23 lutego 2019

Mojej nowej powieści nie będzie

Nie pojawił się tutaj jeszcze żaden wpis, sygnowany cyferką 2019. A blog bez przynajmniej jednego wpisu tygodniowo podobno bardzo szybko umiera. Wrzucam więc dziś coś, żebyście nie pomyśleli, że umarłem. A przy okazji przyznaję, że tytuł posta jest odrobinę click-baitowy. To po to, by przyciągnąć Waszą uwagę. W czasach Internetu to prawie sztuka. 



Tak, blog zaniedbałem, ale wciąż żyję oraz (co niektórych może rozzłościć), piszę – chociaż nowej powieści nie będzie. Na razie. To z tego powodu nie mam czasu, aby wrzucić tu coś budującego serce (albo rozum), co mogłoby Was zainteresować. Dawno już się do tego przyznałem, że prowadzenie bloga jest dla mnie czasochłonne. Staram się przekazywać tu wartościowe treści, a to wymaga w moim wypadku przygotowania i sporej pracy oraz czasu. Czasu, którego niestety wciąż mi brakuje. Jak wszystkim. I nie pomylę się, pisząc, że nie zależy mi na milionach odsłon. Tak, na odsłonach mi nie zależy, ale na czytelnikach owszem. Dlatego dla Was wciąż coś piszę.

Nie planowałem jej, nie miało jej być, ale będzie 

Zaczął się nowy rok, z nim pojawiły się nowe postanowienia i plany. „Nowy rok, nowe możliwości” – że zacytuję ktoś, kto stał się inspiracją przy tworzeniu bohatera mojej najnowszej powieści, nad którą ostatnio intensywnie pracuję. Ta nowa powieść jest czwartą częścią serii astronomicznej o prawdopodobnym tytule „Czas Wagi”. Zanim jednak napiszę kilka słów o niej, skupię się na tym, dlaczego innej mojej nowej powieści (na razie) nie będzie, chociaż przecież – jak pamiętacie – dawno jest już napisana. Chodzi o trzecią część kryminalnej serii astronomicznej. Najpierw była Era Wodnika, potem Punkt Barana, a teraz miały być Gwiazdy Oriona”. Miały, ale nie będą. Pewnie bardzo Was interesuje z jakiego powodu.

Odwiedzającym ten blog incydentalnie wyjaśnię, że będzie to chronologicznie, według czasu akcji pierwsza część tej serii. Ta nowa powieść, której na razie (jak już trzykrotnie nieprzypadkowo i click-baitowo wspominałem) nie będzie, to „Gwiazdy Oriona”. Serii pisać nie planowałem, ale kilka lat po ostatecznie zaskakująco pozytywnym przyjęciu mojej pierwszej powieści kryminalnej pt. „Era Wodnika”  napisałem jej kontynuację („Punkt Barana”). Po tym, jak została ona niemal wydana przez pewne duże wydawnictwo, postanowiłem, że napiszę jeszcze lepszą, trzecią część i tak powstanie seria powieści kryminalnych

To wszystko zaczęło się w 2010 roku od „Ery Wodnika”

O ile „Era Wodnika” rodziła się w bólach, a jej początki na rynku nie były specjalnie udane, to kontynuacja miała szansę stać się bestsellerem. Po kilkumiesięcznych negocjacjach z wydawnictwem finalnie do podpisania umowy nie doszło i książkę wydałem samodzielnie. Wierzę w nią i jestem pewien, że jeszcze bestsellerem zostanie. Tymczasem nie przestawałem pisać, szczególnie że pisząc część drugą, zebrały się pomysły i materiały na część trzecią. I czwartą. A może nawet piątą i szóstą. Przysiadłem więc przy klawiaturze i zacząłem stukać. Teraz jest efekt. I jestem bardzo zadowolony. Napisałem naprawdę świetną powieść kryminalną. 

Pod koniec ubiegłego roku, jak informowałem na swojej stronie autorskiej, powstała trzecia część serii astronomicznej pt. „Gwiazdy Oriona”. Kosztowała mnie ona kilka miesięcy pisania, a potem nanoszenia licznych poprawek i skreślania. Planowałem ją wydać pod koniec 2018 roku. Do tego, jak wiecie, nie doszło, ponieważ pisanie i poprawianie (!) się odrobinę przeciągnęło, a także dlatego, że po raz kolejny spróbowałem nawiązać współpracę z tradycyjnym wydawnictwem. A jak wiadomo, odpowiedzi wydawnictw na propozycje wydawnicze pojawiają się z pewnym opóźnieniem, więc stąd ten kilkumiesięczny poślizg…, ale nie tylko. Ponieważ coś się u mnie zmieniło. 

Przyznaję, jestem już zmęczony samopublikowaniem 

Wiem, że jak na kogoś, kto kilka miesięcy wcześniej wydał poradnik pt. „Biblia #SELF-PUBLISHINGu” to być może interesujące stwierdzenie, ale po raz kolejny publicznie przyznaje, że samodzielnie publikowanie już mnie bardzo zmęczyło. Od dawna nie kryję, że pomimo oczywistych zalet tej formy publikowania własnych dzieł, jest to w ogólnym rozrachunku gorsza (trudniejsza?) droga wydawnicza. Nie ma się co oszukiwać. To prawda. I mnie ona bardzo męczy. Zabiera czas i energię, jaką mógłbym spożytkować na pisanie. Mam również poczucie, że dalej już nic dla mnie nie ma. Opublikowałem samodzielnie kilka powieści, nowel, dwa zbiory opowiadań i... No właśnie!

Po latach samodzielnego wydawania zbliżyłem się do punktu, gdzie niczego dalej dla siebie nie widzę. Do tego doświadczenia ze współpracy z kilkoma dobrymi, tradycyjnymi wydawnictwami utwierdziły mnie w przekonaniu, że „z kimś jest dużo łatwiej, niż samodzielnie”. Już dwa lata temu przy projekcie „Opowiadania lotnicze” (nie doszedł do skutku) właściciel wydawnictwa stwierdził, że znalazłem się na etapie, kiedy potrzebuję nowego otwarcia. A ja pomyślałem nad tym i się z nim zgodziłem. Działalność wydawniczą zawsze stawiałem na drugim miejscu, obok pisania, a nie zamiast niego. Samopublikowanie daje wolność, ale ją też odbiera, zabierając czas i uwagę.  

Panie Sowa, potrzebuję pan nowego otwarcia

Jest jednak pewien problem. Komuś takiemu jak ja, a zatem autorowi kojarzonemu wyraźnie z samodzielnym wydawaniem, nie jest łatwo przejść na drugą stronę. Pamiętajcie, że samopublikowanie (często zwane niesłusznie self-publishingiem) jest w Polsce źle kojarzone. Po prostu źle. Więc wydawcy boją się podjąć ryzyko, nie wiedząc, jak zareaguje czytelnik. W tej sytuacji beletrystyczny debiut, w moim odczuciu, jest de facto jeszcze trudniejszy niż zwykły. Musiałem zaproponować coś naprawdę bardzo dobrego, aby przekonać wydawcę, że warto zaryzykować. To wymagało niezłego pomysłu, uporu i wielu godzin pracy. Dobrze, że się udało.

Napisałem naprawdę świetną powieść. Wiem, że brzmi to nieskromnie. Nie będę jednak udawał fałszywej skromności, kiedy jestem pewien wysokiej jakości swojego dzieła. Poświeciłem ostatniej powieści bardzo, bardzo dużo czasu i zaangażowania. Włożyłem wiele wysiłku w wymyślenie bohaterów, uknucie intrygi oraz zbudowanie fabuły. Niebagatelne znaczenie ma również fakt, że przez lata mój warsztat się znacznie poprawił. To zaowocowało masą bezcennych doświadczeń. Dzięki temu moja najnowsza książka będzie, według mnie, bezapelacyjnie najlepszą z wszystkich, jakie dokąd opublikowałem. No dobrze, powiecie, a gdzie jest puenta? Informuję, że akapit niżej. 

Ta najnowsza powieść nie będzie opublikowana, na razie 

Jeden z tradycyjnych wydawców przyjął propozycję wydania „Gwiazd Oriona”. Zdecydowałem się podpisać z nim umowę. Obecnie trwa proces wydawniczy. To oznacza, że na moją najnowszą powieść będzie trzeba jeszcze trochę poczekać. Mam nadzieję, że dzięki temu niebawem na półki w większości tradycyjnych księgarni trafi książka, jeszcze lepsza, niż gdybym wydał ją samodzielnie. Wprawdzie nie ja będę już decydował o wielu aspektach, na jakie do tej pory miałem wpływ (np. cena, okładka, dystrybucja itp.), ale zyskuję coś, czego działając sam, nie mogłem dotąd osiągnąć. Zwykle nad moimi powieściami pracowałem sam, teraz są ze mną profesjonaliści.

Zdaję sobie sprawę, że u niektórych podpisanie przeze mnie umowy wydawniczej z tradycyjnym wydawcą na opublikowanie mojej powieści może budzić zdziwienie. Doświadczenia, jakie zdobyłem przez lata publikowania, pozwalają mi przecież samodzielnie wydawać własne książki. Potrafię swoje e-booki oraz książki (z ograniczeniami) wprowadzać do szerokiej dystrybucji, a potem sprzedawać i osiągać z tego tytułu całkiem niezłe dochody. Tak, ale umowa (tak naprawdę kolejna) z tradycyjnym wydawcą, jest wyborem łatwiejszej oraz – według mnie – obecnie zdecydowanie lepszej dla mnie ścieżki wydawniczej. Self-publishing to tylko jedna z dróg, niestety bardziej wymagająca.

Wiem, że jestem postrzegany, jako autor od lat z publikujący swoją beletrystykę, niezależnie od wydawnictw i ceniący sobie swobodę twórczą. Dla wielu zaczynających przygodę z samopublikowaniem mogę być autorytetem, weteranem prawdziwego self-publishingu w Polsce, autorem będącym przez lata wiernym pisarstwu niezależnemu. Może się wydawać, że ktoś taki nie potrzebuję wydawcy. Nie ukrywam jednak, że do sprawy mam podejście czysto praktyczne. Self-publishing zawsze będzie dla mnie tylko jedną z dróg. Na pewno nie lepszą. Z wydawcą jest dużo prościej. Muszę się też przyznać, że jest jeszcze jeden argument, jaki zaważył na mojej decyzji.


Aleksander Sowa jest grafomanem, jego książki to gnioty

Moja twórczość, jak działalność każdego twórcy, była wielokrotnie poddawana mniej lub bardziej konstruktywnej krytyce. Krytyce nierzadko niewybrednej z powodu niewiązania się z wydawcą. Samopublikowanie, jako zjawisko w Polsce jest źle postrzegane. Wielokrotnie podkreślałem, że nie jest rozumiane, a self-publishing zbyt często jest wrzucany do jednego worka z grafomanią i dziełami słabymi. Jednocześnie, według mnie umowa wydawnicza nie daje legitymacji komukolwiek, by czuć się lepszym twórcą, autorem lub pisarzem, a tak często, niestety, bywa. Takie otwarte wyrażanie niepopularnych opinii nie przysporzyło mi przyjaciół w  branży.

Wielokrotnie publicznie nazwano mnie grafomanem, a moje książki gniotami. Robili to blogerzy, komentujący oraz autorzy, w tym szczególnie ci, wydający na tradycyjnej ścieżce. Zdecydował się na to nawet pewien wydawca literacki (a raczej autorka, którą wydał). Koronnym argumentem potwierdzającym moją grafomanię ich zdaniem był fakt, że żadne z moich dzieł beletrystycznych nie zostało przyjęte do druku w tradycyjnym wydawnictwie. A skoro tak, to oznacza moją grafomanię i tworzenie gniotów, zamiast prawdziwych książek. I zarzut ten powtarzał się u innych jak mantra. Przyjęcie do druku mojej kolejnej książki mogłoby im wszystkim zamknąć usta. A raczej odebrać argument, bo pewnie i tak nie zamilkną.

Kiedy samodzielnie z sukcesem realizowałem proces wydawniczy, dystrybucję i sprzedaż, tradycyjna ścieżka wydawnicza nie była dla mnie celem. A jednak przyznaję, że sama w sobie stała się nim, szczególnie w ogniu, czasem silnej krytyki. Szukałem wydawcy również z jej powodu. Nie był to oczywiście najważniejszy argument, ale mocno wpłynął na moją decyzję o związaniu się z tradycyjnym wydawcą. Wiem, że krytyka nie ustanie. Mam jednak nadzieję, że jeden z argumentów straci na znaczeniu. Nie mam żalu do krytykujących, raczej im dziękuję, bo dzięki nim, mój (a nie ich!) odbiorca zyska jeszcze lepszą, bardziej dopracowaną książkę. Więc ta czasem ordynarna krytyka, pośrednio, poprawiła moje książki.:-)

Odbiorca zyska dopracowaną i lepiej wydaną książkę   

Nie będę zajmował się składem, projektem okładki czy sprzedażą. Zaoszczędzoną energię przeznaczę na pisanie kolejnej książki, a „Gwiazdy Oriona” będziecie mogli kupić niebawem w prawie każdej księgarni stacjonarnej oraz oczywiście internetowej. Wkrótce przekaże Wam więcej informacji na temat tego, kto jest wydawcą, kiedy książka się pojawi w księgarniach itp. Zapisujcie się do mojego newslettera, zaglądajcie tu czasem. Zapraszam. Będę miał również trochę książek do rozdania blogerom, instagramowcom i fejsbukowiczom w celach recenzenckich. Zostańcie, bo warto. A ja wracam do pisania kolejnej książki (Czas Wagi), którą mam nadzieję oddać mojemu nowemu, tradycyjnemu wydawcy do połowy tego roku. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze wulgarne, hejt oraz spam będą usunięte.

Mojej nowej powieści nie będzie

Nie pojawił się tutaj jeszcze żaden wpis, sygnowany cyferką 2019. A blog bez przynajmniej jednego wpisu tygodniowo podobno bardzo szybko um...