28 października 2018

Książka jest gorsza niż film

Dość rzadko słyszę takie zdanie, jak to w tytule. Znacznie częściej pada niemal natychmiastowa, bezmyślna odpowiedź – książka jest lepsza. Bezmyślna, bo jednak są filmy lepsze od książek, na podstawie których powstały. 

Oj, pewnie wsadzam kij w mrowisko! Mam nadzieję, że na fejsbokowych grupach dla „pisarzy”, którzy nie napisali ani jednej książki (lub e-booka) w swoim pisarskim życiu nie posypią się zaraz gromy na moją bluźnierczą głowę. Jednak przyznaję, że temat wybrałem świadomie i stanowisko celowo ulokowałem na kontrowersyjnym krzesełku. A dlatego, że naprawdę moim zdaniem nie każda książka jest lepsza niż film, a kontrowersje są najlepszym magnesem przyciągającym odbiorców. 



Z tymi kontrowersjami podobno bywa różnie. Ostatnio mi się na przykład mocno oberwało za wprowadzanie w błąd czytelników swojego blogu tytułami postów „jak z Pudelka”. A jednak jestem uparty i zdania nie zmienię. Intrygujący tytuł, ciekawy temat to wspaniały magnes. A historia kina i literatury dowodzi, że skandal i rozgłos bywa siłą napędową do tego, aby nawet średnie dzieła literackie były ekranizowane. 

Przykładem pierwszym z brzegu niech będzie sprawa Krystiana Bali i jego książki Amok, o której zresztą już na moim blogu nie raz pisałem. Wszyscy zgodzimy się, że powieść tego autora jest w najlepszym razie średnia, choć kontrowersyjności nie można jej odmówić, nawet jeśli nie weźmiemy pod uwagę tego, co stało się po jej wydaniu. „Amok” w LubimyCzytać został oceniony notą zaledwie 3,33. Natomiast film w reżyserii Pani Adamik, inspirowany tą historią, jest tylko nieco lepszy. 

Adaptacja filmowa jest zdecydowanie lepsza!

Co ciekawe, jej hollywoodzka adaptacja („True Crimes”) została oceniona jeszcze niżej. Według mnie zupełnie niezasłużenie. Tak czy inaczej, filmy i tak są lepsze od książki. Mam nadzieję, że przynajmniej moja powieść pt. „Koma” – również oparta na tej historii – spełnia oczekiwania czytelników.  Tyle tylko, że trochę tu zboczyłem z tematu, bo piszę o inspirowaniu się historią autora i jej książki, a nie adaptacji lub ekranizacji filmowej książki. Wracajmy do meritum. Literatura i kino. Książka i film. 

Co lepsze?  Wielu gotowych jest wypowiedzieć wojnę w obronie literatury i książek. Większość wskazuje wyższość literatury, bo książka jest lepsza od filmu. Wypracowania gimnazjalistów wypełniają frazesy, których oczekuje „pani z polaka”: czytanie wzbogaca wyobraźnię, książka zostawia w pamięci większy ślad niż film, książki rozwijają nasze umiejętności. Uhm… słowa, któremu przyklaśnie prawie każdy w kraju, gdzie zaledwie 7% czyta więcej niż 7 książek rocznie. 

Adaptacja filmowa to nie to samo, co ekranizacja książki!

Zostawmy statystyki. Jest nieciekawie, ale zawsze może być gorzej. Hołdujący banałom twardo bronią tezy – książka jest lepsza, bogatsza, wierniejsza. Nie ważne przy tym, czy książkę czytali, czy tylko widzieli kolorową okładkę na półce.  Staję w pędzonym nurcie i wsadzam kij w mrowisko. Nakręcono filmy równie dobre, jak dzieła literackie, na podstawie których powstały. Czasem książkowy pierwowzór blednie w blasku dziesiątej muzy, bo film jest po prostu lepszy niż książka. I kropka. 

Kinomaniacy sięgają po książkę obejrzeniu filmu (sam często tak właśnie robię) lub wybierają film po przeczytaniu książki. Niektórzy zachwycają się filmem, nie mając pojęcia, że to adaptacja, bo przy „napisach” otwierają piwo i przesypują czipsy do miseczki. Obchodzi ich odpoczynek i rozrywka. Nie interesuje ich źródło i to, czy oglądają adaptację, czy ekranizację. Tymczasem to wielka różnica. Pierwsza to wariacja na temat, druga to wierne (w założeniu) przeniesienie książki na ekran.

Zarzucanie adaptacji braku wierność z oryginałem to głupota

Nie można zarzucać adaptacji filmowej nieścisłości z oryginałem, bo to głupota. Trudno również oczekiwać, żeby ekranizacja obejmowała całość, bo w wypadku niektórych powieści otrzymalibyśmy kilkunastogodzinne filmiszcze. Lepiej  zrozumieć i zaakceptować fakty. Literatura i kino rządzą się różnymi, nieco innymi prawami. I  cieszmy się tym, co nam dają filmowcy. Dzięki nim, możemy, zajadając czipsy, popijane piwem (oczywiście bezalkoholowym), obcować z literaturą. No, prawie :-)

Zebrałem kilkadziesiąt powieści z mojego prywatnego rankingu, które polecam (do przeczytania, a potem obejrzenia) każdemu. Jasne, że to moja bardzo subiektywna lista i gdyby nie ograniczenia blogu na lekturę wpisów podejmujących temat należałoby przeznaczyć długie godziny. Postaram się streszczać. Notabene, jeśli macie swoje typy, wpisujcie je w komentarzach. W zbliżające się deszczowe, zimne i wietrzne jesienne wieczory chętnie zjem trochę niezdrowego jedzenia i oblejże coś, co jest dobre. A potem przeczytam. Albo odwrotnie. 

Będę omawiał reprezentatywne przykłady 

W najbliższe niedzielne poranki i popołudnia spodziewajcie się wpisów, w których będę omawiał, według mnie reprezentatywne przykłady. W następnym wpisie  do tablicy wywołam na przykład „Lektora” Schlinka i Daldry’ego, „Lolitę” Nabokova i Lyne’a, „Skazani na Shawshank” Kinga i Darabont’a, „Milczenie owiec” Harrisa i Demme’go  oraz „Pornografię” Gombrowicza i Kolskiego. I oczywiście jeszcze kilka (a może kilkadziesiąt!) innych, wspaniałych dzieł literackich oraz jeszcze wspanialszych filmowych, które z pewnością was zainteresują. I jeśli nie czytaliście to obejrzycie, a jeśli widzieliście, to przeczycie.

Zapraszam serdecznie. [tutaj druga cześć tego wpisu]

6 komentarzy:

  1. Co do ekranizacji - sądzę, a raczej jestem tego pewna, że film "1408" jest o wiele lepszy od opowiadania o tym samym tytule S. Kinga.
    Podobnie "Facet z ogłoszenia" C. Cook. Film o wiele ciekawszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałem, nie oglądałem. Jak tylko nadrobię zaległość, to zajmę stanowisko. Sprawdziłem jednak na LubimyCzytać i Filmweb: „1408” oceniono na 6,8 (film) i 6,67 (książkę), natomiast „Facet z ogłoszenia” 6,3 (film) i 5,28 (książkę). Czyli Twoja opinia, szczególne przy tym drugim tytule, jest potwierdzona. A co było pierwsze, książka, czy film? Oglądałaś czy czytałaś?

      Usuń
    2. W przypadku obu tytułów - najpierw oglądałam film, a pozniej czytalam.
      Jednak jestem tego zdania, ze najierw lepiej przeczytac ksiazke.

      Usuń
    3. Niestety wadą takiego rozwiązania jest to, że w takiej sytuacji film mocno przegrywa :-) Ja często sięgam po książkę dopiero o obejrzeniu jej adaptacji zachęcony obejrzaną historią. Wtedy często okazuje się, że książka jest bogatsza. Bywa, że na niektóre książki nie zwróciłbym ogólne uwagi, gdyby nie film (np. Trainspotting czy Requiem dla snu).

      Usuń
  2. Zgadzam się, że są filmy lepsze od książki wg której powstały.
    Dla mnie takim klasycznym przykładem jest "Zaklinacz koni" - filmem jestem oczarowana, a książka zirytowała mnie efektami "pod publiczkę". Jestem koniarzem, znam dość dobrze to środowisko i uważam, że żaden prawdziwy zaklinacz koni nie postąpiłby tak jak w książce ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książkę czytałem w 1999 lub 2000 roku. Już jej zbyt nie pamiętam. Filmu nie oglądałem, skoro jednak piszesz, że warto go obejść – z pewnością trafi na listę oczekujących.

      Usuń

Komentarze wulgarne, hejt oraz spam będą usunięte.

Książka jest gorsza niż film, cz. III

W poprzednich dwóch wpisach , z pomocą przykładów starałem się udowodnić, że wyprodukowano filmy, które powstały na kanwie dzieł literackic...