15 marca 2018

Self-publishing czy klasyczne wydawnictwo?

Już widzę, jak zdumienie maluje się na twarzach tych, którzy dowiadują się, że swój poradnik dla samopublikujących autorów nie wydałem samodzielnie. Pewnie zdziwicie się jeszcze bardziej, jeśli napiszę, że prawdziwy self-publishing nie jest dla każdego. A to, co się przyjęło u nas określać, jako self-publishing, wcale nim nie jest.

Jest za to sporo treści zachęcającej do samopublikowania. Self-publishing jest wychwalany. Ma być wręcz remedium na patologię robaczywego rynku wydawniczego, gdzie rządzą układy i pieniądze. Szkoda, że self-publishing chwalą autorzy niemający o nim pojęcia. Szkoda też, że prawdziwego self-publishingu w Polsce wciąż prawie jeszcze nie ma.

Nie myślcie, że z entuzjasty samopublikowania stałem się jego zagorzałym przeciwnikiem. Jednak po latach patrzę na pewne sprawy z dystansu. Owe pewne sprawy się również nieco zmieniły. I widzę, jak zjawisko jest krytykowane. Czasem słusznie, czasem nie. O samowydawaniu w Polsce wiemy niewiele, sukcesy są pojedyncze, a zjawisko postrzegamy raczej negatywnie i prawie zupełnie go nie rozumiemy.

Zapłacenie X-kwoty firmie wydawniczej za wydanie nie jest self-publishingiem. Wydanie e-booka w tradycyjnym wydawnictwie nie jest self-publishingiem. Nie jest nim również współfinansowanie wydania, jakkolwiek by pseudowydawca to sprytnie nie nazwał. Obecnie nasz self-publishing to przede wszystkim pomysł garstki biznesmenów na to, jak zarobić trochę grosza, na aspirujących do miana pisarza nieświadomych autorach.

Tak wydane utwory (większość) zostały wcześniej odrzucone przez wydawnictwa. Jasne, że powody sprowadzają się zwykle do wspólnego mianownika, którym jest pieniążek. I self-publishing jest wyjściem awaryjnym, zastępczym, alternatywnym. Jest zdecydowanie częściej koniecznością niż  świadomym, dobrowolnym wyborem. A jest tak, ponieważ ma on poważne wady.

Takie wydawanie wymaga czasu, wiedzy z różnych dziedzin (DTP, grafika, marketing, sprzedaż itp.) lub środków, jeśli wiedzy się nie ma. Zresztą one i tak są potrzebne. Nobilitacja żadna, metoda na debiut fatalna. Zarobić, teoretycznie, można więcej, ale więcej trzeba też zainwestować. Gwarancji zwrotu nie ma prawie żadnej. Brak również fachowego doradztwa, na jakie można liczyć, decydując się na współpracę z prawdziwym wydawnictwem.

Do udanego self-publishingu niezbędna jest grupa odbiorców. Ten, kto ją ma, ma duże szanse na powodzenie. Powinna być na tyle liczna, żeby skórka się opłaciła za wyprawkę. Książkę/e-book trzeba jeszcze sprzedać, ktoś to musi zrobić, a to oznacza czas (rozliczenia, podatki, ZUS, księgowość) i niestety pewne koszty, których uniknąć się nie da. No i ta wiedza. Nie każdy ją ma, jej zdobycie nie jest proste, ani tym bardziej przyjemne. Ja, zbierałem ją latami.

Prawdziwy self-publishing u nas sprowadza się prawie zawsze do prowadzenia własnego wydawnictwa. To, co mamy u nas do dyspozycji, właściwie prawie zawsze jest vanity-publishingiem i jego hybrydami (np. vanity self-elecronic). One nie dają poważnie myślącym o samopublikowaniu autorom prawie niczego dobrego. Zresztą, niewielu autorom samopublikowanie daje cokolwiek dobrego.

Self-publishing nie jest taki różowy, jak go entuzjaści malują. Nie jest jednak tak czarny, jak kreują go inni. Nie ma wątpliwości, że samodzielne wydanie jest trudniejsze od wydania z wydawcą. Jest również bardziej ryzykowne dla autora, a czytelnicy kojarzą je z bylejakością i amatorszczyzną. Mógłbym wymieniać dalej, ale nie mam czasu. Bo to on (i koszty!) zaważyły, że tym razem wybrałem tradycyjną ścieżkę wydawniczą.

Moim zdaniem, prawie zawsze lepiej jest zdecydować się na wydanie w klasycznym wydawnictwie. Tyle że rzadko jest wybór. Ja go miałem. Jednak to, co jest dobre dla mnie, niekoniecznie sprawdzi się u innego autora. Każdy przecież jest inny, nie ma dwóch identycznych dzieł i takich samych sytuacji. Bronią autora jest wiedza. Znajdzie ją w moim poradniku.

Wydawanie własnych utworów to trudna, twarda rozgrywka. W starciu z klasycznym wydawnictwem self-publishing niemal zawsze przegrywa na punkty dziesięć z dwunastu rund. Jednak w tym sporcie, nawet teoretycznie o wiele słabszy zawodnik, jednym ciosem może położyć drugiego na deski w ostatniej rundzie. Bo ma doping czytelnika.  I o tym, trzeba pamiętać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze wulgarne, hejt oraz spam będą usunięte.

Zobacz, jak nas oszukują wydawcy

Niedawno pisałem o tym, dlaczego obecnie książki są dłuższe , niż jeszcze kilkanaście lat temu, upatrując w tym spisku żądnych wielkich pie...