24 września 2018

Ile sprzedałeś i jaki masz nakład?

Jeśli słyszymy, że pewną książkę sprzedano w tysięcznym nakładzie, myślimy, że musi być gorsza niż ta, której sprzedało się 10 tysięcy. Wiadomo, jesteśmy czuli na liczby. A jednak takie kryterium oceny nie zawsze się sprawdza.

Jednym z problemów ze zrozumieniem zjawiska samopublikowania (niech będzie, że z self-publishingu) według mnie, polega na tym, że jest ono porównywane do tradycyjnej metody wydawania. Zasadniczo, jest to naturalne, ale czasem powoduje istotne nieporozumienia i przekłamania. Bo, jeśli odniesieniem dla samopublikowania ma być tradycyjny sposób wydawania, to generujemy taką sytuację, jakby w świecie lotniczym porównywać osiągi szybowca, do samolotu myśliwskiego z napędem odrzutowym.

Dziwi mnie podejście do samopublikowania 
większości dziennikarzy i blogerów

Szybowce startują z pomocą samolotu lub wyciągarki i grawitacyjnie, a do latania wykorzystują prądy wznoszące. Samoloty wykorzystują do tego silnik (silniki) i aby latać, nie potrzebują prądów wznoszących. Piloci odrzutowców prawie nie zwracają uwagi na coś, co dla pilotów szybowców jest warunkiem koniecznym do utrzymywania się w powietrzu. Porównywanie tych dwóch rodzajów latania jest bez sensu. Podobnie jest, w niektórych aspektach, z samopublikowaniem i wydawaniem tradycyjnym.

Niektórzy z was, po lekturze moich dzieł wiedzą, że lotnictwo to moje wielkie hobby i wybrałem ten przykład nieprzypadkowo. Tworzenie historii i publikowanie książek jest drugą moją wielką pasją. I o ile pilotowałem zarówno szybowce, jak i samoloty, tak samo mam doświadczenia w publikowaniu na tradycyjnej ścieżce wydawniczej i samodzielnie. Obserwuję zjawisko samopublikowania i aktywnie działam na tym polu. I dziwi mnie podejście do niego, szczególnie wśród dziennikarzy i blogerów.

Tym pierwszym można wybaczyć, bo nie mają czasu, by zająć się porządnie tematem, jednak blogerzy powinni. A najjaskrawiej to widać w dyskusji, kiedy mówimy o nakładach. Zanim jednak o tym opowiem, chciałbym uściślić pewne fakty. Szybowiec nie mając silnika, nie może sam wystartować, a potem lecieć z prędkością 1,5 Ma, z tej prostej przyczyny, że jest szybowcem, a nie samolotem. Tak, jak autor indie, nie jest autorem tradycyjnym i jego książka nie może osiągnąć tego, co wydana tradycyjnie.  Chyba że… ale to już jest inny temat. Wróćmy do samego początku.

Punktem wyjścia jest dzieło. Już na tym etapie mamy czasem pewne różnice. Dzieło, które zostanie przyjęte do druku w wydawnictwie, musi spełnić wymogi ekonomiczne. Będzie wydane, ponieważ wydawca ma nadzieję graniczącą z pewnością, że nakłady poniesione na jej wydanie, druk, reklamę oraz sprzedaż się zwrócą. Istnieje ponadto uzasadnione (doświadczeniem wydawcy, badaniami marketingowymi lub trendami) prawdopodobieństwo, że na wydaniu będzie mógł zarobić. Dlatego dzieło wydaje.


Duży wydawca to ogromna, rozpędzona machina, 
nastawiona na ilość  

Nie ma znaczenia, czy jest ono wysokiej klasy, czy autor to geniusz, a jego utwór wniesie cokolwiek do literatury, kultury i języka. Jasne, że są pewne standardy, ale nie mają one większego znaczenia w rozmowie z księgowym. Wydawnictwa istnieją po to, aby dzięki wydawanym w nich utworach, mogły zarabiać związani z branżą ludzie. Wielu ludzi. Myślenie, że wydawnictwa kierują się misją to błąd. Zasadniczą ich misją jest zarabianie pieniędzy (w 2017 roku Polsce ten rynek wyniósł ok. 3 miliardy PLN).  

Jasne, że książka może być za słaba. To, że zostanie jednak opublikowana, można uznać za wadę samodzielnej ścieżki. Z drugiej strony, jej wielką zaletą jest fakt, że zdecydować o tym, czy książka jest słaba, będzie mógł czytelnik, a nie ktoś inny. Więc dzięki samopuplikowaniu mogą do czytelnika trafić utwory nienastawione na zysk, niszowe, eksperymentalne, poezje i coś, co na tradycyjnej ścieżce wydawniczej mogłoby ukazać się jedynie w wydawnictwach non-profit. A także te książki, które są dobre, a jednak nie znalazły uznania u redaktorów z powodów na przykład ekonomicznych. 

Wiemy już, że nasze przykładowe publikacje wędrują do czytelnika innymi drogami. Obie będą książkami, podobnie jak odrzutowy samolot i szybowiec to aparaty latające. Porównywanie ich niektórych cech jest karkołomne, podobnie jak osiągów (np. wznoszenia czy prędkości) szybowca i myśliwca, chociaż oba aparaty umożliwiają latanie. I tak samo, jak samolot nie zawsze będzie lepszy niż szybowiec (bo przykładowo nie wyląduje na ściernisku, co dla szybowca to nie będzie problemem) książka wydana przez wydawnictwo, nie zawsze musi być lepsza od tej, wydanej przez autora samodzielnie.

W dyskusjach o samopublikowaniu pojawia się temat nakładu. Punktem odniesienia jest przy tym informacja, że średni nakład książki wydanej w Polsce to 3-4 tysiące egzemplarzy. I tutaj wyobrażam sobie, jaką minę miałby dyskutant, gdyby kazano mu się ścigać z odrzutowcem za sterami szybowca. Nie można porównywać wyników sprzedażowych książek wydanych samodzielnie z nakładami wydawnictw, nie mając na uwadze, że to dwa różne światy! Przecież duży wydawca to ogromna, rozpędzona machina, nastawiona na ilość. Zupełnie inny jest również model ekonomiczny.


Samopublikujący autor może zarabiać więcej

Autor samodzielny nie musi nastawiać się na tysiące egzemplarzy nakładu, aby mu się zwróciły koszty wydania swojej książki. Jest w stanie osiągnąć zwrot kosztów po sprzedaniu czasem nawet już kilkudziesięciu egzemplarzy. Oczywiście zakładamy inny model dystrybucyjny, bo tak jest zazwyczaj. Samopublikujący autor może zarabiać jednak nawet 70-85% z tego, co za utwór płaci odbiorca! W wypadku tradycyjnej ścieżki wydawniczej bardzo rzadko udaje się autorom przekroczyć próg honorariów na poziomie 10% tej ceny okładkowej. 

Dlatego wydanie niektórych książek (np. poradników specjalistycznych) o niszowej tematyce może być opłacalne w modelu samodzielnym i zupełnie nieopłacalne w modelu tradycyjnym. To również oznacza, że autorzy samodzielni sprzedając pogardzane „zaledwie” kilkaset egzemplarzy swoich książek, mogą zarabiać tyle samo, co autorzy tradycyjni, z kilkutysięcznych nakładów. Zrozumienie tych różnic, według mnie, w wielu wypadkach może zmienić podejście do tematyki samopublikowania, które jest modelem nie gorszym, ale po prostu innym niż tradycyjna ścieżka. 

Przyzwyczajono nas, że wielkie liczby są dobre. Na półkach mamy produkty identyczne pod różnymi szerokościami geograficznymi. Smakują, wyglądają i pachną tak samo. Trwa hegemonia wielkich koncernów w wielu gałęziach gospodarki. A jednak czasem trafiamy na coś, co jest wytwarzane w niewielkich seriach, czasem bez użycia maszyn, tak jak dawniej i wtedy okazuje się, że to coś pachnie, smakuje i wygląda inaczej. Kosztuje tyle samo, chociaż to zupełnie inny, unikalny produkt. 

Czasem zatrzymujemy się w nieznanym nam miejscu, o którym nigdy nie słyszeliśmy i nie widzieliśmy jego reklamy. Okazuje się, że zamiast dobrze nam znanego kurczaka z McDonaldsa, kupujemy naprawdę smaczne i do tego niedrogie inne, regionalne danie. Zamawiamy piwo z nieznanego nam małego, rzemieślniczego browaru o smaku nieporównywalnym do tych, które można znaleźć w dyskontowych puszkach. I rozumiemy, że porównywanie tych smaków nie ma sensu.  To dwa światy.


Samopublikowanie nie jest gorsze, ale po prostu inne 
niż publikowanie tradycyjne 

Podchodzenie w taki sam sposób do efektów samopublikowania, jak do wydawania w wydawnictwach, jest błędem. Samopublikowanie może się udać, jeśli uznamy, że nie nastawiamy się na wielotysięczne nakłady. Co ciekawe, zauważyłem, że przy takich porównaniach występuje zespół niedowierzania samopublikującemu autorowi, o którym napiszę za tydzień. Zainteresowanym samodzielnym wydawaniem swoich książek i zarabianiu na tym polecam „Biblię #SELF-PUBLISHINGu” - książkę, która prawdopodobnie odpowie na wszystkie pytania.
--
fot. www.sxc.hu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze wulgarne, hejt oraz spam będą usunięte.

Czy to koniec książki po polsku w Amazon?

W poradniku dla samopublikujących autorów pt. „ Biblia SELF-PUBLISHINGu ” napisałem, że CreateSpace to niemal idealna platforma dla publiku...