak najwięcej ewentualnych konsekwencji wyboru, by nie żałować. 

Więcej na temat tworzenia „idealnego” tytułu przeczytasz w moim poradniku, który niebawem pojawi się w oficjalniej przedsprzedaży. Już teraz zapraszam do zapisania się na newsletterprzez który poinformuję o premierze. Dziś, kończąc, pozwolę sobie zacytować mistrza. Według mnie świetnie wywiązał się z zadania stworzenia idealnego tytułu, dla swojej, genialnej powieści. Możemy się tylko uczyć. 

 „– A więc coś cię obudziło. Co? Coś ci się śniło? Co to było?
– Obudziłam się i usłyszałam krzyk owiec. Obudziłam się w ciemności i gdzieś obok przeraźliwie beczały owce. (...)
 – Nadal budzisz się czasami w środku nocy, prawda? Budzisz się w kamiennej ciemności i w uszach masz krzyk owiec?
 – Czasami.
 – Sądzisz, że jeśli uda ci się własnoręcznie złapać Buffalo Billa i uratować Catherine, to owce umilkną. Sądzisz, że je także uda się uratować i nie będzie budzić cię po nocy ich krzyk? Tak? Clarice?
 – Tak. Nie wiem. Może.”*
*Thomas Harris, Milczenie owiec (ang. The Silence of the Lambs), 1988 r. 

12 czerwca 2018

Dlaczego nie lubimy e-booków?

To, że e-booki cechują się użytecznymi cechami, jest faktem. Mało to jednak obchodzi tych, którzy wciąż wykazują wyższość książki papierowej nad e-bookiem argumentami w stylu: „szelest oraz zapach papieru”. 

Kilka dni temu podjąłem się karkołomnego zadania. Usiłowałem wyczerpująco odpowiedzieć na pytanie, dlaczego lubimy e-booki? Przestawiłem szereg, moim zdaniem, merytorycznych powodów, by polubić nowocześniejszą formę książki. Prawdopodobnie jednak poniosłem porażkę, dlatego próbuję raz jeszcze. Tym razem jednak z innej strony. Dziś, skupię się na tym, dlaczego niektórzy z nas e-booków nie lubią. 


Argument o tym, że e-booki są dużo bardziej przyjazne środowisku, niż książki papierowe jest dość dyskusyjny. Energię do odczytania e-booków i produkcji czytników, wciąż pozyskuje się z mało ekologicznych źródeł. Tworzywa, z których zbudowane są czytniki, trzeba wytworzyć, a potem utylizować. Na pewno czytelnik korzystający z e-booków zużywa mniej papieru, ale czy e-booki są bardziej ekologiczne? W przyszłości być może – dziś niekoniecznie. 

Sytuacja prawna e-booków pozwala na legalne i darmowe korzystanie z tytułów szybko powiększającej się domeny publicznej. Każdy może tworzyć z kopii zapasowych własną biblioteczkę. Rzeczywistość jest jednak brutalna. E-booki są wielokrotnie częściej nielegalnie kopiowane (i rozpowszechniane) niż książki papierowe. Regulacje prawne w zakresie copyright nie przystają do rzeczywistości.

Książki w formie elektronicznej zwykle są tańsze od papierowych odpowiedników. Księgarnie internetowe często oferują atrakcyjne obniżki. Biblioteki umożliwiają wypożyczanie e-booków, a nawet wypożyczanie czytników e-booków.  Mimo tego większość trafiających do czytelnika e-booków nie jest pobieranych z legalnych źródeł. Przeciętny odbiorca nie widzi w tym problemu. Jednak dla branży (autorów, wydawców, księgarzy) to sprawa życia lub śmierci.


Chociaż wydanie tytułu w postaci e-booka (w sytuacji, kiedy gotowa jest książka papierowa) poza konwersją nie generuje dodatkowych kosztów i jest tańsze od wydania papierowego, rodzi jednak obawę o utratę zysków z powodu piractwa. Niestety uzasadnioną. Dlatego większość polskich wydawnictw oraz tradycyjnych autorów traktuje e-booki jak zło konieczne. Chociaż udział zysków ze sprzedaży e-booków w polskim rynku książki szybko rośnie, wciąż jest marginalny (ok. 3-5% w 2017 r.). Piractwo zabiera większość dochodów. 

Pomimo zabezpieczeń można dużo łatwiej i taniej nielegalnie rozpowszechniać (zwłaszcza masowo) e-booki niż książkę wydaną tradycyjnie. To rodzi niechęć wydawców.  Dodatkowo VAT na książki papierowe jest aż o 18% niższy. To sprawia, że handel e-bookami nie jest szczególnie intratnym biznesem. Tym bardziej że w branży istnieje twarda konkurencja.  Istnienie e-booków w większości godzi w prawdziwy interes wydawców oraz tradycyjnych autorów.

Upowszechnienie się e-booków wpłynęło na rozwój self-publishingu. Zjawisko jest korzystne, ale nie dla wszystkich i nie jest bez wad. Mamy zwiększony asortyment, konkurencję cenową, lecz możliwość publikacji bez wydawnictwa może powodować spadek jakości (chociaż nie musi). Zaniżanie cen przez samodzielnych autorów nie podoba się wydawnictwom, które mają przecież koszty stałe: utrzymanie etatów, biur, autorów, podatki i koszty dystrybucji. 

Samodzielni autorzy, oferując produkt w tej samej co wydawnictwo cenie (lub niższej) mogą zarabiać więcej na pojedynczej kopii opublikowanego przez siebie e-booka niż wydawnictwo, a tym bardziej niż autor z wydawnictwem współpracujący. To oraz sukcesy samodzielnych autorów powoduje, że wzrastająca popularność e-booków w istocie jest zdecydowanie niekorzystna dla części branży: wydawnictw, drukarni czy księgarni stacjonarnych i dystrybutorów. 

Rosnąca popularność e-booków ma zalety i wady. Ma przeciwników oraz zwolenników. Jedni i drudzy bronią swoich racji, bo dla części zmiany są dobre, dla innych niestety nie. Dla wielu autorów jest wielką szansą. Więcej na temat tego, jak samodzielnie publikować swoje e-booki, (czyli o self-electronic) przeczytasz w moim poradniku dla samodzielnie publikujących autorów pt. Poradnik selfa, który pojawi się w przedsprzedaży już za kilka tygodni. Więcej informacji niebawem.  

Najbardziej na istnieniu e-booków zyskują odbiorcy. W niektórych wypadkach również autorzy. Wydaje się, że książkę papierową czeka śmierć i argumenty w sporze, co jest lepsze: książka czy e-book są odrobinę jałowe. Obie strony mają racje, papier jest bardziej intratny, a książka elektroniczna to wciąż pewnego rodzaju nowinka. Tak, będzie funkcjonować równolegle z papierem i z każdym rokiem jej pozycja będzie coraz silniejsza. Jednak zaskakująco wielu „ludziom książki” to się nie będzie podobać. Niestety.

4 czerwca 2018

Dlaczego lubimy e-booki?

Od jakiegoś czasu w powietrzu wisi spór o to, co jest lepsze, książka czy e-book?  Nie mam wątpliwości: argumenty są mało merytoryczne, a spór jest wciąż nierozstrzygnięty. No, dobrze, ale tak naprawdę dlaczego lubimy e-booki? 

Aby opowiedzieć się za jakąkolwiek stroną w sporze, trzeba wejść w merytoryczną dyskusję. Jednak bez znajomości tematu, to nie jest możliwe. Ogromną bolączką dyskusji na temat, co jest lepsze: książka czy e-book, jest nieznajomość tematu. Wynika ona z tego, że przez niektórych e-booki są utożsamiane z publikacjami czytanymi na ekranach komputerów lub ewentualnie tabletów. E-booki krytykują ci, którzy żadnego e-booka nie przeczytali. 

Używam czytnika e-booków od przeszło 8 lat. W tym czasie przeczytałem dziesiątki, jeśli nie setki e-booków. Wcześniej nie przeczytałem żadnego, co najwyżej fragmenty lub tylko je przeglądałem na monitorze. Próbowałem nawet je czytać na tablecie i wierzcie mi lub nie, ale to wciąż nie to samo. Znam przynajmniej kilka osób, które były zagorzałymi przeciwnikami e-booków do czasu, kiedy przeczytały swojego pierwszego… na moim czytniku. 

Dopiero z czytnikiem e-book ujawnia swoje zalety. Czytanie jest tak samo komfortowe, jak książki papierowej lub bardziej, dzięki niższej wadze oraz wymiarom. Jeden czytnik mieści całą, ważącą kilka ton bibliotekę, nierzadko również umożliwia pobranie nowych e-booków natychmiast wszędzie tam, gdzie jest Internet. Bardzo przydaje się możliwość powiększania czcionki, system wyszukiwawczy czy wbudowane słowniki (np. SJP, angielsko-polski itp.). 

Urządzenie wprawdzie kosztuje i ma wady np. konieczność ładowania. Jednak 300-550 zł to kwota do przełknięcia, a ładowanie baterii co trzy tygodnie (czasem rzadziej) nie jest uciążliwe. Tak, na bezludnej wyspie czytnik przestanie działać. Może się też zepsuć, jak każde urządzenie i jest wrażliwy na uszkodzenia. Nigdy jednak nie byłem na bezludnej wyspie. Co więcej, istnieje naprawdę niewielkie prawdopodobieństwo, że podzielę los Robinsona Crusoe.

Książka jest bardziej odporna. Można się nią ogrzać, paląc w kominku, a e-bookiem nie bardzo. Nie każdy format e-booka można w łatwy sposób odczytać na Kindle. Faktem jest również, że pirackie e-booki na czytnikach zazwyczaj wyglądają mało estetycznie. Z doświadczenia wiem, że spalane książki dobrze wyglądają w filmach, a jeden prosty, darmowy program (np. Calibre) rozwiązuje wszystkie problemy z formatami e-booków. 

Rozumiem, że bibliofile są przyzwyczajeni do papierowej książki. Przyzwyczajenia mogą być silne. Wydaje się im, że nie potrafią czerpać przyjemności z innej formy czytelnictwa. Jednak w momencie, kiedy odkrywają możliwości e-czytników (np. powiększanie czcionki), szybko się przekonują do elektronicznej książki. Podobają mi się piece na węgiel i lampy naftowe, ale pod sufitem wieszam żarówkę LED, a zupę gotuję na gazie. I co ciekawe, dobrze smakuje.

Obsługa urządzenia czytnika e-booków (nie telefonu czy tabletu!) w technologii e-ink jest intuicyjna, prosta i wygodna. Czytanie na nich nie męczy wzroku bardziej niż tekstu utrwalonego na papierze. Czynniki są przyjazne dla osób z niepełnosprawnością (np. dzięki wbudowanym lektorom). Nawigacja w e-booku jest łatwiejsza, zabezpieczenie (na dysku czy w chmurze) sprawia, że biblioteczka nie zniknie. E-booki mogą być interaktywne (np. z muzyką). Tego
nie da mam żadna, nawet najbardziej pachnąca papierem książka. 

Dla wielu kupowanie lub wypożyczanie książek to jednak duża przyjemność. Wędrowanie w ciszy i skupieniu wśród półek wypełnionych pięknymi przedmiotami ma w sobie pewien magnetyzm. Można uciec między półki, odciąć się od świata i wyłączyć (wyciszyć) telefon z Internetem. Trudno to zastąpić przeglądaniem ofert księgarń internetowych. I nawet, jeśli wypełnimy twarde dyski setkami e-booków, to nigdy nie będzie to samo. 

Niektórzy, jako zalety książki papierowej wyliczają piękne okładki, ilustracje, przyjemny w dotyku papier oraz jego zapach i szelest, których niczym nie można zastąpić. Interesujące, że dla części z nich zupełnie nie jest istotna treść książki. Nie dziwmy się temu, ponieważ książka papierowa jest również pięknym przedmiotem i dla tych ludzi jej cechy fizyczne są ważniejsze, niż treść. Treść jest nieważna, ponieważ dla nich książka nie jest do czytania. Szanujmy to. 

Książkę kupuje się także po to, aby pięknie wyglądała w ręce, na zdjęciu w mediach społecznościowych i w domowej biblioteczce.  Bywa świetnym, uniwersalnym prezentem. Jest jak piękny kwiat w ogrodzie, który ozdabia, pachnie, ale nie nadaje się do jedzenia. W tym świetle zalety e-booków nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Wady również. E-book nie wygląda, nie pachnie i nie można się nim pochwalić. Jest do czytania, czyli do niczego.  I o tym, dlaczego nie ich nie lubimy, napiszę za kilka dni.  

29 maja 2018

Śmierć książki

Pismo jest wielkim odkryciem. Mieliśmy jeszcze dwa równie wielkie – druk oraz Internet. Oba zmieniły świat. Dzięki pierwszemu wynalazkowi książki stały się dostępne niemal dla każdego. Drugi może spowodować, że znikną.

Po upowszechnieniu się druku świat zmienił oblicze. Gutenberg zapoczątkował nową erę w historii książki, w której stała się ona łatwo dostępna, powszechna, a potem masowa. Dla ludzkości ten fakt jest równie znamienny, co wynalezienie koła. Druk umożliwił wymianę myśli na niespotykaną dotąd skalę. Przyśpieszyło to rozwój niemal wszystkich gałęzi ludzkiej aktywności.

Pięćset lat później pojawił się hipertekst  i powstała pierwsza strona WWW. Narodził się e-człowiek. Jest on nowym, już innym odbiorcą, bo dostęp do informacji stał się  nieporównywalnie szybszy i łatwiejszy. Wciąż większość uwielbia klasyczną formę książki, ale nie wyobraża sobie braku dostępu do komputera podłączonego do sieci. Żeglowanie w morzu informacji stało się dziś codziennością.

Coraz częściej wizyta w bibliotece czy księgarni sprowadza się do wpisania adresu w pasek przeglądarki. Również kartkowanie książki oznacza klikanie lub przesuwanie palcem po wyświetlaczu. Urządzenia do czytania cyfrowych treści (w tym również e-booków) stały się niedrogie i dostępne. I chociaż wciąż istnieją odbiorcy, którzy dotąd tego nie zaakceptowali, mało prawdopodobne by to powstrzymało nadchodzące zmiany.

Pierwsze internetowe łącze w Polsce uruchomiono w 1990 roku. Od 1996 roku (teoretycznie) każdy mógł mieć u nas Internet. W 2016 roku, w Polsce było podłączonych do Internetu ponad 80% gospodarstw domowych i 94% przedsiębiorstw. Zakłada się, że do roku 2020 każdy u nas będzie miał dostęp do Internetu. Wszyscy mamy zostać podłączeni do świata, który zabija dotychczasową postać książki.

Książkę, jako byt materialny, który szeleści i można go dotknąć (i powąchać) prawdopodobnie czeka śmierć. Nie dlatego, że e-cywilizacja jest nieczytająca. Przeciwnie: 69% użytkowników Internetu czyta książki. Niektórzy nawet je kupują, coraz częściej przez Internet. Ocenia się jednak, że papierowa książka odejdzie, jako nienadążająca za zmianami, jak kiedyś parowce, silniki dwusuwowe i lampy naftowe.  

Czy wraz z książką papierową znikną księgarnie, biblioteki i drukarnie? W takiej postaci, jaką znamy, z pewnością tak. Forma papierowa umiera i pomimo wciąż istniejącego obecnie mocnego przywiązania czytelników do klasycznej formy książki (szczególnie u osób starszych), według mnie nie może ono wytrzymać starcia z nową erą. Dlatego, że mimo wad książka elektroniczna ma więcej zalet od papierowej. 


Mamy dostęp do coraz większej bazy danych z poziomu własnego komputera domowego, a nawet telefonu. Czytelnictwo książek w Polsce ustabilizowało się na pewnym, niestety niskim poziomie. Polacy kupują coraz więcej e-booków. Ich udział w rynku książki z roku na rok, systematycznie wzrasta. Jednak wydaje się, że e-booki, na razie nie konkurują z książkami papierowymi, mając nieco innych odbiorców.

Książka papierowa staje się nie tylko nośnikiem treści, ale przede wszystkim coraz bardziej ekskluzywnym, pięknym i drogim przedmiotem. Takim, niekoniecznie funkcjonalnym, a mimo to, wciąż przez odrobinę zwariowanych zapaleńców pożądanym gadżetem. Jak płyta gramofonowa albo niekoniecznie ostre, czarno-białe zdjęcia zrobione aparatem Praktica i wywołane w łazience z zasłoniętymi oknami. 

Na razie funkcjonuje obok siebie stare i nowe. Książki mają wciąż zagorzałych obrońców, a e-booki zyskują nowych zwolenników. Nawet najbardziej zagorzali bibliofile przekonują się jednak do e-booków po kilku godzinach czytania na dobrym czytniku z technologią e-papieru. Wprawdzie wciąż można usłyszeć argument o zapachu papieru oraz obcowaniu z formą, ale one zwykle tylko śmieszą lub smucą.

Badania dowodzą, że zwolennicy e-booków czytają więcej niż czytelnicy tradycyjni. Niektórzy klienci księgarni, nie czytają książek w ogóle! Dla nich książka jest tylko przedmiotem, ozdobą, czymś, czym można zaimponować, albo poprawić sobie humor. Dobrze jest mieć biblioteczkę, modnie jest kupić czasem książkę w księgarni i w ten sposób realizować obcowanie z kulturą, ale od czytania jest lepsza telewizja.

Za 30 lat nasze dzieci będą pokoleniem budującym świat, a my emerytami. Wraz ze śmiercią papierowej książki zniknie kilka zawodów i powstaną nowe. Zmieni się sposób dystrybucji i płatności. Możliwe, że będą inne zasady finansowania twórców oraz prawa związane z własnością intelektualną. Idea książki, zginąć nie może. Nasz umysł potrzebuje książek. Ich dotychczasowa forma, jednak prawdopodobnie się zmieni. 

Zobacz, jak nas oszukują wydawcy

Niedawno pisałem o tym, dlaczego obecnie książki są dłuższe , niż jeszcze kilkanaście lat temu, upatrując w tym spisku żądnych wielkich pie...