11 maja 2018

Pisz, skreślaj, poprawiaj

Tworzenie nowej książki to akt składający się z kilku etapów. Bardzo mylą się ci, którzy sądzą, że najważniejszym z nich jest pisanie. Owszem, to etap istotny. Największy wpływ na formę dzieła ma jednak coś zupełnie innego. 

Mam biurko, komputer i lampkę. Pomysły i determinację. Pomaga mi ściana, a na niej najważniejsze założenia nowej książki (lista rozdziałów, mapa ataków mordercy, tabelka z nazwiskami ofiar oraz datami i miejscem ich śmierci). Mam tam też pewne żelazne zasady, którymi staram się kierować pisząc i poprawiając swoje teksty. Najważniejsza brzmi: Skreślaj, co tylko się da.

Tytuł tego wpisu pierwotnie miał rozpoczynać jeden z rozdziałów mojego poradnika dla autorów, jaki niebawem trafi do rąk czytelników. Jednak w myśl wspomnianej zasady usunąłem tytuł. Wraz z nim, cały rozdział.  Nie pasował do koncepcji tego dziełka, więc został wycięty. Nie ma w tym niczego dziwnego. Moje teksty w ten sposób powstają – bardziej od skreślania i poprawiania niż od pisania.

Wielokrotnie zmieniam zdania wypuszczane spod klawiatury. I to dlatego tak często trafiają się w nich przedziwne literówki (np. „trafiają z przedziwnymi oraz literówki są”), a redaktorzy mają tak wiele pracy przy doprowadzaniu moich manuskryptów do ładu i składu.  Bo jeśli tekst zmienia się dziesięć razy, zwykle zostaje gdzieś niepotrzebny wiór, którego nie widać.

To wynika również z biologii. Tekst utrwala się w mózgu. Po czasie, zdania nie są jednak czytane, ale odtwarzane z pamięci, więc wzrok nie wychwytuje drobnych błędów. Okazuje się, że zmysły nas oszukują i to Parmenides oraz jego uczniowie mieli rację, a nie Heraklit. Bronią przeciwko temu ma być kolejna z zasad, jakimi staram się kierować. Zawsze czytaj to, co napisałeś.

Jej skuteczności wzrasta, jeśli zostaje spełniony warunek „dojrzewania” tekstu, a nie zawsze jest to możliwe. „Dojrzewaniem” tekstu nazywam czas, jaki powinien upłynąć od jego napisania, do chwili, kiedy można go poprawiać. Im ten czas jest dłuższy, tym lepiej dla teksu. Z tego wynika, że stworzenie budulca dobrej książki nie musi być czasochłonne, ale doprowadzenie tekstu do formy nazywaną książką już owszem.  

Istnieją podobno autorzy, którzy piszą książkę w kilkanaście dni. Sam staram się, aby każda moja kolejna powieść była lepiej napisana niż jej poprzedniczka. Nie oznacza to, że piszę ją dłużej, niż poprzednią. Na pewno jednak ją dłużej poprawiam. I nie mieści mi się w głowie, jak można to zrobić w trzy tygodnie. To wymaga geniuszu, kłamstwa albo pisania, jakby się było czarodziejem literatury. Widać, ja nim nie jestem.

Myślę, że najważniejsza z zasad, jakie widzę na kartce obok monitora to trzy słowa: pisz, skreślaj, poprawiaj. Nie wiem, czy mam rację, ale piszę, skreślam, i nieustanne poprawiam to, co napisałem. Dopieszczam tekst, wyzbywam się niepotrzebnych słów. To praca rzemieślnicza. I najgorsza w niej nie jest czasochłonność. Znacznie bardziej frustruje fakt, że kiedy książka trafi już do czytelnika, okazuje się, że zawsze coś można w niej jeszcze skreślić, poprawić albo dopisać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze wulgarne, hejt oraz spam będą usunięte.

Książka jest gorsza niż film, cz. III

W poprzednich dwóch wpisach , z pomocą przykładów starałem się udowodnić, że wyprodukowano filmy, które powstały na kanwie dzieł literackic...