1 listopada 2022

Jak powstawała moja książka. Wielki Pies - kryminał inspirowany faktami. Kulisy pisania.

 

Kilka tygodni temu pojawiła się moja nowa powieść z serii astronomicznej pt. „Wielki Pies”. Jak wszystkie moje kryminały i ta jest oczywiście inspirowana faktami. A zatem zabójstwem, które, niestety się wydarzyło naprawdę. Jak było tym razem? Uwaga – otwieram drzwi do mojej tajnej pracowni i odsłaniam kulisy tego, jak rodził się „Wielki Pies”. I zdradzam od razu, że w bólach.

Wielki Pies” jest czwartym tomem serii astronomicznej wydanym przez Wydawnictwo LIRA i ogólnie szóstym tomem z tym samym bohaterem. Jak dotąd. Cyklu nie planowałem, ale jak często w życiu bywa, my planujemy, a los te plany krzyżuje. Tak też się stało. Po wydaniu trzeciej książki z Emilem Stomporem uznałem, że stworzę serię i doprowadzę do końca. Koniec w tym wypadku oznacza tomów siedem. Przynajmniej takie założenia postawiłem. Innymi słowy, takie mam plany, a z nimi – wiadomo. Każda z części oparta jest o fakty, każda powstawała w innych okolicznościach. Jak było teraz?


Potrzebowałem nowego miejsca akcji

Najpierw był pomysł na problemy w życiu osobistym i zawodowym Emila. Wiadomo, bohater musi je mieć. Potrzebowałem odpowiedniego tła i przeniesienia akcji poza Warszawę. Był już pachnący dymem Śląsk i Zagłębie, warszawska Praga, Emil zawędrował nawet w Sudety. Było też Opole. Potrzebowałem czegoś, czego nie było. Rozważałem poważnie zagraniczną delegację Emila (np. do USA), ale nie lubię pisać o czymś, o czym nie mam pojęcia. Moja podróż za ocean też była mało prawdopodobna. Z tego samego powodu odrzuciłem napisane  wcześniej 70 (!) rozdziałów o przestępczości zorganizowanej.  

Zacząłem z innej strony. Od inspiracji, czyli zbrodni. Musiała być makabryczna, brutalna, głośna i wstrząsająca. I tutaj pojawił się Kraków oraz sprawa o kryptonimie „Skóra”, czyli zabójstwo Katarzyny Zowady. Media pisały o niej, porównując działanie sprawcy do mordercy z książki i filmu na jej podstawie pt. „Milczenie owiec”. Sprawa była też, przynajmniej na etapie pisania książki nierozwiązana, a zatem spełniała wszystkie wymagania. I tak za sprawą krakowskiego „Buffalo Billa” w mojej głowie zaczął wylęgać się pomysł na nowy kryminał z serii astronomicznej.

Miałem też tytuł

Kolejnym krokiem było zebranie materiału. Byłem w Krakowie, oglądałem niektóre miejsca, często sięgałem do Street View, zdjęć, map, artykułów prasowych i filmów. To trochę taka „robota operacyjna”. Sporo tego, niektóre rzeczy sprawdzałem na bieżąco, już przy pisaniu. Założyłem, że książka nie jest dla mnie, więc tworzyłem ją przede wszystkim z myślą o rozrywce dla czytającego, ale kawałek siebie oczywiście w tym wszystkim też zostawiłem. Realizm oczywiście też ma swoje, wynikające z różnych przyczyn granice. Muszę uważać. Zawsze coś, komuś się może nie spodobać.

Nie o wszystkim mogę napisać. A w każdym razie nie publikuję wszystkiego, co napiszę. Na etapie poprawiania usuwam fragmenty, które mogą być niebezpieczne. Z różnych przyczyn. Można je mnożyć. I przyznaję, że tak, czekam na moment, kiedy pewnego dnia będę mógł pisać bez jakichkolwiek ram, bez ograniczeń i skrępowania! Wiem, że taki moment może nie nadejść, bo zawsze pojawiają się jakieś, takie lub inne ograniczenia, ale myśl o całkowitej wolności twórczej brzmi słodko. 

Czas, kiedy powstawał „Wielki Pies”, na pewno nie był dla mnie słodki, o czym zaraz. To kolejna część serii, a według mnie każda kolejna część serii jest trudniejsza. Zawsze będzie porównywana, a porównanie nigdy nie będzie sprawiedliwe i obiektywne. Seria rządzi się też swoimi prawami. I o ile inspiracja przyszła dość szybko to cała reszta wpisała się w bardzo trudny dla mnie czas. Na zawsze będę kojarzył ten okres z lasem, zapachem dymu, niepewnością i dziećmi za płotem z kolczastego drutu. A dzieci uruchamiają wyobraźnię, ich widok zapada w pamięć i wyzwala pewne emocje i stany. 

Sprawa oskórowanej studentki to niejedyna inspiracja

Oczywiście bystry czytelnik zorientuje się, że to nie jedyna inspiracja, ale więcej pisał o tym nie będę, bo nikt nie lubi spoilerów. Wystarczy, że historia Krakowa w latach osiemdziesiątych XX wieku była wystarczająco ciekawa, by wpleść ją w fabułę kryminału. Oczywiście powieść kryminalna nie ma dostarczać informacji, ale rozrywkę i na tym się skupiam. Jednak kryminał według Aleksandra Sowy to zagadka kryminalna + maksymalnie posunięty realizm + inspiracja prawdziwymi wydarzeniami. Jakaś prawda tam jest. Imiona, daty, nazwiska, zmieniłem. Fakty zostały. Czy to recepta na dobry kryminał?

Nie wiem, mam nadzieję, że tak. Na pewno „Wielki Pies” był jednym z tych dzieł, które sprawiły mi sporo trudności. Nigdy nie jest łatwo, ale tym razem było naprawdę ciężko. Książkę zacząłem pisać mniej więcej od czerwca 2021 r. Kilka tygodni wcześniej już zbierałem informacje i materiał. W książce znalazły się fragmenty, jakie stworzyłem w roku 2020 przy „Czas Wagi” oraz z jeszcze jednej części serii, która pewnie nie zostanie nigdy wydana (nieszczęsny temat przestępczości zorganizowanej, który  mnie przerósł). Gotowy tekst nowego kryminału planowałem oddać do końca ubiegłego roku… ale…

Zobaczyłem, jak powietrze zastyga w oczekiwaniu na to, co niebawem nadeszło

Niestety, wbrew sobie, bezsilny na cokolwiek, na kilka tygodni przed uzgodnionym z wydawcą terminem oddania maszynopisu wylądowałem na samym dnie faktu dokonanego. Stało się to niespodziewanie. Utknąłem w niepewności bardzo daleko od domu. I zamiast pisać, patrzyłem na płot z drutu w ponurym oczekiwaniu na to, co nadeszło kilka tygodni później.  Patrzyłem na coś, czego już nie zapomnę. Do tego, jak na złość rozłożyło mnie lumbago. Bolały mnie plecy i serce. Może kiedyś o tym napiszę, ale w tej chwili napisać na ten temat nic więcej nie mogę. Niech zostanie, że pisać nie mogłem.


Tekst skończyłem przed Bożym Narodzeniem. A jak wiadomo, manuskrypt trzeba jeszcze poprawić.
Od dawna powtarzam, że najważniejszym etapem tworzenia książki jest jej poprawianie, przy czym jednocześnie jest ono w pisaniu najtrudniejsze. Im więcej autor wykreśli z tekstu, tym czytelnik dostanie lepszą książkę. Okazało się, Wielki Pies” materializując się w gotową do poprawiania postać, ma ponad 1,1 milion znaków ze spacjami! To oznaczało, że większość z nich będzie musiała zniknąć. Nie pozostało nic, jak tylko kreślić. Usiałem więc z flamastrami i zacząłem skreślać i poprawiać

Nadszedł styczeń, egzaminy a książka wciąż pozostała nieskończona

Założenia operacyjne zakładały objętość nowej książki do 500 tysięcy znaków (ze spacjami), aby „Wielki Pies”, nie odstawał od reszty pozostałych części cyklu. Kilkukrotne skracanie wciąż jednak nie wystarczało. Zaczęło się przekleństwo poprawek. Konieczne okazało się usunięcie dwóch całych wątków, łącznie z bohaterami. Nie ma ich „Wielki Pies”, pojawią się w ostatniej części serii z Emilem Stomporem. Dieta częściowo poskutkowała, ale... muszę też przyznać się, że w ubiegłym roku wstąpiłem ponownie w zaszczytny stan studencki (tak!). To w konsekwencji, oczywiście, pozbawiło mnie niemal zupełnie zapasu wolnego czasu na. Styczeń przecież oznacza zaliczenia i egzaminy.

Książkę przekazałem wydawcy dopiero w trzeciej dekadzie stycznia tego roku. Skończyłem, nie mieszcząc się w założonej objętości i czasie. Manuskrypt liczył dokładnie 558 tysięcy znaków ze spacjami. Z początkowych 166 tysięcy wyrazów zostało 82 tysiące, czyli zniknęła jakaś… ponad połowa. Teraz minęło kilka pierwszych tygodni od premiery, pojawiają się pierwsze, dość zaskakujące recenzje. Zdradzę, że na kolejną nową książkę, tym razem ostatnią już część serii z Emilem Stomporem przyjdzie czytelnikom najprawdopodobniej poczekać. Jest gotowa dopiero w 3/4 na studia trwają. 

Teraz przyszedł czas na intensywną promocję

Mam sporo pracy, kolejna sesja zbliża się wielkimi krokami. Muszę skupić się na czymś, co ostatnio zaniedbałem, czyli marketingu. Częstotliwość publikowania nowych postów tutaj świadczy o tym najlepiej. Postanowiłem zaznaczyć obecność na TikToku, dużo aktywniej działam też na YouTube. Skupiłem się na promowaniu tego, co robię, ponieważ to jest konieczne. Potrzebuję od pisania odrobinę odpocząć. Niewykluczone, że dwie wcześniej wydane samodzielnie części serii z Emilem Stomporem ukażą się ponownie w poprawionych, nieco zmienionych wydaniach i na pewno nowych okładkach. 

Zapraszam do subskrybowania moich kanałów, dodawania ich do obserwowania, komentowania, wstawiania łapek i wyrażania opinii. Dzięki temu nie zniknę w gąszczu wielu wspaniałych twórców, którzy publikują świetne dzieła. Niemal codziennie. Konkurencja w świecie polskich autorów kryminałów jest duża, a miejsca na scenie niewiele. Kilka nazwisk zajmuje większość miejsca, dlatego wciąż walczę o mój kawałek podłogi. „Wielki Pies” czeka, czytajcie, ja w tym czasie będę szlifował koniec mojej kryminalnej serii z Emilem Stomporem. I planował nowy cykl... o którym niebawem. 

21 czerwca 2022

Co dalej, komisarzu Stompor?

Sporo ponad dekadę temu na świat przyszedł komisarz Emil Stompor. Czytelnicy do dziś mieli okazję spotkać się nim już pięciokrotnie*. Teraz coraz częściej słyszę pewne, dość trudne pytanie. Mianowice: co dalej z serią i bohaterem serii astronomicznej. A zatem co dalej komisarzu Stompor?  

Literatura popularna i listy bestsellerów rządzą się pewnymi prawami. I tak jak w przemyśle filmowym da się zauważyć popularność seriali, to nikt nie zaprzeczy, że w kategorii powieści kryminalnej prym na listach bestsellerów wiodą serie z odpowiednio skonstruowanym bohaterem. Ba! Dziś trudniej znaleźć szanującego się pisarza „kryminalistę”, który nie miałby w dorobku przynajmniej jednego, czystej krwi seryjnego bohatera. Czy wobec tego, Aleksander Sowa miałby być gorszy? 

Podobno 1/3 czytelników uwielbia serie

Marek Krajewski ma Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego. Pani Bonda cykl z Hubertem Meyerem oraz Saszą Załuską. Zygmunt Miłoszewski zdobył serca czytelników Zofią Lorentz i trylogią z prokuratorem Teodorem Szackim. Oczywiście wszystkich w tym gronie przebija Remigiusz Mróz z czternastotomowym piętnastotomowym (!) cyklem z Chyłką, a także serią o Forście… Zaorskim… Wernerze… i Gerardzie Edlingu. Mógłbym robić tu reklamę konkurencji, cykli jest naprawdę sporo.


Pisanie książek tylko czasem jest hobby, zwykle to praca, a wydawanie to biznes. Opłaca się mniej albo bardziej, ale w gruncie rzeczy chodzi o sprzedaż. Autor, pisząc serię, zatrzymuje czytelnika na dłużej, odbiorca zgłębia historię bohatera (lub bohaterów) intensywniej, a wydawca i księgarz cieszy się, bo pakiety na półkach prezentują się świetnie. Komplety zawsze sprzedawały się jak świeże bułeczki. Tym bardziej że książka wciąż to doskonały prezent. I dobrze. Dlatego czytelnicy oraz wydawcy kochają cykle z tym samym bohaterem. Niektórzy autorzy trochę mniej, ale o tym później.  Ja nie narzekam. 

Odpowiedni bohater jest najefektywniejszą lokomotywą fabuły. Nie zapomnę Clarice Starling, Willa Grahama oraz doktora Hannibala Lectera z powieści Thomasa Harrisa. Pamiętam Salander i Blomkvista. Przyznaję, choć z pewnym zdziwieniem, że pamiętałem też kapitana Żbika. No, ale rzeczywistość była inna. Sporo lat minęło, jestem ponad czterdziestoletniemu mężczyzną, a jednak Tomasz NN, bardziej znany, jako Pan Samochodzik też jakoś nie znikł. No cóż, jak powiedziałem… wszyscy kochamy cykle i serie... niezależnie od czasów. Era Netfliksa i HBO GO to potwierdza. 

Serie kradną serca czytelników

Stworzenie fascynującego bohatera nie jest łatwe. Rzecz komplikuje się dodatkowo, jeśli kreujemy go wielotomowo. Idealny bohater przecież powinien się zmienić. I chociażby to trudno pogodzić z serią. A do tego dobrze byłoby, gdyby nie trzeba było ją czytać chronologicznie. Problemów zresztą jest więcej. Wiek, doświadczenia, przeszłość – o tym wszystkim trzeba pamiętać, aby postać była spójna i wiarygodna. Temat ten wykracza poza granice wpisu, to problemy sticte pisarskie, zajmijmy się moim bohaterem, nieco krnąbrnym komisarzem (przy czym nie w każdym tomie) Emilem Stomporem.   

Emil Stompor „urodził się” pod koniec roku 2010.w mojej pierwszej powieści kryminalnej.  Powołałem go do życia kilka miesięcy wcześniej, w powieści pt. „Era Wodnika”. Zalążkiem opowieści był pomysł na mordercę. Do złoczyńcy potrzebowałem oponenta. Pisarz powiedziałby — antagonisty, ja byłem tylko autorem piszącym swój pierwszy kryminał. 

Nazwisko wymyśliłem, cechy również, imię zaczerpnąłem od kolegi z ówczesnej pracy. Emila wymyśliłem na potrzeby jednej powieści. Nie wiedziałem, że będzie pierwszą z serii. Nie wiedziałem, że będzie seria. Cóż, to  życie pisze nam scenariusze. 

Seria… nie miała być serią!

Wydając „Erę Wodnika”, zupełnie nie planowałem. Po prostu napisałem kryminał. A kiedy okazało się, że dopisanie kontynuacji może być niezłym pomysłem Stompor powrócił na powieściowych kartach w kryminale pt. „Punkt Barana”. Był rok 2017. W mojej głowie zaczął kiełkować pomysł, by napisać trzecią część. Jesienią 2018 roku skończyłem pracę. Wybrałem tytuł „Gwiazdy Oriona”, znalazłem wydawcę, bo miałem dość self-publishingu. I w 2019 roku miałem już trzy powieści z tym samym bohaterem. A to oznaczało już pełnowymiarowy, trzytomowy cykl powieści kryminalnych z detektywem Emilem Stomporem. 

Jako że wszystkie tytuły („Era Wodnika”, „Punkt Barana”, „Gwiazdy Oriona”) nawiązywały do astronomii, zdecydowałem, że będę je promował jako „serię astronomiczną”. Uznałem, że to oryginalny pomysł, który może trafić w serca odbiorców. Rok później, w 2020 roku wydałem „Czas Wagi” i czteroczęściowy cykl zaczął być rozpoznawalny wśród czytelników, jako seria z Emilem Stomporem. W roku 2021 pojawiła się piąta część, pt. „Wenus umiera”.  A niebawem [edit: 7 września 2022 r.] pojawi się wydawcy tom szósty, lub czwarty — licząc te, wydane wraz z Wydawnictwem LIRA.  

Czy szósty tom będzie ostatnim?

Pierwsza część rodziła się w bólach. Wolałbym o tym zapomnieć. Została wydana w internetowym wydawnictwie (nie vanity!), po fatalnej redakcji i wyłącznie jako e-book. W celach promocyjnych pojawiło się 100-150 (nie pamiętam) drukowanych egzemplarzy, ale niczego one zmienić nie mogły. I nie zmieniły. Książka nic nie osiągnęła, poza kilkoma krytycznymi  recenzjami, a te kilkadziesiąt egzemplarzy dziś jest świadectwem, jak nie pisać. A raczej, jak nie wydawać. Przepraszam za nie i przyznaję, że sporo mnie to nauczyło. I dobrze. Dziękuję, jest za co. Należy wyciągać wnioski z błędów.

Postanowiłem zadziałać samodzielnie. Poprawiłem tekst, zaprojektowałem okładkę. „Era Wodnika” przeszła redakcję. W tamtym czasie bardzo intensywnie zaczynałem działać jako autor niezależny. Książkę wydałem  raz jeszcze, już bez wydawcy. I w nowym wydaniu odebrano ją o wiele lepiej, co skłoniło mnie po kilku latach do napisania wspomnianej kontynuacji pt. „Punkt Barana”. Ukazałaby się ona kilkanaście miesięcy szybciej, lecz temat się ślimaczył. Zresztą byłem o mały włos od umowy z dużym wydawcą. Ostatecznie dobrze się stało. Wydałem ją samodzielnie, a dopiero potem skończyłem z selfowaniem

To koniec, komisarzu Stompor.

Self-publishing mnie zmęczył, czego nie ukrywam. W tamtym czasie miałem poczucie, że nic więcej na tym polu nie osiągnę. Wydawnictwo LIRA wydało „Gwiazdy Oriona”, a potem następne części serii astronomicznej z Emilem Stomporem („Czas Wagi” i „Wenus umiera”). Niewykluczone, że wydane wcześniej samodzielnie części mojej serii, („Era Wodnika” oraz „Punkt Barana”) pojawią się kiedyś w nowych wydaniach nakładem tego właśnie wydawnictwa, ale niczego obiecywał nie będę. To plany na dalszą przyszłość. Bliższa jest taka, że oddałem kolejny tom. To oznacza, że szósta część serii astronomicznej niebawem stanie się >> faktem dokonanym << (cytuję Gombrowicza) pod tytułem Wielki Pies”. Premierę zaplanowaliśmy na trzeci kwartał roku i wierzcie mi, ogarnia mnie trema. 

Mówimy o części szóstej, wkrótce o niej napiszę. Prawdopodobnie wydam jeszcze jeden tom z Emilem Stomporem, będzie to jednak ostatnia, siódma część, która prawdopodobnie definitywnie zakończy serię astronomiczną.  Co będzie po Emilu? Na razie nie wiem, niczego nie zdradzam. Możliwe, że zacznę nowy cykl. Nie wykluczam powiązań z Emilem.  Bardzo prawdopodobne, że „nowy” Emil będzie… kobietą. Możliwe, że miejsce akcji będzie tym razem bliższe mojemu sercu. Napiszcie w komentarzach, co o tym sądzicie. 

Na pewno nowy cykl zaplanuję inaczej niż serię z Emilem. Dlaczego? Po odpowiedź zapraszam tu niebawem. Zostańcie ze mną. Tymczasem zaczynam stukać w klawisze. Głównie dlatego, że aby napisać książkę, należy trzymać się najważniejszej zasady.  Należy pisać, po prostu. No to piszę  >>>.  

--

Książka pojawiła się już w niektórych księgarniach. Na razie tylko internetowych i tylko w przedsprzedaży, ale cena jest atrakcyjna. Wysyłka po premierze 7 września 2022 r.

 

Booktime.pl

Taniaksiążka.pl

EMPiK






25 grudnia 2020

"Wenus umiera". Nowy kryminał na faktach

Nie od dziś wiadomo, że życie pisze najciekawsze scenariusze. Nic dziwnego, że inspiracja bywa też niezłym narzędziem reklamy. Serce zwykle przyśpiesza, kiedy dowiadujemy się, że jakaś książka lub film to nie tylko zwykła fikcja.  Jak jest teraz?

W moim wypadku jest nieco inaczej. Inspirowanie się prawdziwymi wydarzeniami to nie chwytliwy zabieg marketingowy, ale przede wszystkim nieodzowny element procesu tworzenia. Element, który wprawdzie ogranicza możliwości kształtowania fabuły, lecz jednocześnie daje coś, czym moje kryminały mają w założeniu wyróżniać się na tle innych. Tym czymś jest moim zdaniem maksymalnie posunięty realizm. Dalej postaram się temat rozwinąć, a na razie garść informacji o mojej nowej książce.

Seria kryminałów opartych na faktach

Oficjalna wiadomość: piąty tom z serii astronomicznej pt. „Wenus umiera” zostanie wydany 03.02.2021 r. Wydawcą jest LIRA. Książka będzie piątym w kolejności publikacji tomem serii i trzecim, jeśli chodzi o oś życia głównego bohatera cyklu. Fabułę „Wenus umiera” podobnie jak pozostałych czterech wcześniejszych tomów serii astronomicznej z Emilem Stomporem (i wszystkich moich powieści kryminalnych) oczywiście oparłem… na faktach. A jakich?

Takie historie cieszą się uznaniem odbiorców. Literatura i kino pełnymi garściami czerpie z prawdziwych historii. One przecież mogły się przytrafić każdemu.  I chyba w tym tkwi ich magnetyzm. Autentyczna, szokująca, niespodziewana prawda pociąga, inspiruje i fascynuje. I się lepiej sprzedaje. Pisząc ponad dekadę temu swój pierwszy kryminał, też inspirowałem się prawdą. Potem uznałem, że wszystkie moje kryminały będą inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Jak dotąd nie złamałem tej zasady. Może kiedyś ją złamię, ale na jak dotąd...

W moich książkach kryminalnych można doszukać się pewnych podobieństw do autentycznych osób lub zdarzeń, jakie faktycznie miały miejsce. Nieprzypadkowo jednak powtarzam, że moje książki są tylko (napisałbym „tylko i wyłącznie”, ale  to tautologia) kryminałami, czyli beletrystyką i niczym więcej. To nie literatura faktu, dokument czy publicystyka! Polubiłem ten sposób tworzenia. Zbieram materiał, czytam, tworzę plan, bohaterów i fakty przetwarzam przez wyobraźnię, bohatera, zasady pisania i obudowuję fikcją. I mam nadzieję, że to działa. 

Kryminał o niewyjaśnionej, podwójnej zbrodni

Zwykle o inspiracjach opowiadam jednak niechętnie, ostrożnie i ogólnikowo. W przypadku piątego tomu serii astronomicznej mam świadomość, że nie będzie wątpliwości co do  nich. Jakkolwiek nie starałbym się maskować pewnych wątków, zdarzeń, postaci to niektórzy, zaznajomieni z tematem czytelnicy i tak będą szukać pewnych punktów stycznych pomiędzy prawdą z Gór Stołowych a moją fikcją z „Wenus umiera”. A także pomiędzy bohaterami książki i uczestnikami tamtych, starszych i tajemniczych zdarzeń.  

Nie kryję tego, co mnie zainspirowało. „Wenus umiera” to jednak jedynie fikcja. Tak, oparta na kilku prawdziwych wydarzeniach, jakie miały miejsce w południowej Polsce w latach 90., ale powieść kryminalna to nie reportaż albo dokument. Zmieniłem personalia, czas akcji, rozmyłem miejsce akcji. Zrobiłem to, by nie urazić tych, którzy mogliby dostrzec podobieństwa z ponurymi i tragicznymi wydarzeniami z ich życia, a przecież wcześniej czy później się o książce dowiedzą. To ryzykowne, ale mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem. 

Dlatego nie ten szczyt i nie ten rok.

W moich kryminałach analogie do rzeczywistych zdarzeń nigdy nie są oczywiste. Staram się, by fikcja nie była zaczerpnięta z rzeczywistości w całości. Niestety zbrodnia oznacza, że pisząc w ten sposób, trzeba czasem otrzeć się o trudne, niewygodne i delikatne tematy. Dlatego staram się mieszać rzeczywistość z fikcją, mając na uwadze stworzenie pełnowartościowej, dobrej rozrywki, która u czytelnika wywoła przede wszystkim uczucie autentyczności. To głównie o to chodzi. Znacznie ma również i to, że niektórzy sami sprawdzą, co było prawdą a co tylko fabułą.

Jednym z najbardziej ekscytujących etapów pisania powieści kryminalnej inspirowanej faktami jest zbieranie materiałów. To nie jest tak, że fabuła zawiera jakiś fundament, wokół którego tworzy się fikcję. Przynajmniej nie jest tak w moim przypadku. Powieściowy świat zwykle składa się z wielu prawdziwych cegiełek, które w jakimś stopniu się kiedyś, gdzieś zdarzyły. Niekoniecznie obok. Moją rolą jest ich wymieszanie, tak aby stworzyły interesująco oraz sensowną całość. Na koniec przyprawiam wszystko policyjnym realizmem i jest kryminał.

Z tym samym bohaterem wydałem już takie tytuły jak: „Era Wodnika”, Punkt Barana”, „Gwiazdy Oriona” i „Czas Wagi”. Tytuł najnowszej książki musiał współgrać z resztą tego księgozbioru. W grę wchodził tytuł tylko dwuwyrazowy, nawiązujący do astronomii (ewentualnie związanej z nią mitologii). Zalążek miałem w zanadrzu od pojęcia decyzji o napisaniu serii astronomicznej, ale przewidywałem użyć go do zupełnie innej fabuły, w zupełnie innym tomie serii astronomicznej oraz innym momencie życia mojego bohatera. 

Książkową Wenus miałem dawno

Pomysł na książkę [wtedy bez tytułu] inspirowanej zabójstwem w Górach Stołowych podsunął mi siostrzeniec. Co ciekawe, na etapie zbierania materiałów do niej natrafiłem jednak na jeszcze jedno zabójstwo. I natychmiast zdecydowałem, że ofiarą będzie piękność, modelka, Miss Dolnego Śląska i Polski, a także pierwsza Polka, której udało się wygrać Miss International. I chociaż nic na świecie nie dzieje się po prostu, to wykorzystanie tytułu „Wenus umiera” stało się w tamtej chwili po prostu oczywiste. Zapadła decyzja i zacząłem pisać. 

Moja książka ma dawać rozrywkę, a nie dostarczać informacji.

Pisząc, korzystałem m.in. z tego źródła. Dotarłem do miejsc, gdzie to się stało. Rozmawiałem z ludźmi, których te wydarzenia osobiście dotknęły. Uważny czytelnik zauważy, że fabuła oparta jest jednak nie tylko o tę jedną zbrodnię a tytułowa Wenus (i nie tylko ona!) inspirowana jest... Tak czy inaczej, mam nadzieję, że udało mi się napisać kryminał, który da sporą dawkę rozrywki na najwyższym poziomie. To najważniejszy cel, jaki zawsze przyświeca moim poczynaniom przy pisaniu książek inspirowanych faktami. Mam nadzieję, że mi się udało. 

--

Chcesz przypomnienia o premierze? Zapisz się na newsletter, dołącz do mnie na Facebooku, Instagramie,  wejdź na mój Twitter albo sprawdź na YouTube

9 marca 2020

O co w mojej książce chodzi?

Jeszcze w tym miesiącu na półkach w księgarniach stacjonarnych i stronach księgarni internetowych pojawi się moje najnowsze dziecko. Będzie to czwarta część serii astronomicznej z Emilem Stomporem.  Powieść kryminalna pod tytułem „Czas Wagi”. 

Czas Wagi” to czwarty tom z serii astronomicznej. Czwarty w kolejności publikacji, ale pod względem osi czasu w cyklu, jest tomem drugim. Innymi słowy, czytając moją nową książkę, czytelnik znajdzie się w świecie sprzed „Ery Wodnika” i „Punktu Barana”, ale kilka lat po wydarzeniach opisanych w „Gwiazdach Oriona”. A zatem mamy interquel. Fabuła książki, oczywiście jest inspirowana (jak we wszystkich moich powieściach kryminalnych) prawdziwymi wydarzeniami. Wydawcą książki, identycznie jak w przypadku „Gwiazd Oriona”, jest Wydawnictwo LIRA z Warszawy. 

Fabuła jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami

Prace nad kontynuacją „Gwiazd Oriona” zacząłem jeszcze przed jej premierą w maju ubiegłego roku. Jednak po napisaniu blisko siedemdziesięciu rozdziałów całkowicie zmieniłem koncepcję i przystąpiłem do pisania książki od nowa. I muszę przyznać, że się mocno napracowałem. Zobowiązałem się, że książka będzie przedstawiona wydawnictwu przed końcem roku 2019. Udało się. Zanim przedstawiłem maszynopis książka przeszła najbardziej nielubiany przeze mnie etap pisania, czyli… skreślanie. To jednak w tworzeniu książki etap najważniejszy, więc wierzcie mi, pracy było sporo.  

Aby uzmysłowić jej ogrom, posłużę się statystyką. Do wydawnictwa trafiło dzieło liczące około 76 tysięcy wyrazów. To mniej więcej 515 tysięcy znaków ze spacjami. Przekłada się to na dzieło o objętości prawie 13 arkuszy wydawniczych. I takie trafi do czytelnika. Jednak, kiedy skończyłem pisać „Czas Wagi”, manuskrypt liczył ponad 23 arkusze wydawnicze. A dokładnie było to 932 tysiące znaków (ze spacjami) układające się w 137 184 słowa. Oznacza to, że z pierwszej wersji książki wykreśliłem 61 tysięcy wyrazów. To mniej więcej 45% początkowej objętości. Wiem, że atakuję teraz cyframi, ale…

Musiałem wyrzucić z książki prawie połowę treści

Dla przykładu: obecnie dostępne wydanie „Ery Wodnika” liczy niecałe 50 tysięcy słów. To około 8,5 arkusza wydawniczego. Oznacza to, że poprawiając „Czas Wagi” teoretycznie wyrzuciłem do kosza materiał na inną, pełnoprawną powieść! Wprawdzie według dzisiejszych trendów książka i tak powinna być dłuższa, a z wyrzuconego tekstu oczywiście nie udałoby się sklecić niczego sensownego, mam jednak nadzieję, że udało mi się zobrazować wam ogrom pracy, jaką trzeba włożyć w pracę nad tekstem. Wiecie, ile liczy ten wpis? Jakieś 640 wyrazów/4 tysiące znaków.


Co ciekawe, już pisząc, nie byłem przekonany, co do jednego z pobocznych wątków. Ostatecznie w podjęciu decyzji w kwestii jego pozostawienia lub usunięcia pomogła mi pani redaktor na wagę złota. Zdecydowałem też o wykreśleniu z fabuły przynajmniej jednego bohatera. Bohater ów i jego wątek pojawi się w następnym tomie. Od samego początku rozważałem również nieco inny tytuł. Wspominałem o nim jeszcze w październiku 2017 roku. Nie będę go teraz przytaczał, nie chcę  wprowadzać zamieszania. Zdradzę jedynie, że ostatecznie tytuł został tylko nieco zmodyfikowany i dostosowany do już opowiedzianej fabuły. 

„Gwiazdy Oriona” odniosły ogromny sukces, ale…

Teraz dzieli mnie zaledwie kilka tygodni od premiery, odczuwam coś, co mógłbym nazwać obawą. Poprzednia część serii („Gwiazdy Oriona”) została przez czytelników bardzo pozytywnie przyjęta. Przypomnę, że w plebiscycie portalu Granice.pl uznano go za najlepszy kryminał na lato 2019 roku oraz najlepszą książką na lato 2019. A pół roku później, „Gwiazdy Oriona” nagrodzono tytułem „Książka roku 2019” w kategorii kryminał. To duży sukces. Ogromny.  Oczywiście te wyróżnienia i bardzo dobre recenzje niezmiernie mnie cieszą, ale… Jest jeszcze druga strona medalu, a kij ma dwa końce. 

Margot Fontaine powiedziała kiedyś, że „Powtórzyć sukces jest jeszcze trudniej, niż odnieść go po raz pierwszy”. Nic zatem dziwnego, że gdzieś z tyłu mojej głowy czai się obawa o to, jak „Czas Wagi” zostanie przyjęta przez czytelników. Mam tak zresztą z każdą kolejną książką. Uspokaja mnie myśl, że spore grono czeka na kolejny tom przygód Emila Stompora. I jakkolwiek będzie, na pewno ta książka dostarczy wam odpowiednio sporej dawki rozrywki na najwyższym poziomie. A przecież właśnie o to w całej tej kryminalnej serii astronomicznej z Emilem Stomporem tak naprawdę chodzi.

Książka jest już dostępna w przedsprzedaży. 

4 stycznia 2020

Po prostu pisz

Wiem, że nic nie jest „po prostu”, ale świat wydawców i autorów leży kilka centymetrów przed każdym z nas. A to, jak stać się autorem powieści, która trafi do tysięcy czytelników, nie jest tajemnicą. Bo recepta na książkę jest bardzo prosta. Jest banalną oczywistością. 



Wielokrotnie dostawałem wiadomości, w których początkujący autorzy pytali mnie, co zrobić, żeby napisać książkę. Nigdy nie uważałem siebie, za kogoś, kto może radzić, jak pisać. Od tego są przecież tacy mistrzowie literatury jak King, Vogler czy Ernest Hemingway. O tym, jak pisać wydano naprawdę sporo różnych, czasem nawet zupełnie dobrych poradników pisarskich, o których już wspominałem. Czy wystarczy je przeczytać, a potem zastosować się do rad w nich zawartych, by zostać autorem prawdziwej książki? 

Nie ma takiej książki, która da gwarancję napisania własnej 


Kiedyś, we wstępie mojego poradnika pt. „Autor 2.0. Jak wydać (własną) książkę… ” napisałem, że nie powinienem pisać o tym, jak pisać. Minęło dziesięć lat. Mam wrażenie, że chociaż jestem o wiele bogatszy w doświadczenie, to nic się nie zmieniło. Nadal piszę, kierując się intuicją. Nie widzę siebie w roli kogoś, kto radzi, jak pisać. Mam nawet silne przeświadczenie, że tak naprawdę to pisać nie umiem, na co zwracają uwagę ci bardziej złośliwi ;-) A jednak wciąż co jakiś czas pojawiają się w mojej skrzynce e-mail bardzo podobne do siebie wiadomości. 

Zawierają one przekaz bardzo podobnej, zwykle następującej treści: "mam pomysł na wspaniałą/ciekawą/porywającą/bestsellerową/skandalizującą* powieść (*niepasujące słowo należy skeślić), ale nie wiem, jak zabrać się do pisania. Nie potrafię przelać mojego pomysłu na papier i zamienić w książkę. Jak to zrobić?" Czasem pytania są bardziej rozbudowane. I co wy na to? 

Pisz, po prostu, nic więcej 


Na tak postawione pytanie, jest według mnie bardzo prosta, banalna i wyczerpująca odpowiedź. Pisz, po prostu, nic więcej. Pisz, ponieważ jedną z najważniejszych cech, jakie czynią autora z kogoś, kto pisze, jest upór.  Bez tego autor nie zostanie drugim Nabokovem czy Márquezem. Nie zostanie nim, nawet jeśli będzie miał genialne pióro, niczym wyżej wspomniani czarodzieje literatury. Bez uporu żaden kandydat na genialnego twórcę nie mniej genialnych, książkowych fabuł, nie zostanie kolejnym Stiegiem Larssonem. Upór jest niezbędny, żeby pisać, napisać, a potem poprawić książkę.  O poprawkach już było. Czyli primo: najpierw trzeba książkę (na)pisać. 

Jak to zrobić jest kwestią oddzielną. A także sporną. W. Somerset Maugham stwierdził, że są trzy zasady pisania powieści, ale… niestety nikt ich nie zna. Remigiusz Mróz też zwrócił na to uwagę (foto).

Pewne, że aby napisać książkę, trzeba czytać. Tak. Jednak przeczytanie nawet wszystkich poradników o pisaniu, nie daje gwarancji ukończenia własnej książki. Nawet King uważa, że większość autorów książek na temat pisania wpada w pułapkę bezsensownego pieprzenia.

Warto zatem czytać nie tylko poradniki na temat pisania, ale czytać generalnie. Najlepiej dużo i dobrze. Co to oznacza? Można zdecydować osobiście. Nie każdy ma przecież ambicję, by za książkę otrzymać Nike, Nobla czy Angelusa. Literatura popularna to też literatura, a czytanie to frajda. Jeśli nie czytasz, nie bierz się za pisanie książek. Zacznij je czytać.

Czytać oczywiście trzeba, ale bez tego jednego, najważniejszego czynnika, książki najzwyczajniej w świecie napisać się nie da. Nie marzenia i mrzonki, ale postanowienie i godne szaleństwa dążenie do celu, bezbrzeżny upór oraz konsekwencja polującego wilka. Potrzebna jest determinacja.

Tylko napisana książka będzie książką


Witkiewicz uważał, że jeden jej atom jest więcej wart niż góra doświadczenia i określił ją, jako zapał. Największą wadą zapału jest, że zbyt często bywa słomiany. Dlatego bardziej polecam upór i wprost fanatyczną determinację w dążeniu do celu. A jeśli ktoś zaczyna opowiadać o wenie, natchnieniu, czy blokadzie twórczej od razu wiem, z kim rozmawiam. To amator, niestrudzony prawie-pisarz, gawędziarz, który woli mielić jęzorem, niż pisać. I komuś takiemu będzie bardzo trudno napisać książkę. 

Jeśli chcecie znać odpowiedź, na pytania: jak napisać swoją książkę, jak ją dokończyć, jak sprawić, aby była dobra i tak dalej, przeczytajcie dziesięć punktów poniżej. Zastosowanie się do nich na etapie „pomysłu na książkę” gwarantuje ukończenie pisania. Nie wiem, czy tak napisana książka będzie dobra, bestsellerowa i czy dostanie wspomniane nagrody. Pewnie ich nie dostanie, to wynika ze statystyki. To oddzielny problem, na wpis innym razem. Wiem jednak, że jeśli zastosujecie się do tych punktów, to książka powstanie. A wtedy, kto wie? Bo bez tego, wiadomo – nienapisana książka nigdy nie będzie książką.



Napisz pierwsze słowo, zdanie. Zacznij pisać. 
Na razie nie przejmuj się błędami. Na razie pisz. 
Nie pokazuj tego, co napisałeś do czasu, kiedy nie skończysz. Pisz. 
Myśl o tym, co piszesz, a nie opowiadaj o tym. Masz pisać, a nie gawędzić. 
Staraj się nie poprawiać tekstu, do czasu, kiedy nie skończysz. Teraz pisz.
Pisz w miarę możliwości codziennie, ale rób to! Pisz regularnie. 
Wyznacz normę. Tysiąc słów, rozdział dziennie – nieważne. Istotne, abyś pisał.  
Telewizja i Facebook (Internet) to strata czasu. Trać go na pisanie, więc pisz. 
Czas na poprawki przychodzi po postawieniu ostatniej kropki, więc postaw ją!
Jeśli nie będziesz pisał, książka się nie napisze sama. Musisz ją (na)pisać.  
Jest wielu chcących pisać. Autorami zostają tylko ci, którzy piszą. Więc pisz. 
Nie przejmuj się porażką. Druga książka będzie lepsza, ale musisz ją napisać. 


Z pewnością znajdzie się ktoś, kto wskaże pisarza, który częściowo się do tych zaleceń nie stosował. Tak, przecież Gertrude Stein godzinami z notatnikiem wpatrywała się w krowy (!) i skały, czekając na wenę. Georges Simeon robił nawet kilkutygodniowe lub kilkumiesięczne przerwy od pisania, a mimo tego napisał ponad 400 książek. Pilch ucieka od pisania w pastowanie biurka, a jednak jego twórczość nagrodzono Nike i Paszportem „Polityki”. Niektórzy wprost mówią o swoich dziwactwach, inni milczą na temat procesu tworzenia. Wszystkich łączy jedno – piszą i kończą swoje dzieła. Kwestionuj dekalog wyżej, ale pisz.

Napisz pierwsze słowo… A potem ostatnie


Dróg do tego celu jest naprawdę bardzo dużo. Jak widać, niektóre są dziwne. W większości wypadków nie trzeba jednak nic więcej poza tym, żeby pisać. Oczywiście, te 12 punktów absolutnie nie wyczerpuje tematu. Wielu pisarzy wskazuje swoje „dekalogi” pisarskie albo sposoby na pracę. Można o tym z ciekawości poczytać, szczególnie że rytuały niektórych geniuszy bywają interesujące. Każdy z czasem wypracowuje własny sposób na tworzenie. Na początek, najważniejsze jest, co innego. Nie warto skupiać się na wszystkim wokół, ale na meritum. Tylko na swojej książce. Skup się na tym, by pisać.

Inną sprawą jest publikacja, czyli wydanie książki. Oczywiście do tego również upór się przydaje, a czasem jest bardziej potrzebny, niż do (na)pisania książki. Ostrzegam, że nie żartowałem. Opublikować można z wydawcą lub samodzielnie, trzeba jedynie pamiętać o jednym. To, jak wydać książkę (znaleźć wydawcę) jest problemem wtórnym. Bo opublikować można... A z wydaniem nie będzie absolutnie żadnego kłopotu, jeśli książka nie będzie napisana. Więc jeśli masz pomysł na książkę, chcesz ją napisać i zostać autorem, a może nawet pisarzem (!) jest tylko jedną droga. Posłuchaj rady od kogoś, u kogo ten sposób działa.

Już teraz, zaraz, od razu. Od pierwszego stuknięcia w klawiaturę


Pisz, pisz i pisz. Po prostu pisz. Nic więcej, a może aż tyle. A zacznij od razu, za chwilę, teraz. Już! I zanim klikniesz w coś, co cię zaraz zainteresuje w sieci, na innej stronie, zastanów się, czy nie lepiej otworzyć edytor tekstowy i napisać pierwsze słowo. To pierwsze słowo. Może właśnie to będzie pierwsze słowo historii, którą kiedyś przeczytają tysiące? Kto wie? Jedno jest pewne. Bez niego, bez pierwszego kliknięcia i pierwszego słowa (i ostatniego również) twojej historii nikt nigdy nie pozna. Ona na zawsze pozostanie niezrealizowanym pomysłem, książką nigdy nienapisaną.

A dlaczego? Ponieważ od tej historii ważniejsze okażą się: zakupy, głupkowaty albo zupełnie dobry serial w TV, śmieszne lub błyskotliwe komentarze na Fejsie, kasowanie spamu, blog, piwo z kumplami i plotki z przyjaciółką oraz tysiące spraw, jakie codziennie wszystkich nas dotyczą. Także pisarzy. Może winny będzie brak weny? Nie! Prawda jest taka, że komuś, kto mógł zostać autorem, najzwyczajniej zabrakło uporu, determinacji i czasu. Czasu, który ten ktoś stracił i nigdy go już nie odzyska. Więc zacznij pisać. Już teraz, zaraz, od razu. 

13 maja 2019

Moja nowa powieść już jest

Wprawdzie w poprzednim wpisie, na potrzeby marketingu i nieco z przymrużeniem oka przekonywałem, że mojej nowej powieści pt. „Gwiazdy Oriona” nie będzie, to tym razem nic nie będzie na żarty. Będzie bardzo poważnie, bo moją najnowszą książkę, już można zamawiać. 



Jest taka chwila w życiu autora, kiedy książka jest już gotowa, by trafić do czytelnika. To doniosły moment. Jest zwieńczeniem pracy nad książką. Pracy, na którą składa się tworzenie i (w tym przypadku) współpraca z wydawnictwem. I w chwili, kiedy piszę ten post, znajduję się w tym właśnie momencie. Moja najnowsza powieść już jest. Czuję spokój, satysfakcję i cieszę się, że zdecydowałem się na współpracę z wydawcą. Jestem zadowolony, że książki nie musiałem wydawać samodzielnie.

Ruszyła promocyjna przedsprzedaż mojej powieści 

Nie miałem jeszcze mojej książki w rękach, ale wiem już jak będzie wyglądała. Czekam. Wiem, jaką będzie miała okładkę. Nie wiem, jak będzie pachniała i czy przygody głównego bohatera, Emila Stompora trafią w serca moich czytelników. Mam nadzieję, że tak, bo zrobiłem wszystko, aby tak się stało. Jak jednak pisałem… jestem spokojny. Oczywiście czuję obawę, bo przecież pierwszy raz wydaję powieść z wydawcą, ale… jestem pewien, że wszystko się uda tak, jak zaplanowaliśmy. 

To już się dzieje, już się de facto stało. Premierę powieści pt. „Gwiazdy Oriona” wyznaczono na początek czerwca. Pod koniec maja (26) na Warszawskich Targach Książki zaprezentuję ją zwiedzającym. Będę na stoisku 181/D18 pomiędzy godziną 13 a 14. Organizatorem spotkania jest wydawca książki, Lira Publishing z Warszawy. Zapraszam gorąco. Już teraz, dokładnie od wczoraj, książkę można zamawiać w przedsprzedaży, a warto, bo przedpremierowa cena jest niższa aż o prawie 40%!  To niezła cena, jak na wydaną z wydawcą nowość.

22,49 zł zamiast 36,99 zł, wysyłka za 0,00 zł

Warunki dostawy również są atrakcyjne. Jeśli wybierzesz płatność przez Internet i Obiór w Punkcie, koszt wysyłki to 0,00 zł. Jeśli wybierzesz płatność przez Internet i Pocztex Kurier, koszt wysyłki to 4,99 zł. Płatność przez Internet i odbiór w paczkomacie InPost kosztuje 6,99 zł. Oczywiście, jeśli jesteś zarejestrowanym klientem tej księgarni, można zapłacić przy odbiorze. Wtedy wysyłka kurierem Pocztex  kosztuje 7,99 zł lub innym 10,99 zł. To tak w skrócie, bo więcej o wysyłce tutaj.

Wiem, że niektórzy są zdziwieni moim związaniem się z tradycyjnym wydawcą. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu jestem weteranem pisarstwa niezależnego i jednym z najbardziej rozpoznawalnych pisarzy niezależnych w Polsce. Pracowałem na to przez lata, więc dla innych, podobnie działających autorów publikacja mojej książki na tradycyjnej ścieżce wydawniczej może być niemałym szokiem. Do swoich motywacji odniosłem się szerzej w poprzednim wpisie.

Za 4 tygodnie moja najnowsza powieść trafi większości do księgarni stacjonarnych i internetowych w Polsce. A zatem stanie się coś, czego nie mogłem osiągnąć, działając samodzielnie. I w co niektórzy nie wierzyli ;-). Nie ukrywam, że wcześniej opublikowane bez wydawcy dwie poprzednie części cyklu astronomicznego („Era Wodnika” oraz „Punkt Barana”) osiągnęły bestsellerowe nakłady, oczywiście jak na warunki polskiego self-publishiungu. Tak, Polska to nie USA, a EMPiK to nie Kindle Store, ale – wierzcie mi – to miało znaczenie. Tym bardziej, że moja nowa książka jest naprawdę dobra.

Dramat polega na tym, że to nie fikcja...

Gwiazdy Oriona” są trzecią częścią powieścią kryminalną z Emilem Stomporem, z tzw. serii astronomicznej. Jestem przekonany, że ta podbije ona serca tysięcy czytników. Pisałem, że jestem spokojny. Tak, bo po pracy nad tą książką Pani Bożena Sigismund (Korekta24) napisała do mnie: „Od pierwszego zdania do ostatniego jest taki poziom napięcia, że nie można jeść, pić, spać dopóki nie przeczyta się do końca tej znakomicie opisanej historii. Dramat polega na tym, że to nie fikcja...” Sam bym tego lepiej nie ujął, a taka rekomendacja trafia w sedno. Tak właśnie miało być. Dobrze, że się udało.


Pisząc „Gwiazdy Oriona” (i całą serię astronomiczną) inspirowałem się prawdziwymi wydarzeniami. Mamy do czynienia z fikcją, ale opartą o pewne, prawdziwe wydarzenia. Bardzo zależało mi również, aby książkę dobrze się czytało i trzymała w napięciu.  Jak wiecie, pisanie nie istnieje w oderwaniu od życia. Pisarz jest jak gąbka, chłonie to, co go otacza. A tak się akurat składa, że mam w tym zakresie pewien , zawodowo uwarunkowany aut. Można o nim przeczytać w biogramie. Wcześniej nie eksponowałem tej informacji, to jednak czym się zawodowo zajmuję od lat przecież nie jest żadną tajemnicą. Tak, to fikcja ale..

Chciałem, aby moje książki na tle innych powieści kryminalnych polskich autorów wyróżniał maksymalny realizm. Mają uderzać czytelnika odwzorowaniem realiów pracy organów ścigania oraz autentyczną warstwą językową. Chciałem, aby były mroczne i prawdziwe. To nie serial o policjantach/policjantkach nie mający nic wspólnego z realiami. Dlatego bohaterów osadziłem w świecie bez jednoznacznego podziału na zło i dobro, gdzie muszą zmierzyć się nie tylko z wrogiem na ulicy, ale także tym innym, równie niebezpiecznym, a może nawet dużo groźniejszym. Jestem pewien, że „Gwiazdy Oriona” was nie zawiodą.




23 lutego 2019

Mojej nowej powieści nie będzie

Nie pojawił się tutaj jeszcze żaden wpis, sygnowany cyferką 2019. A blog bez przynajmniej jednego wpisu tygodniowo podobno bardzo szybko umiera. Wrzucam więc dziś coś, żebyście nie pomyśleli, że umarłem. A przy okazji przyznaję, że tytuł posta jest odrobinę click-baitowy. To po to, by przyciągnąć Waszą uwagę. W czasach Internetu to prawie sztuka. 



Tak, blog zaniedbałem, ale wciąż żyję oraz (co niektórych może rozzłościć), piszę – chociaż nowej powieści nie będzie. Na razie. To z tego powodu nie mam czasu, aby wrzucić tu coś budującego serce (albo rozum), co mogłoby Was zainteresować. Dawno już się do tego przyznałem, że prowadzenie bloga jest dla mnie czasochłonne. Staram się przekazywać tu wartościowe treści, a to wymaga w moim wypadku przygotowania i sporej pracy oraz czasu. Czasu, którego niestety wciąż mi brakuje. Jak wszystkim. I nie pomylę się, pisząc, że nie zależy mi na milionach odsłon. Tak, na odsłonach mi nie zależy, ale na czytelnikach owszem. Dlatego dla Was wciąż coś piszę.

Nie planowałem jej, nie miało jej być, ale będzie 

Zaczął się nowy rok, z nim pojawiły się nowe postanowienia i plany. „Nowy rok, nowe możliwości” – że zacytuję ktoś, kto stał się inspiracją przy tworzeniu bohatera mojej najnowszej powieści, nad którą ostatnio intensywnie pracuję. Ta nowa powieść jest czwartą częścią serii astronomicznej o prawdopodobnym tytule „Czas Wagi”. Zanim jednak napiszę kilka słów o niej, skupię się na tym, dlaczego innej mojej nowej powieści (na razie) nie będzie, chociaż przecież – jak pamiętacie – dawno jest już napisana. Chodzi o trzecią część kryminalnej serii astronomicznej. Najpierw była Era Wodnika, potem Punkt Barana, a teraz miały być Gwiazdy Oriona”. Miały, ale nie będą. Pewnie bardzo Was interesuje z jakiego powodu.

Odwiedzającym ten blog incydentalnie wyjaśnię, że będzie to chronologicznie, według czasu akcji pierwsza część tej serii. Ta nowa powieść, której na razie (jak już trzykrotnie nieprzypadkowo i click-baitowo wspominałem) nie będzie, to „Gwiazdy Oriona”. Serii pisać nie planowałem, ale kilka lat po ostatecznie zaskakująco pozytywnym przyjęciu mojej pierwszej powieści kryminalnej pt. „Era Wodnika”  napisałem jej kontynuację („Punkt Barana”). Po tym, jak została ona niemal wydana przez pewne duże wydawnictwo, postanowiłem, że napiszę jeszcze lepszą, trzecią część i tak powstanie seria powieści kryminalnych

To wszystko zaczęło się w 2010 roku od „Ery Wodnika”

O ile „Era Wodnika” rodziła się w bólach, a jej początki na rynku nie były specjalnie udane, to kontynuacja miała szansę stać się bestsellerem. Po kilkumiesięcznych negocjacjach z wydawnictwem finalnie do podpisania umowy nie doszło i książkę wydałem samodzielnie. Wierzę w nią i jestem pewien, że jeszcze bestsellerem zostanie. Tymczasem nie przestawałem pisać, szczególnie że pisząc część drugą, zebrały się pomysły i materiały na część trzecią. I czwartą. A może nawet piątą i szóstą. Przysiadłem więc przy klawiaturze i zacząłem stukać. Teraz jest efekt. I jestem bardzo zadowolony. Napisałem naprawdę świetną powieść kryminalną. 

Pod koniec ubiegłego roku, jak informowałem na swojej stronie autorskiej, powstała trzecia część serii astronomicznej pt. „Gwiazdy Oriona”. Kosztowała mnie ona kilka miesięcy pisania, a potem nanoszenia licznych poprawek i skreślania. Planowałem ją wydać pod koniec 2018 roku. Do tego, jak wiecie, nie doszło, ponieważ pisanie i poprawianie (!) się odrobinę przeciągnęło, a także dlatego, że po raz kolejny spróbowałem nawiązać współpracę z tradycyjnym wydawnictwem. A jak wiadomo, odpowiedzi wydawnictw na propozycje wydawnicze pojawiają się z pewnym opóźnieniem, więc stąd ten kilkumiesięczny poślizg…, ale nie tylko. Ponieważ coś się u mnie zmieniło. 

Przyznaję, jestem już zmęczony samopublikowaniem 

Wiem, że jak na kogoś, kto kilka miesięcy wcześniej wydał poradnik pt. „Biblia #SELF-PUBLISHINGu” to być może interesujące stwierdzenie, ale po raz kolejny publicznie przyznaje, że samodzielnie publikowanie już mnie bardzo zmęczyło. Od dawna nie kryję, że pomimo oczywistych zalet tej formy publikowania własnych dzieł, jest to w ogólnym rozrachunku gorsza (trudniejsza?) droga wydawnicza. Nie ma się co oszukiwać. To prawda. I mnie ona bardzo męczy. Zabiera czas i energię, jaką mógłbym spożytkować na pisanie. Mam również poczucie, że dalej już nic dla mnie nie ma. Opublikowałem samodzielnie kilka powieści, nowel, dwa zbiory opowiadań i... No właśnie!

Po latach samodzielnego wydawania zbliżyłem się do punktu, gdzie niczego dalej dla siebie nie widzę. Do tego doświadczenia ze współpracy z kilkoma dobrymi, tradycyjnymi wydawnictwami utwierdziły mnie w przekonaniu, że „z kimś jest dużo łatwiej, niż samodzielnie”. Już dwa lata temu przy projekcie „Opowiadania lotnicze” (nie doszedł do skutku) właściciel wydawnictwa stwierdził, że znalazłem się na etapie, kiedy potrzebuję nowego otwarcia. A ja pomyślałem nad tym i się z nim zgodziłem. Działalność wydawniczą zawsze stawiałem na drugim miejscu, obok pisania, a nie zamiast niego. Samopublikowanie daje wolność, ale ją też odbiera, zabierając czas i uwagę.  

Panie Sowa, potrzebuję pan nowego otwarcia

Jest jednak pewien problem. Komuś takiemu jak ja, a zatem autorowi kojarzonemu wyraźnie z samodzielnym wydawaniem, nie jest łatwo przejść na drugą stronę. Pamiętajcie, że samopublikowanie (często zwane niesłusznie self-publishingiem) jest w Polsce źle kojarzone. Po prostu źle. Więc wydawcy boją się podjąć ryzyko, nie wiedząc, jak zareaguje czytelnik. W tej sytuacji beletrystyczny debiut, w moim odczuciu, jest de facto jeszcze trudniejszy niż zwykły. Musiałem zaproponować coś naprawdę bardzo dobrego, aby przekonać wydawcę, że warto zaryzykować. To wymagało niezłego pomysłu, uporu i wielu godzin pracy. Dobrze, że się udało.

Napisałem naprawdę świetną powieść. Wiem, że brzmi to nieskromnie. Nie będę jednak udawał fałszywej skromności, kiedy jestem pewien wysokiej jakości swojego dzieła. Poświeciłem ostatniej powieści bardzo, bardzo dużo czasu i zaangażowania. Włożyłem wiele wysiłku w wymyślenie bohaterów, uknucie intrygi oraz zbudowanie fabuły. Niebagatelne znaczenie ma również fakt, że przez lata mój warsztat się znacznie poprawił. To zaowocowało masą bezcennych doświadczeń. Dzięki temu moja najnowsza książka będzie, według mnie, bezapelacyjnie najlepszą z wszystkich, jakie dokąd opublikowałem. No dobrze, powiecie, a gdzie jest puenta? Informuję, że akapit niżej. 

Ta najnowsza powieść nie będzie opublikowana, na razie 

Jeden z tradycyjnych wydawców przyjął propozycję wydania „Gwiazd Oriona”. Zdecydowałem się podpisać z nim umowę. Obecnie trwa proces wydawniczy. To oznacza, że na moją najnowszą powieść będzie trzeba jeszcze trochę poczekać. Mam nadzieję, że dzięki temu niebawem na półki w większości tradycyjnych księgarni trafi książka, jeszcze lepsza, niż gdybym wydał ją samodzielnie. Wprawdzie nie ja będę już decydował o wielu aspektach, na jakie do tej pory miałem wpływ (np. cena, okładka, dystrybucja itp.), ale zyskuję coś, czego działając sam, nie mogłem dotąd osiągnąć. Zwykle nad moimi powieściami pracowałem sam, teraz są ze mną profesjonaliści.

Zdaję sobie sprawę, że u niektórych podpisanie przeze mnie umowy wydawniczej z tradycyjnym wydawcą na opublikowanie mojej powieści może budzić zdziwienie. Doświadczenia, jakie zdobyłem przez lata publikowania, pozwalają mi przecież samodzielnie wydawać własne książki. Potrafię swoje e-booki oraz książki (z ograniczeniami) wprowadzać do szerokiej dystrybucji, a potem sprzedawać i osiągać z tego tytułu całkiem niezłe dochody. Tak, ale umowa (tak naprawdę kolejna) z tradycyjnym wydawcą, jest wyborem łatwiejszej oraz – według mnie – obecnie zdecydowanie lepszej dla mnie ścieżki wydawniczej. Self-publishing to tylko jedna z dróg, niestety bardziej wymagająca.

Wiem, że jestem postrzegany, jako autor od lat z publikujący swoją beletrystykę, niezależnie od wydawnictw i ceniący sobie swobodę twórczą. Dla wielu zaczynających przygodę z samopublikowaniem mogę być autorytetem, weteranem prawdziwego self-publishingu w Polsce, autorem będącym przez lata wiernym pisarstwu niezależnemu. Może się wydawać, że ktoś taki nie potrzebuję wydawcy. Nie ukrywam jednak, że do sprawy mam podejście czysto praktyczne. Self-publishing zawsze będzie dla mnie tylko jedną z dróg. Na pewno nie lepszą. Z wydawcą jest dużo prościej. Muszę się też przyznać, że jest jeszcze jeden argument, jaki zaważył na mojej decyzji.


Aleksander Sowa jest grafomanem, jego książki to gnioty

Moja twórczość, jak działalność każdego twórcy, była wielokrotnie poddawana mniej lub bardziej konstruktywnej krytyce. Krytyce nierzadko niewybrednej z powodu niewiązania się z wydawcą. Samopublikowanie, jako zjawisko w Polsce jest źle postrzegane. Wielokrotnie podkreślałem, że nie jest rozumiane, a self-publishing zbyt często jest wrzucany do jednego worka z grafomanią i dziełami słabymi. Jednocześnie, według mnie umowa wydawnicza nie daje legitymacji komukolwiek, by czuć się lepszym twórcą, autorem lub pisarzem, a tak często, niestety, bywa. Takie otwarte wyrażanie niepopularnych opinii nie przysporzyło mi przyjaciół w  branży.

Wielokrotnie publicznie nazwano mnie grafomanem, a moje książki gniotami. Robili to blogerzy, komentujący oraz autorzy, w tym szczególnie ci, wydający na tradycyjnej ścieżce. Zdecydował się na to nawet pewien wydawca literacki (a raczej autorka, którą wydał). Koronnym argumentem potwierdzającym moją grafomanię ich zdaniem był fakt, że żadne z moich dzieł beletrystycznych nie zostało przyjęte do druku w tradycyjnym wydawnictwie. A skoro tak, to oznacza moją grafomanię i tworzenie gniotów, zamiast prawdziwych książek. I zarzut ten powtarzał się u innych jak mantra. Przyjęcie do druku mojej kolejnej książki mogłoby im wszystkim zamknąć usta. A raczej odebrać argument, bo pewnie i tak nie zamilkną.

Kiedy samodzielnie z sukcesem realizowałem proces wydawniczy, dystrybucję i sprzedaż, tradycyjna ścieżka wydawnicza nie była dla mnie celem. A jednak przyznaję, że sama w sobie stała się nim, szczególnie w ogniu, czasem silnej krytyki. Szukałem wydawcy również z jej powodu. Nie był to oczywiście najważniejszy argument, ale mocno wpłynął na moją decyzję o związaniu się z tradycyjnym wydawcą. Wiem, że krytyka nie ustanie. Mam jednak nadzieję, że jeden z argumentów straci na znaczeniu. Nie mam żalu do krytykujących, raczej im dziękuję, bo dzięki nim, mój (a nie ich!) odbiorca zyska jeszcze lepszą, bardziej dopracowaną książkę. Więc ta czasem ordynarna krytyka, pośrednio, poprawiła moje książki.:-)

Odbiorca zyska dopracowaną i lepiej wydaną książkę   

Nie będę zajmował się składem, projektem okładki czy sprzedażą. Zaoszczędzoną energię przeznaczę na pisanie kolejnej książki, a „Gwiazdy Oriona” będziecie mogli kupić niebawem w prawie każdej księgarni stacjonarnej oraz oczywiście internetowej. Wkrótce przekaże Wam więcej informacji na temat tego, kto jest wydawcą, kiedy książka się pojawi w księgarniach itp. Zapisujcie się do mojego newslettera, zaglądajcie tu czasem. Zapraszam. Będę miał również trochę książek do rozdania blogerom, instagramowcom i fejsbukowiczom w celach recenzenckich. Zostańcie, bo warto. A ja wracam do pisania kolejnej książki (Czas Wagi), którą mam nadzieję oddać mojemu nowemu, tradycyjnemu wydawcy do połowy tego roku. 

Jak powstawała moja książka. Wielki Pies - kryminał inspirowany faktami. Kulisy pisania.

  Kilka tygodni temu pojawiła się moja nowa powieść z serii astronomicznej pt. „ Wielki Pies ”. Jak wszystkie moje kryminały i ta jest oczyw...