25 grudnia 2020

"Wenus umiera". Nowy kryminał na faktach

Nie od dziś wiadomo, że życie pisze najciekawsze scenariusze. Nic dziwnego, że inspiracja bywa też niezłym narzędziem reklamy. Serce zwykle przyśpiesza, kiedy dowiadujemy się, że jakaś książka lub film to nie tylko zwykła fikcja.  Jak jest teraz?

W moim wypadku jest nieco inaczej. Inspirowanie się prawdziwymi wydarzeniami to nie chwytliwy zabieg marketingowy, ale przede wszystkim nieodzowny element procesu tworzenia. Element, który wprawdzie ogranicza możliwości kształtowania fabuły, lecz jednocześnie daje coś, czym moje kryminały mają w założeniu wyróżniać się na tle innych. Tym czymś jest moim zdaniem maksymalnie posunięty realizm. Dalej postaram się temat rozwinąć, a na razie garść informacji o mojej nowej książce.

Seria kryminałów opartych na faktach

Oficjalna wiadomość: piąty tom z serii astronomicznej pt. „Wenus umiera” zostanie wydany 03.02.2021 r. Wydawcą jest LIRA. Książka będzie piątym w kolejności publikacji tomem serii i trzecim, jeśli chodzi o oś życia głównego bohatera cyklu. Fabułę „Wenus umiera” podobnie jak pozostałych czterech wcześniejszych tomów serii astronomicznej z Emilem Stomporem (i wszystkich moich powieści kryminalnych) oczywiście oparłem… na faktach. A jakich?

Takie historie cieszą się uznaniem odbiorców. Literatura i kino pełnymi garściami czerpie z prawdziwych historii. One przecież mogły się przytrafić każdemu.  I chyba w tym tkwi ich magnetyzm. Autentyczna, szokująca, niespodziewana prawda pociąga, inspiruje i fascynuje. I się lepiej sprzedaje. Pisząc ponad dekadę temu swój pierwszy kryminał, też inspirowałem się prawdą. Potem uznałem, że wszystkie moje kryminały będą inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Jak dotąd nie złamałem tej zasady. Może kiedyś ją złamię, ale na jak dotąd...

W moich książkach kryminalnych można doszukać się pewnych podobieństw do autentycznych osób lub zdarzeń, jakie faktycznie miały miejsce. Nieprzypadkowo jednak powtarzam, że moje książki są tylko (napisałbym „tylko i wyłącznie”, ale  to tautologia) kryminałami, czyli beletrystyką i niczym więcej. To nie literatura faktu, dokument czy publicystyka! Polubiłem ten sposób tworzenia. Zbieram materiał, czytam, tworzę plan, bohaterów i fakty przetwarzam przez wyobraźnię, bohatera, zasady pisania i obudowuję fikcją. I mam nadzieję, że to działa. 

Kryminał o niewyjaśnionej, podwójnej zbrodni

Zwykle o inspiracjach opowiadam jednak niechętnie, ostrożnie i ogólnikowo. W przypadku piątego tomu serii astronomicznej mam świadomość, że nie będzie wątpliwości co do  nich. Jakkolwiek nie starałbym się maskować pewnych wątków, zdarzeń, postaci to niektórzy, zaznajomieni z tematem czytelnicy i tak będą szukać pewnych punktów stycznych pomiędzy prawdą z Gór Stołowych a moją fikcją z „Wenus umiera”. A także pomiędzy bohaterami książki i uczestnikami tamtych, starszych i tajemniczych zdarzeń.  

Nie kryję tego, co mnie zainspirowało. „Wenus umiera” to jednak jedynie fikcja. Tak, oparta na kilku prawdziwych wydarzeniach, jakie miały miejsce w południowej Polsce w latach 90., ale powieść kryminalna to nie reportaż albo dokument. Zmieniłem personalia, czas akcji, rozmyłem miejsce akcji. Zrobiłem to, by nie urazić tych, którzy mogliby dostrzec podobieństwa z ponurymi i tragicznymi wydarzeniami z ich życia, a przecież wcześniej czy później się o książce dowiedzą. To ryzykowne, ale mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem. 

Dlatego nie ten szczyt i nie ten rok.

W moich kryminałach analogie do rzeczywistych zdarzeń nigdy nie są oczywiste. Staram się, by fikcja nie była zaczerpnięta z rzeczywistości w całości. Niestety zbrodnia oznacza, że pisząc w ten sposób, trzeba czasem otrzeć się o trudne, niewygodne i delikatne tematy. Dlatego staram się mieszać rzeczywistość z fikcją, mając na uwadze stworzenie pełnowartościowej, dobrej rozrywki, która u czytelnika wywoła przede wszystkim uczucie autentyczności. To głównie o to chodzi. Znacznie ma również i to, że niektórzy sami sprawdzą, co było prawdą a co tylko fabułą.

Jednym z najbardziej ekscytujących etapów pisania powieści kryminalnej inspirowanej faktami jest zbieranie materiałów. To nie jest tak, że fabuła zawiera jakiś fundament, wokół którego tworzy się fikcję. Przynajmniej nie jest tak w moim przypadku. Powieściowy świat zwykle składa się z wielu prawdziwych cegiełek, które w jakimś stopniu się kiedyś, gdzieś zdarzyły. Niekoniecznie obok. Moją rolą jest ich wymieszanie, tak aby stworzyły interesująco oraz sensowną całość. Na koniec przyprawiam wszystko policyjnym realizmem i jest kryminał.

Z tym samym bohaterem wydałem już takie tytuły jak: „Era Wodnika”, Punkt Barana”, „Gwiazdy Oriona” i „Czas Wagi”. Tytuł najnowszej książki musiał współgrać z resztą tego księgozbioru. W grę wchodził tytuł tylko dwuwyrazowy, nawiązujący do astronomii (ewentualnie związanej z nią mitologii). Zalążek miałem w zanadrzu od pojęcia decyzji o napisaniu serii astronomicznej, ale przewidywałem użyć go do zupełnie innej fabuły, w zupełnie innym tomie serii astronomicznej oraz innym momencie życia mojego bohatera. 

Książkową Wenus miałem dawno

Pomysł na książkę [wtedy bez tytułu] inspirowanej zabójstwem w Górach Stołowych podsunął mi siostrzeniec. Co ciekawe, na etapie zbierania materiałów do niej natrafiłem jednak na jeszcze jedno zabójstwo. I natychmiast zdecydowałem, że ofiarą będzie piękność, modelka, Miss Dolnego Śląska i Polski, a także pierwsza Polka, której udało się wygrać Miss International. I chociaż nic na świecie nie dzieje się po prostu, to wykorzystanie tytułu „Wenus umiera” stało się w tamtej chwili po prostu oczywiste. Zapadła decyzja i zacząłem pisać. 

Moja książka ma dawać rozrywkę, a nie dostarczać informacji.

Pisząc, korzystałem m.in. z tego źródła. Dotarłem do miejsc, gdzie to się stało. Rozmawiałem z ludźmi, których te wydarzenia osobiście dotknęły. Uważny czytelnik zauważy, że fabuła oparta jest jednak nie tylko o tę jedną zbrodnię a tytułowa Wenus (i nie tylko ona!) inspirowana jest... Tak czy inaczej, mam nadzieję, że udało mi się napisać kryminał, który da sporą dawkę rozrywki na najwyższym poziomie. To najważniejszy cel, jaki zawsze przyświeca moim poczynaniom przy pisaniu książek inspirowanych faktami. Mam nadzieję, że mi się udało. 

--

Chcesz przypomnienia o premierze? Zapisz się na newsletter, dołącz do mnie na Facebooku, Instagramie,  wejdź na mój Twitter albo sprawdź na YouTube

9 marca 2020

O co w mojej książce chodzi?

Jeszcze w tym miesiącu na półkach w księgarniach stacjonarnych i stronach księgarni internetowych pojawi się moje najnowsze dziecko. Będzie to czwarta część serii astronomicznej z Emilem Stomporem.  Powieść kryminalna pod tytułem „Czas Wagi”. 

Czas Wagi” to czwarty tom z serii astronomicznej. Czwarty w kolejności publikacji, ale pod względem osi czasu w cyklu, jest tomem drugim. Innymi słowy, czytając moją nową książkę, czytelnik znajdzie się w świecie sprzed „Ery Wodnika” i „Punktu Barana”, ale kilka lat po wydarzeniach opisanych w „Gwiazdach Oriona”. A zatem mamy interquel. Fabuła książki, oczywiście jest inspirowana (jak we wszystkich moich powieściach kryminalnych) prawdziwymi wydarzeniami. Wydawcą książki, identycznie jak w przypadku „Gwiazd Oriona”, jest Wydawnictwo LIRA z Warszawy. 

Fabuła jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami

Prace nad kontynuacją „Gwiazd Oriona” zacząłem jeszcze przed jej premierą w maju ubiegłego roku. Jednak po napisaniu blisko siedemdziesięciu rozdziałów całkowicie zmieniłem koncepcję i przystąpiłem do pisania książki od nowa. I muszę przyznać, że się mocno napracowałem. Zobowiązałem się, że książka będzie przedstawiona wydawnictwu przed końcem roku 2019. Udało się. Zanim przedstawiłem maszynopis książka przeszła najbardziej nielubiany przeze mnie etap pisania, czyli… skreślanie. To jednak w tworzeniu książki etap najważniejszy, więc wierzcie mi, pracy było sporo.  

Aby uzmysłowić jej ogrom, posłużę się statystyką. Do wydawnictwa trafiło dzieło liczące około 76 tysięcy wyrazów. To mniej więcej 515 tysięcy znaków ze spacjami. Przekłada się to na dzieło o objętości prawie 13 arkuszy wydawniczych. I takie trafi do czytelnika. Jednak, kiedy skończyłem pisać „Czas Wagi”, manuskrypt liczył ponad 23 arkusze wydawnicze. A dokładnie było to 932 tysiące znaków (ze spacjami) układające się w 137 184 słowa. Oznacza to, że z pierwszej wersji książki wykreśliłem 61 tysięcy wyrazów. To mniej więcej 45% początkowej objętości. Wiem, że atakuję teraz cyframi, ale…

Musiałem wyrzucić z książki prawie połowę treści

Dla przykładu: obecnie dostępne wydanie „Ery Wodnika” liczy niecałe 50 tysięcy słów. To około 8,5 arkusza wydawniczego. Oznacza to, że poprawiając „Czas Wagi” teoretycznie wyrzuciłem do kosza materiał na inną, pełnoprawną powieść! Wprawdzie według dzisiejszych trendów książka i tak powinna być dłuższa, a z wyrzuconego tekstu oczywiście nie udałoby się sklecić niczego sensownego, mam jednak nadzieję, że udało mi się zobrazować wam ogrom pracy, jaką trzeba włożyć w pracę nad tekstem. Wiecie, ile liczy ten wpis? Jakieś 640 wyrazów/4 tysiące znaków.


Co ciekawe, już pisząc, nie byłem przekonany, co do jednego z pobocznych wątków. Ostatecznie w podjęciu decyzji w kwestii jego pozostawienia lub usunięcia pomogła mi pani redaktor na wagę złota. Zdecydowałem też o wykreśleniu z fabuły przynajmniej jednego bohatera. Bohater ów i jego wątek pojawi się w następnym tomie. Od samego początku rozważałem również nieco inny tytuł. Wspominałem o nim jeszcze w październiku 2017 roku. Nie będę go teraz przytaczał, nie chcę  wprowadzać zamieszania. Zdradzę jedynie, że ostatecznie tytuł został tylko nieco zmodyfikowany i dostosowany do już opowiedzianej fabuły. 

„Gwiazdy Oriona” odniosły ogromny sukces, ale…

Teraz dzieli mnie zaledwie kilka tygodni od premiery, odczuwam coś, co mógłbym nazwać obawą. Poprzednia część serii („Gwiazdy Oriona”) została przez czytelników bardzo pozytywnie przyjęta. Przypomnę, że w plebiscycie portalu Granice.pl uznano go za najlepszy kryminał na lato 2019 roku oraz najlepszą książką na lato 2019. A pół roku później, „Gwiazdy Oriona” nagrodzono tytułem „Książka roku 2019” w kategorii kryminał. To duży sukces. Ogromny.  Oczywiście te wyróżnienia i bardzo dobre recenzje niezmiernie mnie cieszą, ale… Jest jeszcze druga strona medalu, a kij ma dwa końce. 

Margot Fontaine powiedziała kiedyś, że „Powtórzyć sukces jest jeszcze trudniej, niż odnieść go po raz pierwszy”. Nic zatem dziwnego, że gdzieś z tyłu mojej głowy czai się obawa o to, jak „Czas Wagi” zostanie przyjęta przez czytelników. Mam tak zresztą z każdą kolejną książką. Uspokaja mnie myśl, że spore grono czeka na kolejny tom przygód Emila Stompora. I jakkolwiek będzie, na pewno ta książka dostarczy wam odpowiednio sporej dawki rozrywki na najwyższym poziomie. A przecież właśnie o to w całej tej kryminalnej serii astronomicznej z Emilem Stomporem tak naprawdę chodzi.

Książka jest już dostępna w przedsprzedaży. 

4 stycznia 2020

Po prostu pisz

Wiem, że nic nie jest „po prostu” ale świat wydawców i autorów leży kilka centymetrów przed każdym z nas. A to, jak stać się autorem powieści, która trafi do tysięcy czytelników, nie jest tajemnicą. Bo recepta na książkę jest bardzo prosta. Jest banalną oczywistością. 

Wielokrotnie dostawałem wiadomości, w których początkujący autorzy pytali mnie, co zrobić, żeby napisać książkę. Nigdy nie uważałem siebie, za kogoś, kto może radzić, jak pisać. Od tego są przecież tacy mistrzowie literatury jak King, Vogler czy Ernest Hemingway. O tym, jak pisać wydano naprawdę sporo różnych, czasem nawet zupełnie dobrych poradników pisarskich, o których już wspominałem. Czy wystarczy je przeczytać, a potem zastosować się do rad w nich zawartych, by zostać autorem prawdziwej książki? 

Nie ma takiej książki, która da gwarancję napisania własnej 


Kiedyś, we wstępie mojego poradnika pt. „Autor 2.0. Jak wydać (własną) książkę… ” napisałem, że nie powinienem pisać o tym, jak pisać. Minęło dziesięć lat. Mam wrażenie, że chociaż jestem o wiele bogatszy w doświadczenie, to nic się nie zmieniło. Nadal piszę, kierując się intuicją. Nie widzę siebie w roli kogoś, kto radzi, jak pisać. Mam nawet silne przeświadczenie, że tak naprawdę to pisać nie umiem, na co zwracają uwagę ci bardziej złośliwi ;-) A jednak wciąż co jakiś czas pojawiają się w mojej skrzynce e-mail bardzo podobne do siebie wiadomości.  Zawierają one przekaz bardzo podobnej, zwykle następującej treści: "mam pomysł na wspaniałą/ciekawą/porywającą/bestsellerową/skandalizującą* powieść (*niepasujące słowo należy skeślić), ale nie wiem, jak zabrać się do pisania. Nie potrafię przelać mojego pomysłu na papier i zamienić w książkę. Jak to zrobić?" Czasem pytania są bardziej rozbudowane. I co wy na to? 

Pisz, po prostu, nic więcej 


Na tak postawione pytanie, jest według mnie bardzo prosta, banalna i wyczerpująca odpowiedź. Pisz, po prostu, nic więcej. Pisz, ponieważ jedną z najważniejszych cech, jakie czynią autora z kogoś, kto pisze, jest upór.  Bez tego autor nie zostanie drugim Nabokovem czy Márquezem. Nie zostanie nim, nawet jeśli będzie miał genialne pióro, niczym wyżej wspomniani czarodzieje literatury. Bez uporu żaden kandydat na genialnego twórcę nie mniej genialnych, książkowych fabuł, nie zostanie kolejnym Stiegiem Larssonem. Upór jest niezbędny, żeby pisać, napisać, a potem poprawić książkę.  O poprawkach już było. Czyli primo: najpierw trzeba książkę (na)pisać. 

Jak to zrobić jest kwestią oddzielną. A także sporną. W. Somerset Maugham stwierdził, że są trzy zasady pisania powieści, ale… niestety nikt ich nie zna. Remigiusz Mróz też zwrócił na to uwagę (foto).

Pewne, że aby napisać książkę, trzeba czytać. Tak. Jednak przeczytanie nawet wszystkich poradników o pisaniu, nie daje gwarancji ukończenia własnej książki. Nawet King uważa, że większość autorów książek na temat pisania wpada w pułapkę bezsensownego pieprzenia.

Warto zatem czytać nie tylko poradniki na temat pisania, ale czytać generalnie. Najlepiej dużo i dobrze. Co to oznacza? Można zdecydować osobiście. Nie każdy ma przecież ambicję, by za książkę otrzymać Nike, Nobla czy Angelusa. Literatura popularna to też literatura, a czytanie to frajda. Jeśli nie czytasz, nie bierz się za pisanie książek. Zacznij je czytać.

Czytać oczywiście trzeba, ale bez tego jednego, najważniejszego czynnika, książki najzwyczajniej w świecie napisać się nie da. Nie marzenia i mrzonki, ale postanowienie i godne szaleństwa dążenie do celu, bezbrzeżny upór oraz konsekwencja polującego wilka. Potrzebna jest determinacja.

Tylko napisana książka będzie książką


Witkiewicz uważał, że jeden jej atom jest więcej wart niż góra doświadczenia i określił ją, jako zapał. Największą wadą zapału jest, że zbyt często bywa słomiany. Dlatego bardziej polecam upór i wprost fanatyczną determinację w dążeniu do celu. A jeśli ktoś zaczyna opowiadać o wenie, natchnieniu, czy blokadzie twórczej od razu wiem, z kim rozmawiam. To amator, niestrudzony prawie-pisarz, gawędziarz, który woli mielić jęzorem, niż pisać. I komuś takiemu będzie bardzo trudno napisać książkę. 


Jeśli chcecie znać odpowiedź, na pytania: jak napisać swoją książkę, jak ją dokończyć, jak sprawić, aby była dobra i tak dalej, przeczytajcie dziesięć punktów poniżej. Zastosowanie się do nich na etapie „pomysłu na książkę” gwarantuje ukończenie pisania. Nie wiem, czy tak napisana książka będzie dobra, bestsellerowa i czy dostanie wspomniane nagrody. Pewnie ich nie dostanie, to wynika ze statystyki. To oddzielny problem, na wpis innym razem. Wiem jednak, że jeśli zastosujecie się do tych punktów, to książka powstanie. A wtedy, kto wie? Bo bez tego, wiadomo – nienapisana książka nigdy nie będzie książką.


Napisz pierwsze słowo, zdanie. Zacznij pisać. 
Na razie nie przejmuj się błędami. Na razie pisz. 
Nie pokazuj tego, co napisałeś do czasu, kiedy nie skończysz. Pisz. 
Myśl o tym, co piszesz, a nie opowiadaj o tym. Masz pisać, a nie gawędzić. 
Staraj się nie poprawiać tekstu, do czasu, kiedy nie skończysz. Teraz pisz.
Pisz w miarę możliwości codziennie, ale rób to! Pisz regularnie. 
Wyznacz normę. Tysiąc słów, rozdział dziennie – nieważne. Istotne, abyś pisał.  
Telewizja i Facebook (Internet) to strata czasu. Trać go na pisanie, więc pisz. 
Czas na poprawki przychodzi po postawieniu ostatniej kropki, więc postaw ją!
Jeśli nie będziesz pisał, książka się nie napisze sama. Musisz ją (na)pisać.  
Jest wielu chcących pisać. Autorami zostają tylko ci, którzy piszą. Więc pisz. 
Nie przejmuj się porażką. Druga książka będzie lepsza, ale musisz ją napisać. 



Z pewnością znajdzie się ktoś, kto wskaże pisarza, który częściowo się do tych zaleceń nie stosował. Tak, przecież Gertrude Stein godzinami z notatnikiem wpatrywała się w krowy (!) i skały, czekając na wenę. Georges Simeon robił nawet kilkutygodniowe lub kilkumiesięczne przerwy od pisania, a mimo tego napisał ponad 400 książek. Pilch ucieka od pisania w pastowanie biurka, a jednak jego twórczość nagrodzono Nike i Paszportem „Polityki”. Niektórzy wprost mówią o swoich dziwactwach, inni milczą na temat procesu tworzenia. Wszystkich łączy jedno – piszą i kończą swoje dzieła. Kwestionuj dekalog wyżej, ale pisz.

Napisz pierwsze słowo… A potem ostatnie


Dróg do tego celu jest naprawdę bardzo dużo. Jak widać, niektóre są dziwne. W większości wypadków nie trzeba jednak nic więcej poza tym, żeby pisać. Oczywiście, te 12 punktów absolutnie nie wyczerpuje tematu. Wielu pisarzy wskazuje swoje „dekalogi” pisarskie albo sposoby na pracę. Można o tym z ciekawości poczytać, szczególnie że rytuały niektórych geniuszy bywają interesujące. Każdy z czasem wypracowuje własny sposób na tworzenie. Na początek, najważniejsze jest, co innego. Nie warto skupiać się na wszystkim wokół, ale na meritum. Tylko na swojej książce. Skup się na tym, by pisać.

Inną sprawą jest publikacja, czyli wydanie książki. Oczywiście do tego również upór się przydaje, a czasem jest bardziej potrzebny, niż do (na)pisania książki. Ostrzegam, że nie żartowałem. Opublikować można z wydawcą lub samodzielnie, trzeba jedynie pamiętać o jednym. To, jak wydać książkę (znaleźć wydawcę) jest problemem wtórnym. Bo opublikować można... A z wydaniem nie będzie absolutnie żadnego kłopotu, jeśli książka nie będzie napisana. Więc, jeśli masz pomysł na książkę, chcesz ją napisać i zostać autorem, a może nawet pisarzem (!) jest tylko jedną droga. Posłuchaj rady od kogoś, u kogo ten sposób działa.

Już teraz, zaraz, od razu. Od pierwszego stuknięcia w klawiaturę


Pisz, pisz i pisz. Po prostu pisz. Nic więcej, a może aż tyle. A zacznij od razu, za chwilę, teraz. Już! I zanim klikniesz w coś, co cię zaraz zainteresuje w sieci, na innej stronie, zastanów się czy nie lepiej otworzyć edytor tekstowy i napisać pierwsze słowo. To pierwsze słowo. Może właśnie to będzie pierwsze słowo historii, którą kiedyś przeczytają tysiące? Kto wie? Jedno jest pewne. Bez niego, bez pierwszego kliknięcia i pierwszego słowa (i ostatniego również) twojej historii nikt nigdy nie pozna. Ona na zawsze pozostanie niezrealizowanym pomysłem, książką nigdy nienapisaną.

A dlaczego? Ponieważ od tej historii ważniejsze okażą się: zakupy, głupkowaty albo zupełnie dobry serial w TV, śmieszne lub błyskotliwe komentarze na Fejsie, kasowanie spamu, blog, piwo z kumplami i plotki z przyjaciółką oraz tysiące spraw, jakie codziennie wszystkich nas dotyczą. Także pisarzy. Może winny będzie brak weny? Nie! Prawda jest taka, że komuś, kto mógł zostać autorem, najzwyczajniej zabrakło uporu, determinacji i czasu. Czasu, który ten ktoś stracił i nigdy go już nie odzyska. Więc zacznij pisać. Już teraz, zaraz, od razu. 

13 maja 2019

Moja nowa powieść już jest

Wprawdzie w poprzednim wpisie, na potrzeby marketingu i nieco z przymrużeniem oka przekonywałem, że mojej nowej powieści pt. „Gwiazdy Oriona” nie będzie, to tym razem nic nie będzie na żarty. Będzie bardzo poważnie, bo moją najnowszą książkę, już można zamawiać. 



Jest taka chwila w życiu autora, kiedy książka jest już gotowa, by trafić do czytelnika. To doniosły moment. Jest zwieńczeniem pracy nad książką. Pracy, na którą składa się tworzenie i (w tym przypadku) współpraca z wydawnictwem. I w chwili, kiedy piszę ten post, znajduję się w tym właśnie momencie. Moja najnowsza powieść już jest. Czuję spokój, satysfakcję i cieszę się, że zdecydowałem się na współpracę z wydawcą. Jestem zadowolony, że książki nie musiałem wydawać samodzielnie.

Ruszyła promocyjna przedsprzedaż mojej powieści 

Nie miałem jeszcze mojej książki w rękach, ale wiem już jak będzie wyglądała. Czekam. Wiem, jaką będzie miała okładkę. Nie wiem, jak będzie pachniała i czy przygody głównego bohatera, Emila Stompora trafią w serca moich czytelników. Mam nadzieję, że tak, bo zrobiłem wszystko, aby tak się stało. Jak jednak pisałem… jestem spokojny. Oczywiście czuję obawę, bo przecież pierwszy raz wydaję powieść z wydawcą, ale… jestem pewien, że wszystko się uda tak, jak zaplanowaliśmy. 

To już się dzieje, już się de facto stało. Premierę powieści pt. „Gwiazdy Oriona” wyznaczono na początek czerwca. Pod koniec maja (26) na Warszawskich Targach Książki zaprezentuję ją zwiedzającym. Będę na stoisku 181/D18 pomiędzy godziną 13 a 14. Organizatorem spotkania jest wydawca książki, Lira Publishing z Warszawy. Zapraszam gorąco. Już teraz, dokładnie od wczoraj, książkę można zamawiać w przedsprzedaży, a warto, bo przedpremierowa cena jest niższa aż o prawie 40%!  To niezła cena, jak na wydaną z wydawcą nowość.

22,49 zł zamiast 36,99 zł, wysyłka za 0,00 zł

Warunki dostawy również są atrakcyjne. Jeśli wybierzesz płatność przez Internet i Obiór w Punkcie, koszt wysyłki to 0,00 zł. Jeśli wybierzesz płatność przez Internet i Pocztex Kurier, koszt wysyłki to 4,99 zł. Płatność przez Internet i odbiór w paczkomacie InPost kosztuje 6,99 zł. Oczywiście, jeśli jesteś zarejestrowanym klientem tej księgarni, można zapłacić przy odbiorze. Wtedy wysyłka kurierem Pocztex  kosztuje 7,99 zł lub innym 10,99 zł. To tak w skrócie, bo więcej o wysyłce tutaj.

Wiem, że niektórzy są zdziwieni moim związaniem się z tradycyjnym wydawcą. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu jestem weteranem pisarstwa niezależnego i jednym z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy niezależnych w Polsce. Pracowałem na to przez lata, więc dla innych, podobnie działających autorów publikacja mojej książki na tradycyjnej ścieżce wydawniczej może być niemałym szokiem. Do swoich motywacji odniosłem się szerzej w poprzednim wpisie.

Za 4 tygodnie moja najnowsza powieść trafi większości do księgarni stacjonarnych i internetowych w Polsce. A zatem stanie się coś, czego nie mogłem osiągnąć, działając samodzielnie. I w co niektórzy nie wierzyli ;-). Nie ukrywam, że wcześniej opublikowane bez wydawcy dwie poprzednie części cyklu astronomicznego („Era Wodnika” oraz „Punkt Barana”) osiągnęły bestsellerowe nakłady, oczywiście jak na warunki polskiego self-publishiungu. Tak, Polska to nie USA, a EMPiK to nie Kindle Store, ale – wierzcie mi – to miało znaczenie. Tym bardziej, że moja nowa książka jest naprawdę dobra.

Dramat polega na tym, że to nie fikcja...

Gwiazdy Oriona” są trzecią częścią powieścią kryminalną z Emilem Stomporem, z tzw. serii astronomicznej. Jestem przekonany, że ta podbije ona serca tysięcy czytników. Pisałem, że jestem spokojny. Tak, bo po pracy nad tą książką Pani Bożena Sigismund (Korekta24) napisała do mnie: „Od pierwszego zdania do ostatniego jest taki poziom napięcia, że nie można jeść, pić, spać dopóki nie przeczyta się do końca tej znakomicie opisanej historii. Dramat polega na tym, że to nie fikcja...” Sam bym tego lepiej nie ujął, a taka rekomendacja trafia w sedno. Tak właśnie miało być. Dobrze, że się udało.


Pisząc „Gwiazdy Oriona” (i całą serię astronomiczną) inspirowałem się prawdziwymi wydarzeniami. Mamy do czynienia z fikcją, ale opartą o pewne, prawdziwe wydarzenia. Bardzo zależało mi również, aby książkę dobrze się czytało i trzymała w napięciu.  Jak wiecie, pisanie nie istnieje w oderwaniu od życia. Pisarz jest jak gąbka, chłonie to, co go otacza. A tak się akurat składa, że mam w tym zakresie pewien , zawodowo uwarunkowany aut. Można o nim przeczytać w biogramie. Wcześniej nie eksponowałem tej informacji, to jednak czym się zawodowo zajmuję od lat przecież nie jest żadną tajemnicą. Tak, to fikcja ale..

Chciałem, aby moje książki na tle innych powieści kryminalnych polskich autorów wyróżniał maksymalny realizm. Mają uderzać czytelnika odwzorowaniem realiów pracy organów ścigania oraz autentyczną warstwą językową. Chciałem, aby były mroczne i prawdziwe. To nie serial o policjantach/policjantkach nie mający nic wspólnego z realiami. Dlatego bohaterów osadziłem w świecie bez jednoznacznego podziału na zło i dobro, gdzie muszą zmierzyć się nie tylko z wrogiem na ulicy, ale także tym innym, równie niebezpiecznym, a może nawet dużo groźniejszym. Jestem pewien, że „Gwiazdy Oriona” was nie zawiodą.




23 lutego 2019

Mojej nowej powieści nie będzie

Nie pojawił się tutaj jeszcze żaden wpis, sygnowany cyferką 2019. A blog bez przynajmniej jednego wpisu tygodniowo podobno bardzo szybko umiera. Wrzucam więc dziś coś, żebyście nie pomyśleli, że umarłem. A przy okazji przyznaję, że tytuł posta jest odrobinę click-baitowy. To po to, by przyciągnąć Waszą uwagę. W czasach Internetu to prawie sztuka. 



Tak, blog zaniedbałem, ale wciąż żyję oraz (co niektórych może rozzłościć), piszę – chociaż nowej powieści nie będzie. Na razie. To z tego powodu nie mam czasu, aby wrzucić tu coś budującego serce (albo rozum), co mogłoby Was zainteresować. Dawno już się do tego przyznałem, że prowadzenie bloga jest dla mnie czasochłonne. Staram się przekazywać tu wartościowe treści, a to wymaga w moim wypadku przygotowania i sporej pracy oraz czasu. Czasu, którego niestety wciąż mi brakuje. Jak wszystkim. I nie pomylę się, pisząc, że nie zależy mi na milionach odsłon. Tak, na odsłonach mi nie zależy, ale na czytelnikach owszem. Dlatego dla Was wciąż coś piszę.

Nie planowałem jej, nie miało jej być, ale będzie 

Zaczął się nowy rok, z nim pojawiły się nowe postanowienia i plany. „Nowy rok, nowe możliwości” – że zacytuję ktoś, kto stał się inspiracją przy tworzeniu bohatera mojej najnowszej powieści, nad którą ostatnio intensywnie pracuję. Ta nowa powieść jest czwartą częścią serii astronomicznej o prawdopodobnym tytule „Czas Wagi”. Zanim jednak napiszę kilka słów o niej, skupię się na tym, dlaczego innej mojej nowej powieści (na razie) nie będzie, chociaż przecież – jak pamiętacie – dawno jest już napisana. Chodzi o trzecią część kryminalnej serii astronomicznej. Najpierw była Era Wodnika, potem Punkt Barana, a teraz miały być Gwiazdy Oriona”. Miały, ale nie będą. Pewnie bardzo Was interesuje z jakiego powodu.

Odwiedzającym ten blog incydentalnie wyjaśnię, że będzie to chronologicznie, według czasu akcji pierwsza część tej serii. Ta nowa powieść, której na razie (jak już trzykrotnie nieprzypadkowo i click-baitowo wspominałem) nie będzie, to „Gwiazdy Oriona”. Serii pisać nie planowałem, ale kilka lat po ostatecznie zaskakująco pozytywnym przyjęciu mojej pierwszej powieści kryminalnej pt. „Era Wodnika”  napisałem jej kontynuację („Punkt Barana”). Po tym, jak została ona niemal wydana przez pewne duże wydawnictwo, postanowiłem, że napiszę jeszcze lepszą, trzecią część i tak powstanie seria powieści kryminalnych

To wszystko zaczęło się w 2010 roku od „Ery Wodnika”

O ile „Era Wodnika” rodziła się w bólach, a jej początki na rynku nie były specjalnie udane, to kontynuacja miała szansę stać się bestsellerem. Po kilkumiesięcznych negocjacjach z wydawnictwem finalnie do podpisania umowy nie doszło i książkę wydałem samodzielnie. Wierzę w nią i jestem pewien, że jeszcze bestsellerem zostanie. Tymczasem nie przestawałem pisać, szczególnie że pisząc część drugą, zebrały się pomysły i materiały na część trzecią. I czwartą. A może nawet piątą i szóstą. Przysiadłem więc przy klawiaturze i zacząłem stukać. Teraz jest efekt. I jestem bardzo zadowolony. Napisałem naprawdę świetną powieść kryminalną. 

Pod koniec ubiegłego roku, jak informowałem na swojej stronie autorskiej, powstała trzecia część serii astronomicznej pt. „Gwiazdy Oriona”. Kosztowała mnie ona kilka miesięcy pisania, a potem nanoszenia licznych poprawek i skreślania. Planowałem ją wydać pod koniec 2018 roku. Do tego, jak wiecie, nie doszło, ponieważ pisanie i poprawianie (!) się odrobinę przeciągnęło, a także dlatego, że po raz kolejny spróbowałem nawiązać współpracę z tradycyjnym wydawnictwem. A jak wiadomo, odpowiedzi wydawnictw na propozycje wydawnicze pojawiają się z pewnym opóźnieniem, więc stąd ten kilkumiesięczny poślizg…, ale nie tylko. Ponieważ coś się u mnie zmieniło. 

Przyznaję, jestem już zmęczony samopublikowaniem 

Wiem, że jak na kogoś, kto kilka miesięcy wcześniej wydał poradnik pt. „Biblia #SELF-PUBLISHINGu” to być może interesujące stwierdzenie, ale po raz kolejny publicznie przyznaje, że samodzielnie publikowanie już mnie bardzo zmęczyło. Od dawna nie kryję, że pomimo oczywistych zalet tej formy publikowania własnych dzieł, jest to w ogólnym rozrachunku gorsza (trudniejsza?) droga wydawnicza. Nie ma się co oszukiwać. To prawda. I mnie ona bardzo męczy. Zabiera czas i energię, jaką mógłbym spożytkować na pisanie. Mam również poczucie, że dalej już nic dla mnie nie ma. Opublikowałem samodzielnie kilka powieści, nowel, dwa zbiory opowiadań i... No właśnie!

Po latach samodzielnego wydawania zbliżyłem się do punktu, gdzie niczego dalej dla siebie nie widzę. Do tego doświadczenia ze współpracy z kilkoma dobrymi, tradycyjnymi wydawnictwami utwierdziły mnie w przekonaniu, że „z kimś jest dużo łatwiej, niż samodzielnie”. Już dwa lata temu przy projekcie „Opowiadania lotnicze” (nie doszedł do skutku) właściciel wydawnictwa stwierdził, że znalazłem się na etapie, kiedy potrzebuję nowego otwarcia. A ja pomyślałem nad tym i się z nim zgodziłem. Działalność wydawniczą zawsze stawiałem na drugim miejscu, obok pisania, a nie zamiast niego. Samopublikowanie daje wolność, ale ją też odbiera, zabierając czas i uwagę.  

Panie Sowa, potrzebuję pan nowego otwarcia

Jest jednak pewien problem. Komuś takiemu jak ja, a zatem autorowi kojarzonemu wyraźnie z samodzielnym wydawaniem, nie jest łatwo przejść na drugą stronę. Pamiętajcie, że samopublikowanie (często zwane niesłusznie self-publishingiem) jest w Polsce źle kojarzone. Po prostu źle. Więc wydawcy boją się podjąć ryzyko, nie wiedząc, jak zareaguje czytelnik. W tej sytuacji beletrystyczny debiut, w moim odczuciu, jest de facto jeszcze trudniejszy niż zwykły. Musiałem zaproponować coś naprawdę bardzo dobrego, aby przekonać wydawcę, że warto zaryzykować. To wymagało niezłego pomysłu, uporu i wielu godzin pracy. Dobrze, że się udało.

Napisałem naprawdę świetną powieść. Wiem, że brzmi to nieskromnie. Nie będę jednak udawał fałszywej skromności, kiedy jestem pewien wysokiej jakości swojego dzieła. Poświeciłem ostatniej powieści bardzo, bardzo dużo czasu i zaangażowania. Włożyłem wiele wysiłku w wymyślenie bohaterów, uknucie intrygi oraz zbudowanie fabuły. Niebagatelne znaczenie ma również fakt, że przez lata mój warsztat się znacznie poprawił. To zaowocowało masą bezcennych doświadczeń. Dzięki temu moja najnowsza książka będzie, według mnie, bezapelacyjnie najlepszą z wszystkich, jakie dokąd opublikowałem. No dobrze, powiecie, a gdzie jest puenta? Informuję, że akapit niżej. 

Ta najnowsza powieść nie będzie opublikowana, na razie 

Jeden z tradycyjnych wydawców przyjął propozycję wydania „Gwiazd Oriona”. Zdecydowałem się podpisać z nim umowę. Obecnie trwa proces wydawniczy. To oznacza, że na moją najnowszą powieść będzie trzeba jeszcze trochę poczekać. Mam nadzieję, że dzięki temu niebawem na półki w większości tradycyjnych księgarni trafi książka, jeszcze lepsza, niż gdybym wydał ją samodzielnie. Wprawdzie nie ja będę już decydował o wielu aspektach, na jakie do tej pory miałem wpływ (np. cena, okładka, dystrybucja itp.), ale zyskuję coś, czego działając sam, nie mogłem dotąd osiągnąć. Zwykle nad moimi powieściami pracowałem sam, teraz są ze mną profesjonaliści.

Zdaję sobie sprawę, że u niektórych podpisanie przeze mnie umowy wydawniczej z tradycyjnym wydawcą na opublikowanie mojej powieści może budzić zdziwienie. Doświadczenia, jakie zdobyłem przez lata publikowania, pozwalają mi przecież samodzielnie wydawać własne książki. Potrafię swoje e-booki oraz książki (z ograniczeniami) wprowadzać do szerokiej dystrybucji, a potem sprzedawać i osiągać z tego tytułu całkiem niezłe dochody. Tak, ale umowa (tak naprawdę kolejna) z tradycyjnym wydawcą, jest wyborem łatwiejszej oraz – według mnie – obecnie zdecydowanie lepszej dla mnie ścieżki wydawniczej. Self-publishing to tylko jedna z dróg, niestety bardziej wymagająca.

Wiem, że jestem postrzegany, jako autor od lat z publikujący swoją beletrystykę, niezależnie od wydawnictw i ceniący sobie swobodę twórczą. Dla wielu zaczynających przygodę z samopublikowaniem mogę być autorytetem, weteranem prawdziwego self-publishingu w Polsce, autorem będącym przez lata wiernym pisarstwu niezależnemu. Może się wydawać, że ktoś taki nie potrzebuję wydawcy. Nie ukrywam jednak, że do sprawy mam podejście czysto praktyczne. Self-publishing zawsze będzie dla mnie tylko jedną z dróg. Na pewno nie lepszą. Z wydawcą jest dużo prościej. Muszę się też przyznać, że jest jeszcze jeden argument, jaki zaważył na mojej decyzji.


Aleksander Sowa jest grafomanem, jego książki to gnioty

Moja twórczość, jak działalność każdego twórcy, była wielokrotnie poddawana mniej lub bardziej konstruktywnej krytyce. Krytyce nierzadko niewybrednej z powodu niewiązania się z wydawcą. Samopublikowanie, jako zjawisko w Polsce jest źle postrzegane. Wielokrotnie podkreślałem, że nie jest rozumiane, a self-publishing zbyt często jest wrzucany do jednego worka z grafomanią i dziełami słabymi. Jednocześnie, według mnie umowa wydawnicza nie daje legitymacji komukolwiek, by czuć się lepszym twórcą, autorem lub pisarzem, a tak często, niestety, bywa. Takie otwarte wyrażanie niepopularnych opinii nie przysporzyło mi przyjaciół w  branży.

Wielokrotnie publicznie nazwano mnie grafomanem, a moje książki gniotami. Robili to blogerzy, komentujący oraz autorzy, w tym szczególnie ci, wydający na tradycyjnej ścieżce. Zdecydował się na to nawet pewien wydawca literacki (a raczej autorka, którą wydał). Koronnym argumentem potwierdzającym moją grafomanię ich zdaniem był fakt, że żadne z moich dzieł beletrystycznych nie zostało przyjęte do druku w tradycyjnym wydawnictwie. A skoro tak, to oznacza moją grafomanię i tworzenie gniotów, zamiast prawdziwych książek. I zarzut ten powtarzał się u innych jak mantra. Przyjęcie do druku mojej kolejnej książki mogłoby im wszystkim zamknąć usta. A raczej odebrać argument, bo pewnie i tak nie zamilkną.

Kiedy samodzielnie z sukcesem realizowałem proces wydawniczy, dystrybucję i sprzedaż, tradycyjna ścieżka wydawnicza nie była dla mnie celem. A jednak przyznaję, że sama w sobie stała się nim, szczególnie w ogniu, czasem silnej krytyki. Szukałem wydawcy również z jej powodu. Nie był to oczywiście najważniejszy argument, ale mocno wpłynął na moją decyzję o związaniu się z tradycyjnym wydawcą. Wiem, że krytyka nie ustanie. Mam jednak nadzieję, że jeden z argumentów straci na znaczeniu. Nie mam żalu do krytykujących, raczej im dziękuję, bo dzięki nim, mój (a nie ich!) odbiorca zyska jeszcze lepszą, bardziej dopracowaną książkę. Więc ta czasem ordynarna krytyka, pośrednio, poprawiła moje książki.:-)

Odbiorca zyska dopracowaną i lepiej wydaną książkę   

Nie będę zajmował się składem, projektem okładki czy sprzedażą. Zaoszczędzoną energię przeznaczę na pisanie kolejnej książki, a „Gwiazdy Oriona” będziecie mogli kupić niebawem w prawie każdej księgarni stacjonarnej oraz oczywiście internetowej. Wkrótce przekaże Wam więcej informacji na temat tego, kto jest wydawcą, kiedy książka się pojawi w księgarniach itp. Zapisujcie się do mojego newslettera, zaglądajcie tu czasem. Zapraszam. Będę miał również trochę książek do rozdania blogerom, instagramowcom i fejsbukowiczom w celach recenzenckich. Zostańcie, bo warto. A ja wracam do pisania kolejnej książki (Czas Wagi), którą mam nadzieję oddać mojemu nowemu, tradycyjnemu wydawcy do połowy tego roku. 

26 grudnia 2018

Książka pod choinkę to nietrafiony prezent

Koniec grudnia to czas, kiedy wielu z nas obdarowuje bliskich prezentami. Dla jednych to duża przyjemność, inni decydują się na zakup prezentu pod przymusem, bo dawać (albo dostawać) prezentów nie znoszą. Tak czy inaczej, dla jednych i drugich, książka w prezencie, jest jednym z najczęstszych wyborów. 


Czasem pokłosiem kultywowania tego, raczej miłego zwyczaju, jest jednak niesmak.  Pojawia się on u obdarowanego albo obdarowującego. Wspólnym mianownikiem jest czas jego wystąpienia: występuje najwcześniej po odpakowaniu. Potem, kiedy przypomnimy sobie, że prezent kurzy się na półce.  No, ale tak na zwykłą logikę, zdrowy rozsądek, to przecież jasne. Mamy miliony tytułów, tysiące autorów. Trzeba naprawdę dobrze znać obdarowanego, by wybrać ten konkretny, dobry tytuł. A i tak nie mamy pewności, czy książka zostanie przeczytana (a najprawdopodobniej nie!), ale o tym zaraz.

Dotarłem do wyników pewnych badań. Zbadano gusta i guściki w 17 krajach świata, wśród których oprócz Polski była również Wielka Brytania, Francja, Portugalia, Hiszpania, Włochy, Grecja, Szwajcaria, Niemcy, Luksemburg, Belgia, Holandia, Dania, Finlandia, Ukraina, Rosja oraz RPA. Badanie dotyczyło opinii, a nie analizy faktycznych zachowań. Można zaryzykować karkołomne stwierdzenie, że dla Polski, to reprezentatywna – powiedzmy, światowa próba. I nie wdawajmy się w szczególiki, ponieważ…

Czterech na dziesięciu książkę daje i dostaje, ale...

Badania wskazują, że książka jest jednym z najczęściej kupowanych prezentów. Oględnie rzecz biorąc, jest to też zwyczaj międzynarodowy. U nas, aż 41% respondentów stwierdziło, że to książkę wybiera na prezent. Co jeszcze ciekawsze, prawie tyle samo zadeklarowało (42%), że książkę chce dostać! Książka, jako prezent na święta prawie wszędzie wygrywa. Tylko w Rosji częściej daje się perfumy i kosmetyki oraz w RPA i na Ukrainie (gdzie częściej się daje słodycze).


Nie ma w tym niczego dziwnego. Książka to prezent uniwersalny, praktyczny i gustowny. Można dać mężczyźnie, kobiecie, nastolatkowi i dziecku. Mówi się, że grudzień dla „branży” jest tym samym, czym dla rolników są żniwa. A, że właśnie mamy Święta, więc dla każdego, kto jest związany ze światem książki (jak ja na przykład!), takie newsy powinny być miodem na serce. Powinny, ale nie są. Niestety. Bo, według mnie, książka pod choinkę (i w ogóle w prezencie) to bardzo zły pomysł. 

Trochę dziwne stwierdzenie, jak na kogoś, kto pisze i wydaje, prawda?  Wiem, ale mam przed oczyma wyniki innych badań. One mówią, że w ostatnim roku (2017) jedynie 38% Polaków przeczytało, co najmniej jedną książkę. A to oznacza, że pozostałe 62% nie przeczyło ani jednej. Wyobraźmy sobie, że patrzymy na dziesiątkę różnych ludzi na przystanku. Wszyscy czekają na jakiś autobus albo tramwaj, ale co najmniej sześciu nie przeczytało ani jednej książki przez 365 dni. Ani jednej w roku. Myślicie, że byliby z książki zadowoleni, gdyby dostali taką w prezencie? Po co im ona? Do czego?

Większość Polaków nie czyta książek

Tak, powiecie: brak nam czasu, mało zarabiamy, a książki są zdecydowanie za drogie. Hm.. .Owszem. Możliwe. Pocieszam się, że może więc będzie (prze)czytana właśnie ta jedna w roku, jedyna, książka sprezentowana na święta? Więc może nie taki zły ten pomysł na prezent? Bardzo możliwe, bo 15% Polaków czyta w roku właśnie jedną-dwie książki, a tylko 5% więcej niż siedem. Tych, którzy czytają więcej niż dwie książki miesięcznie, jest zaledwie 2%. Dokładnie 2,2%. A reszta? Już pisałem. Czekają na autobus czy tramwaj, żyjąc w nieświadomości istnienia równoległych, literackich światów.

To tym smutniejsze, jak wypadamy na tle innych. A wypadamy słabo, baaardzo (co zresztą potwierdza się na wyborach). I nie mam tu na myśli mieszkańców Szwecji, Holandii czy Luksemburga, gdzie odpowiednio 90, 86 i 80% społeczeństwa czyta w roku, przynajmniej jedną książkę. Mówię o całej, cywilizowanej reszcie, bo w Europie mniej od nas czytają tylko Rumuni (30% czyta, co najmniej jedną książkę w roku). Przeciętny Czech czyta średnio ponad 17 książek rocznie (79% przynajmniej jedną w roku). Wśród Niemców 45% przyznaje, że sięga po książkę, co najmniej raz w tygodniu.

Ciągle słyszę biadolenie, jak to w Polsce mało się czyta. Podejmowane są interesujące kampanie społeczne, które najprawdopodobniej nic nie przynoszą, poza wydaniem czyichś (czytaj: podatników) pieniędzy. Politycy licytują się listami lektur, które w większości i tak młodego człowieka zniechęcają do czytania i odpychają od książek. A im, w starciu z Internetem czy na przykład grami komputerowymi, czy grami wideo i tak nie jest lekko. Prawda jest taka, że wśród nas, czytelnictwo nie jest zakorzenione.

W Polsce kultura czytania nie jest zakorzeniona

Nie ma się co dziwić. Historycznie rzec biorąc, z totalnym analfabetyzmem panującym w społeczeństwie uporaliśmy się, jako naród i państwo dopiero niedawno. Dziadkowie znacznej części Polaków nie czytali i nie pisali. Ledwie potrafili się podpisać. Znali pacierz, wiedzieli, gdzie jest kościół oraz plebania i że trzeba pracować. Tak było prawie wszędzie jeszcze pół wieku temu. Tak jest jeszcze gdzieniegdzie do dziś. No prawie. Powiedzcie sami, gdzie tu miejsce na kulturę czytania?


Dlatego w ogólnonarodowym wymiarze jest ona u nas dość płytko zakorzeniona. W ostatnich latach dokonała się do tego rewolucja medialna, której wynikiem jest spadek czytelnictwa. Gwałtowne rozszerzenie się oferty radiowej i telewizyjnej oraz upowszechnienie się Internetu wyparło książkę. Pomijam już fakt, że ten ostatni przejął również część funkcji książek, radia i telewizji. Jest on dziś podstawowym źródłem informacji, rozrywki, podręcznikiem, encyklopedią, sklepem i biblioteką.

Stało się tak, ponieważ kultura czytania nie była zakorzeniona. Nauczono nas czytać niedawno. W krajach gdzie prowadzi się politykę mądrzej i wcześniej rozwiązano problem analfabetyzmu, wciąż czyta się bardzo dużo (Skandynawia, Czesi). A tam, gdzie z analfabetyzmem nie potrafiono sobie poradzić nawet w końcu XX wieku, nadal się prawie nie czyta. U nas, niestety, nie kształtuje się nawyku czytania. Rodzice rzadko czytają dzieciom, książki-pamiątki (po rodzicach, dziadkach) należą do rzadkości. Jeśli już są, jest to „Biblia”, katechizm lub ewentualnie, modlitewnik.

W Europie tylko Rumunii mniej od nas czytają 

Uogólniając, Polska i Polacy na tle innych narodów Europy to naród… Brakuje mi odpowiedniego słowa. Nie chcę nikogo urazić, więc napiszę tylko… To naród nieczytający i żyjący bez książek. A książki powinno się czytać. Głownie po to, by rozumieć, jak się mało wie. Czytamy je, aby zrozumieć, kim jesteśmy. Kim możemy się stać. Dom bez nich jest, jak lato bez słońca. Naród bez książek jest głupi. I każdej władzy zależy, aby obywatele nie czytali. Książki palił Watykan, palili faszyści. Socjalizm z jednej strony zlikwidował analfabetyzm, ale  lepiej było nie czytać Orwella albo Hrabala. 

A skoro już jesteśmy przy naszej południowej granicy, to nie mówimy, że tak jest w państwach pokomunistycznych. W Czechach tylko w 2% gospodarstw domowych nie ma domowej biblioteczki. U nas ten wskaźnik w 2016 roku wyniósł aż 41%. Ponad 16% mieszkańców kraju, w którym żyję, przyznaje, że przez rok >> NIC << nie przeczytało, co ma więcej niż 3 strony! Książki, gazety, artykułu, newsa, czegokolwiek. Nic, kompletnie. Jak to możliwe? Nie wiem, ale na tym tle powiedzenie popularne w USA „głupi jak Polak mniej drażni. Nie uważacie, że coś złego się dzieje?

Ktoś powie, że to statystyka. Hejterzy napiszą, że nie jestem prawdziwym Polakiem, ulegam propagandzie prawicy/lewicy* (*niepotrzebne skreślić) i jestem antyklerykałem. Jasne! Statystyką można manipulować, a nam mądrym się trzymać z daleka. Dlatego, kiedy zaczynałem pisać ten wpis, zebrałem mnóstwo wskaźników, a potem z nich świadomie zrezygnowałem. Jeśli ktoś z Was będzie chciał dotrzeć do konkretnych liczb, wystarczy poszperać w Internecie i zaraz je znajdzie. Tylko po co? Żeby sprawdzić, czy mam rację?

Zastanowimy się gdzie tkwi błąd? Dom, szkoła, kultura?

Wróćmy do sprawy prezentów. Z roku na rok, według badań więcej konsumentów książkę kupuje i ją dostaje. Wciąż około 40% chce książkę dostać i książkę daje, ale jednocześnie coraz mniej książek się czyta. Uważa się, że ten trend w Polsce został zahamowany. To znaczy, że ci, co nie czytali, nadal nie czytają, ale czytających nie ubywa. Na szczęście. Jednak zupełnie inaczej jest w kwestii książki elektronicznej. I bardzo proszę, nie opowiadajcie mi o zapachu papieru…

Książka elektroniczna to podobno nie książka

Pamiętam jak czytałem, że e-booki to narzędzie grafomanów. Jeszcze w 2014 roku zaledwie 3-4% wszystkich czytających książki w Polsce sięgało po edycje elektroniczne, a jednak dwa lata później (2016) do tego samego przyznało się już 6-7% badanych. Złośliwi powiedzą, że to wciąż odsetek w granicach błędu statystycznego, ale jednocześnie zauważam coś, co mnie pociesza. Otóż wśród tych, którzy naprawdę dużo u nas czytają, wyraźnie zarysowuje się pewna tendencja: przyznający się do czytania e-booków czytają więcej, od czytających książki papierowe. Bo czytają, a nie wąchają.


Typowy czytelnik e-książek w Polsce czyta ich ok. 30 w roku. W większości (56%) są to mężczyźni w wieku 25-45 lat, co stoi w opozycji z trendem wśród książek papierowych, gdzie zdecydowanie więcej czytają kobiety. Najpopularniejszym czytnikiem e-booków w Polsce jest produkt Amazonu (66%), drugą pozycję zajmuje PocketBook (11%) na kolejnych plasują się: inkBook (7%) i Kobo (4%). Aż 39% badanych otrzymało czytnik w prezencie. To, według mnie bardzo ciekawe, bo e-booki mają u nas przecież tylko „pod górkę”. Zacznę od tego serwisu, gdzie jest wszystko (prawie)legalne. 

Większość czytelników na myśl o zakupie e-booka, uśmiecha się z politowaniem i szuka go za darmo w necie. Wydawcy traktują je więc jak zło konieczne. Rządzący ich nie rozumieją lub tego nie chcą ze swoją stawką VAT jak za usługę. Nielegalne kopiowanie nie tylko e-bookom nie pomaga, ale  hamuje ich rozwój. Tak, książka papierowa, szczególnie wydana współcześnie, to z pewnością piękny przedmiot (chociaż dawne wydania mają również swój niezaprzeczalny urok). To sprawia, że świetnie nadaje się na prezent. Pachnąca, kolorowa o idealnych proporcjach i atrakcyjnej fakturze. Nie to, co e-book. Tylko, że e-book służy do czytania, a książka papierowa ostatnio coraz rzadziej. 

Książka pod choinkę to dla czytających nietrafiony prezent

Do tego jest praktyczna, trwała i dość droga – co podnosi jej prestiż. Nie wymaga energii elektrycznej do działania i trudno ją zepsuć. Nie potrzeba żadnych umiejętności (poza czytaniem), aby móc ją obsługiwać. Bardzo łatwo ją zapakować w ozdobny papier. Można nadać jej indywidualny charakter prostym zabiegiem: wystarczy kilka ciepłych, ważnych zdań gdzieś na początku z datą i słowami: kochający, najdroższej, ukochanemu i już! A e-book? Bezduszny, brzydki i tylko do czytania. No właśnie. Pamiętajmy, że książka jest nie tylko namacalnym przedmiotem, ale to nośnik pewnej idei.


Książka przekazuje myśli, opowieści, historie. Jest wspaniałym towarzyszem. Potrafi niczym alkohol uderzyć do głowy i ma w sobie wielką moc. W tym ujęciu e-book to także książka. Jeśli chcecie obdarować kogoś książką, zróbcie to, ale tylko, jeśli obdarowany będzie chciał takiego prezentu. Bo, jeśli książka ma trafić na półkę, po to, by stać tam bezczynnie i się kurzyć, nie róbcie tego. Nie wybijajcie umierającego gatunku, który – zresztą – tak, pewnie niebawem wyginie. I pamiętajcie, książka może być papierowa i elektroniczna. Jest przeznaczona do czytania. Przede wszystkim. 

Nie kupujcie książek, jako prezent pod choinkę! To fatalny pomysł! Przecież czytanie dostarcza wiedzy, rozrywki, rozwija intelektualnie. Może zmieniać światopogląd. Taki prezent na dodatek, dla kogoś, kto nie czyta, obrzydliwie wygląda. No, chyba że kupujecie ją komuś, kto woli wąchać i się nią chwalić, niż ją czytać. To, co innego. Nie kupujcie jej też tym, którzy zamiast patrzeć i wycierać kurz z grzbietów na półkach, wolą czytać. Im możecie z czystym sumieniem kupić bezduszny czytnik. Będą szczęśliwi, bo oni zamiast opowiadać, chwalić się, wąchać i pokazywać książki je... czytają.
--
fot. www.sxc.hu, archiwum autora 

17 grudnia 2018

Czy to koniec książki po polsku w Amazon?

W poradniku dla samopublikujących autorów pt. „Biblia SELF-PUBLISHINGu” napisałem, że CreateSpace to niemal idealna platforma dla publikującego papierowe książki autora. Dziś, niestety, mogę napisać, że to nieprawda. Zdanie jest już nieaktualne, bo nadszedł koniec CreateSpace. Serwis zakończył działalność, ale...



Zaczęło się w roku 2000. Powstała platforma dla samodzielnie publikujących autorów o nazwie BookSurge. Dzięki niej, samodzielnie wydający autorzy mogli przygotowywać do druku oraz wprowadzać do sprzedaży online książki, drukowane w technologii print on demand. Dwa lata potem powstał CustomFlix umożliwiający niezależnie tworzącym produkcje filmowe publikowanie i sprzedaż filmów na płytach DVD w podobnym modelu jak książki drukowane na życzenie. 

W 2005 r. obie firmy nabył Amazon. Dwa lata poźniej CustomFlix zmienił nazwę na CreateSpace, a w październiku 2009 r. BookSurge włączono do CreateSpace. Od tego czasu serwis oferował świadczone wcześniej przez prekursorów usługi pod jedną nazwą na całym świecie. Oprócz książek umożliwiał publikowanie filmów oraz muzyki. Dla autorów wydających swoje książki jest ważniejsze, że serwis umożliwiał ich proste i tanie wydawanie.  Tak było między innymi ze mną. Było naprawdę nieźle.

Przyszedł czas na podsumowanie

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz się tam zalogowałem i włączyłem swoje publikacji do oferty. Przypuszczam, że około 2014 roku. Może trochę wcześniej albo nieco później. Od tego czasu, dzięki CreateSpace sprzedałem niemal 900 egzemplarzy moich, drukowanych na życzenie książek. Najwięcej sprzedało się powieści „Koma”, bo ponad 220 egzemplarzy, co daje jakieś 450 USD zarobku. Jest to kwota, jaką wykłada się za dobrą redakcję oraz pojedynczą korektę powieści o długości ok. 10-12 arkuszy. Nic wielkiego, ale też niemało. Akurat na koszty wydania.

Co dobre jednak szybko się kończy. Od jakiegoś czasu zdawałem sobie sprawę, że koniec serwisu jest bliski. Przeczuwałem, że nadejdą zmiany i pisałem nawet o tym w „Biblii #SELF-PUBLISHINGu”. Miałem jednak nadzieję, że koniec nie najdzie aż tak szybko. Liczyłem, że w pierwszym kwartale przyszłego roku uda mi się „dobić” do okrągłego tysiąca sprzedaży. Niestety, wiadomo już, że to się już nie może udać. Os tanią książką, jaką opublikowałem dzięki CreateSpace, jest „O człowieku, który patrzył w niebo”. Umieściłem ją w serwisie pod koniec lutego 2018 r. 
Co zapowiadało koniec?

Jeszcze jesienią ubiegłego roku (2017) przestała działać księgarnia CreateSpace. To było, co najmniej zastanawiające. Pod koniec kwietnia 2018 roku nie można było już publikować nowych książek. Zaraz potem wyłączono dodatkowe usługi (z żadnej nie skorzystałem) tj. np. płatna redakcja, skład czy profesjonalny projekt okładki. W lipcu 2018 r. zwolniano 58 pracowników w biurze North Charleston w Południowej Karolinie oraz ogłoszono, że w niebawem świadczone usługi zostaną przekazane innemu serwisowi. Pod koniec sierpnia 2018 r. w anglojęzycznym Internecie zawrzało. U nas cisza. 

Nietrudno było się domyślić, że będzie to KDP Amazon, w którym zresztą od jakiegoś czasu pojawiła się możliwość testowania takiej samej usługi. W sierpniu 2018 roku to oficjalnie potwierdzono. Pojawiły się komunikaty zachęcające do przeniesienia oferty do KDP Amazon. Kilka dni temu zapowiedzi stały się faktem. Nie tylko nie można już publikować w CreateSpace, ale nie ma nawet możliwości zalogowania się w serwisie i wglądu w statystyki. Tym samym CreateSpace i Kindle Direct Publishing (KDP) stały się jedną, nową usługą: KDP Print. Czy KDP Print jest lepszy niż CreateSpace? To się prawdopodobnie dopiero okaże. Już jednak można coś przeczuwać. 

Co się zmieniło po końcu CreateSpace?

CreateSpace od dawna istniał przede wszystkim, jako satelita Amazonu. Prawie 90% sprzedanych przeze mnie książek z CreateSpace sprzedano w księgarni Amazon. Tak zwana „szeroka dystrybucja” (Expanded Distribution) stanowiła u mnie zaledwie ok. 10-15% wszystkich zamówień. To, co teraz KDP Amazon oferuje zamiast CreateSpace, łudząco przypomina wcześniej stosowane rozwiązania, chociaż w kilku przypadkach zauważyłem bardzo istotne dla nas, autorów z Polski, różnice. Dodam jednak, niestety.

Po pierwsze język. O ile w CreateSpace można było publikować po polsku, to KDP Amazon naszego języka oficjalnie nie wspiera. Wprawdzie w CreateSpace nie można było stosować „ogonków” w opisach na stronie i tytułach, to jednak bez trudu można było opublikować książkę w języku polskim z wszystkimi naszymi znakami. Obawiam się, że ta zmiana może oznaczać zniknięcie z oferty Kindle Store moich papierowych książek. Byłoby trochę szkoda, zważywszy, że mniej więcej 25-35 czytelników miesięcznie decydowało się na ich zakup. Sporo. 

Druga sprawa to rozliczenia. CreateSpace rozliczała się z autorami z wykorzystaniem czeków, co jak przypuszczam, zniechęcało wielu mieszkających nie tylko w Polsce, ale również w Europie autorów. To, teoretycznie, zmiana na lepsze. Tylko, co nam po takiej zmianie, skoro wciąż Amazon nie zauważa języka, którym posługuje się ponad 40 milionów ludzi? Niektórzy pewnie pamiętają, jak Amazon wielokrotnie blokował e-booki w Kindle Store po polsku. Mam nadzieję, że może jednak moje książki po polsku nie będą blokowane. 

Nie wspieramy języka polskiego i już!

Nadzieje, mogą jednak zostać tylko nadziejami. Wprawdzie USA to oficjalnie dla nas największy sojusznik i niebawem będziemy mieć bazy US Army w naszym kraju, to jednak żeby do USA pojechać, musimy mieć wizę, a Amazon wspiera czasem bardzo egzotyczne języki, ale nie nasz, ojczysty.  I nie o samą politykę tu chodzi, bo Amazon „sugerował” przeniesienie swoich książek z CreateSpace do KDP już od kilku miesięcy. Chodzi o to, że jesteśmy przez Jeffa Bezosa systematycznie olewani. Dla Amazonu się, po prostu w ogóle, nie liczymy. Więc zwlekałem, zwlekałem…

Dalej się już nie dało. Wybór był prosty: koniec moich książek z CreateSpace albo przeniesienie do KDP Amazon. Teoretycznie katalog tytułów miał zostać przeniesiony jednym kliknięciem. W wypadku kilku moich utworów opublikowanych po angielsku (lub po niemiecku) tak się rzeczywiście stało, ale dla wszystkich polskojęzycznych dzieł pojawił się komunikat „on hold”. Możliwe, że się mylę, ale prawdopodobnie już – niestety – tak pozostanie. To raczej oznacza koniec sprzedaży moich książek papierowych w Amazon. Sądzę, że to kwestia czasu. Pytanie tylko kiedy to nastąpi?

Oczywiście nie tylko moich książek, ale wszystkich innych po polsku i w językach innych niż 35 oficjalnie wspieranych przez amerykańskiego giganta. Pozostałe różnice między Kindle Direct Publishing (KDP) a CreateSpace są raczej kosmetyczne. Zaliczam do nich np. siedem słów kluczowych w opisie dzieła zamiast pięciu lub wydłużony z 30 do 60 dni okres rozliczania płatności wraz ze zmianą systemu z czekowego na rozliczenie przelewem. Okładki będą teraz tylko matowe a dystrybucja rozszerzona m.in. do Kanady, Meksyku i Australii. I można się będzie reklamować. 

Migracja z CreateSpace do KDP Print to koszmar

Wraz z akcją przeniesienia pojawiły się też, raczej nieuniknione komentarze o problemach. Najwięcej skarg dotyczy supportu Amazon. Nic dziwnego, mają ponad 2 miliony tytułów do przeniesienia; coś musi pójść nie tak. A moje doświadczenie z obsługą klienta KDP wskazuje, że nigdy nie jest różowo – szczególnie jeśli publikuje się nie po angielsku. Wielu autorów pisze wprost – migracja to koszmar. Fora pękają w szwach ze skargami i żalami autorów. Można dodawać książki ręczne i przekonać się np., że nowy Cover Creator to już nie to samo. 

W tej chwili nie umiem odpowiedzieć na pytanie, co będzie dalej. Na razie moje książki papierowe teoretycznie wciąż można kupić w księgarniach Kindle Store, niemniej od kilku dni nie sprzedała się ani jedna, chociaż dotychczas, co 1-2 dni notowałem jakieś opłacone zamówienia. Nasuwa się też uwaga, że taki ruch w połowie grudnia, (kiedy sprzedaż papierowych książek jest największa w całym roku) jest, co najmniej, nieprzemyślany. No, cóż. Amazon to światowy gigant. Robi to, co chce. Dawno już do tego się przyzwyczailiśmy. Kto bogatemu zabroni?

Pożyjemy, zobaczymy

Ludzie z Amazon twierdzą, że istnieje ponad tysiąc niezależnych autorów, którzy zarabiają w roku ponad 100 tysięcy USD dzięki sprzedaży swoich książek przez Amazon. Bardzo nie chciałbym, by pozostała ogromna rzesza zarabiających mniej niż 100 tysięcy USD rocznie miała przestać się liczyć. Według mnie, to mało prawdopodobne. Amazon przecież przyjął strategię długiego ogona. Niemniej wielokrotnie gigant z siedzibą w Seattle pokazał nam, że w jego działaniu często brakuje logiki, z naszego punktu widzenia. 

Jeśli rzeczywiście nasz język nie będzie wspierany przez KDP Print, to będzie oznaczało koniec sprzedaży w Kindle Store drukowanych książek miękkiej okładce, wydawanych samodzielnie przez autorów w naszym języku. Wprawdzie ich katalog nie był zbyt liczny, ale i tak byłoby go szkoda, szczególnie dla wielu mieszkających poza granicami naszego kraju rodaków. Chyba że jest jakiś inny sposób na to, aby jednak w KDP Print można było publikować po polsku. Nic mi na ten temat, w tej chwili, nie wiadomo.

Jak na razie moje książki papierowe wydane w CreateSpace są wciąż (jeszcze) dostępne w Kindle Store. Jak długo, to się okaże. Pożyjemy, zobaczymy. Zapowiada się, że w Amazon nadszedł koniec książki po polsku, drukowanej na życzenie. Obym się tym razem mylił.

"Wenus umiera". Nowy kryminał na faktach

Nie od dziś wiadomo, że życie pisze najciekawsze scenariusze. Nic dziwnego, że i nspiracja bywa też niezłym narzędziem reklamy.  Serce zwykl...