8 lipca 2018

Zobacz, jak nas oszukują wydawcy

Niedawno pisałem o tym, dlaczego obecnie książki są dłuższe, niż jeszcze kilkanaście lat temu, upatrując w tym spisku żądnych wielkich pieniędzy wydawców. Można się śmiać z tego lub z powątpiewaniem kręcić nosem, ale… 

Książka to produkt. Można na nim zarabiać. I to niezłe pieniądze. Żeby zarobić, najpierw należy produkt wyprodukować, a potem sprzedać. Najlepiej, by produkcję zrealizować z najniższym nakładem środków, a sprzedaż w możliwie wysokiej cenie oraz wielkiej ilości, aby można było na nim sporo zarobić. To fakty, nie warto im zaprzeczać, bo to strata czasu. Tutaj może się zrodzić pytanie: gdzie miejsce autora? 

Wiadomo, że musi być wydawca, a z nim redaktorzy, korektorki, księgowe, graficy, marketingowcy oraz odpowiedzialni za sprzedaż i dystrybucję. Konieczny jest drukarz, specjalistka od DTP i ktoś od transportu. On dalej też będzie potrzebny, bo z drukarni książka wędruje do dystrybutora, a stamtąd do księgarń. A więc musi być kierowca, magazynier i cała rzesza ludzi, zatrudnionych w księgarniach i u dystrybutorów. 

Można zrezygnować z pewnych etatów, ale wyżej wymieniłem właściwie wszystkich, którzy są niezbędni do tego, aby książkę stworzyć, a potem sprzedać. Wszystkich, z wyjątkiem autora. Bo tak naprawdę, autor, dla nich wszystkich – bez wyjątku – jest tylko złem koniecznym. Oczywiście bez niego książka nie mogłaby powstać, ale w praktyce, mogłaby jak najbardziej. Wystarczy sobie przypomnieć, że jeszcze w średniowieczu nikt się z autorem nie liczył. 

Ten biznes tak działa, że na wynagrodzenie towarzystwa powyżej, składa się cena książki (w odpowiednim nakładzie). Tylko niektórzy mają swój udział w zyskach, większość pracuje za stawkę (etat, umowa-zlecenie itp.). Składa się na nią aż 85% ceny książki, którą płaci czytelnik. Kolejne 5% zabiera Urząd Skarbowy. Reszta, od której państwo tym razem zabiera najmniej 9%, powinna trafić autora. Nie dziwmy się, że wielu autorów decyduje z tego powodu się na samopublikowanie. 

Wielu, rezygnując z wydawcy lub dystrybutora, jest w stanie zarobić sześć lub osiem razy więcej. Tak stają się autorami niezależnymi (indie autor, independent author), a ich metodę wydawania określa się (niezupełnie słusznie), jako self-publishing. Nawet w Polsce mamy kilka jaskrawych i mniej znanych przykładów. To naprawdę działa! Rynek (wydawcy, dystrybutorzy, księgarze) patrzy na takich autorów spode łba, bo takie działanie odbiera im chleb. Na szczęście dla nich tylko okruchy. 

Wydawcy z gruntu postępują jednak uczciwie. To, że autor dostaje tak mały udział w zyskach, wynika z ogromnych rabatów dla dystrybutorów – nawet do 60% ceny. Takie są wymagania rynku. Jednak istnieje pewna grupa tych, którzy nie są wobec autorów uczciwi. Prawdziwy wydawca decyduje się wydać dzieło autora (ryzykując pieniądze), doprowadza do wydania, a potem stara się je sprzedać w możliwie największym nakładzie. Im sprzeda więcej, tym więcej zarobi autor i wydawnictwo. 

Wraz z pojawieniem się autorów samodzielnie wydających swoje dzieła powstały tzw. wydawnictwa self-publishing lub wydawnictwa ze współfinansowaniem. Ich strategia polega na tym, że przyjmują dzieło (zwykle każde, nawet najgorsze) i za usługę jego wydania żądają od autora pewną opłatę. Jej wysokość jest uzasadniania z zaskakującą kreatywnością. Zawsze jednak jedno jest pewne, to autor płaci, nie tzw. wydawnictwo. Nawiasem mówiąc, ten skrótowiec nie użyłem z powodu nieznajomości zasad jego użycia. 

Te, tzw. wydawnictwa, a naprawdę firmy wydawnicze (usługowe) wykorzystują niewiedzę, brak doświadczenia oraz próżność. Prawie zawsze stosowana jest magia obietnic, skrupulatne wyliczenia oraz podsycanie próżności autorów. W repertuarze kłamstw mamy bajdurzenie o potencjale, trudne czasy, sukcesy autorów odrzuconych przez wydawnictwa, opowieści o tym, że nie da się zadebiutować bez znajomości oraz o tym, jak dobra jest nasza książka itp. Prawda jest jednak inna, a w zajebistej szczególności, jeśli mówimy o dziele. 


Autor płaci i jest przekonany, że jego książka jest dobra, zostanie dobrze wydana, trafi do sprzedaży i będzie można na niej zarobić. Niektórzy wierzą, że to otworzy im drzwi do kariery i sławy pisarza. Gdyby tak jednak było, mielibyśmy tysiące Dorot Masłowskich i Mirków Nahaczy debiutujących w N*** czy w P***, a nie mamy prawie nikogo. Reguły gry są nieubłagane. Jeśli od autora żąda się, aby zapłacił za wydanie, to zarabia się na nim, a nie na sprzedaży jego dzieła.

Vanity publishing to nie self-publishing! Autor, zlecający wydanie książki firmie wydawniczej, nie jest – według mnie – niezależny. Samodzielne wydawanie utworów polega na czymś innym. Więcej o tym,  czym są wydawnictwa vanity (ze współfinansowaniem), jak oszukują autorów i jak się przed nimi ustrzec (na prawdziwych przykładach) przeczytasz w moim Poradniku selfa.

1 komentarz:

  1. Hej. Mam pytanie.
    Czy Krystian Bala napisal " De Liryk"?
    Ogolnie nie moge znalezc informacji na ten temat.
    A ktos gdzies na forum napisal ze ma De Liryk.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Komentarze wulgarne, hejt oraz spam będą usunięte.

Zobacz, jak nas oszukują wydawcy

Niedawno pisałem o tym, dlaczego obecnie książki są dłuższe , niż jeszcze kilkanaście lat temu, upatrując w tym spisku żądnych wielkich pie...