Zobacz, czego nauczył mnie self-publishing

Minęło kilkanaście lat, odkąd wydano moją pierwszą publikację. Po niej przyszły następne, potem zacząłem wydawać sam. Moje książki trafiły do tysięcy odbiorców, sporo zarobiłem na wydawanej samodzielnie twórczości. Nie mam Porsche i willi z basenem, ale czegoś się nauczyłem. 



Publikuj tylko dobre książki. Książka może się podobać odbiorcy albo nie. Wydany tytuł musi być jednak dopracowany. Nie może być mowy o błędach stylistycznych czy interpunkcyjnych, że o ortograficznych nie wspomnę. Nie warto oszczędzać na redakcji i korekcie, a pośpiech i droga na skróty wcześniej lub później odbijają się czkawką. Straty są niepoliczalne, bo dotyczą reputacji. Źle wydana książka kładzie się cieniem na autorze przez długie, długie lata, jeśli nie do końca. Czytelnicy mają ogromny wybór i jeśli raz zrażą się do nazwiska, nie można ponownie zdobyć ich uwagi, szacunku i pieniędzy. Jeden zadowolony czytelnik przyciąga do autora czterech innych, niezadowolony zniechęca szesnastu.

Moje najwcześniej wydawane książki kulały redakcyjnie. Myślałem, że tani redaktor może dobrze wykonać swoją pracę. Przekonałem się, że drogi redaktor nie musi być dobry, a po redakcji za kilkaset złotych  korekta i tak potrzebna. 

Droga na skróty wiedzie przez mękę. W działalności publikującego niezależnie od wydawnictw autora nie ma dróg na skróty. Każdy kolejny tytuł czegoś uczy. Fabuły stają się ciekawsze, bohaterowie wyraziści, a akcja nabiera tempa. Taka działalność wymaga czasu, samodyscypliny, odporności. Pisarz przypomina gąbkę, która zasysa doświadczenie życiowe, tematy, postaci. To z nich powstaje fikcyjny świat, który trafia do czytelnika w postaci fabuły. Trzeba poczekać z publikacją. Historia zyskuje, kiedy dojrzeje, okrzepnie i w odpowiedniej chwili zostanie poprawiona. Publikując samodzielnie, trzeba kontrolować książkę na każdym etapie tworzenia, pomiędzy jej napisaniem (a nawet wcześniej – na etapie pomysłu) do chwili, kiedy trafia do czytelnika. Próba pójścia na skróty  może skończyć się katastrofą. 

Jedną ze swoich książek wydałem zaraz po jej napisaniu, ufając wydawcy, że zrobi to profesjonalnie. Trafiłem na kogoś, kto nie był w tym dobry. Książka dojrzała, dopiero kiedy przepracowałem treść i kolejny redaktor doprowadził tekst do porządku. 

Słuchaj uwag i nie przejmuj krytyką. To jasne, że książka nie będzie się wszystkim podobać. Nawet zupę pomidorową nie wszyscy lubią. Trzeba przygotować się na opinie, a one będą różne, nie zawsze dobre. Jedna negatywna recenzja nic nie znaczy, jednak ta sama, powtarzające się uwaga  powinna dać do myślenia. Należy czytać recenzje, analizować konstruktywne wypowiedzi oraz opinie odbiorców. Wnioski jednak wyciągać trzeba dopiero po odsianiu plew. Wiele zdań o książkach wydanych przez autorów samodzielnie dotyczy w istocie zjawiska self-publishingu, a niektórzy, niestety, już zawiedli się na książkach self-publisherów. Uwaga na wszelkiego rodzaju zazdrośników, zawistników, hejterów i trolli. Ich nie interesują książki, ale potyczki słowne.

Spłynęła na mnie spora fala krytyki. Część uwag się była konstruktywna  i się powtarzała. Jednak pewien bloger napisał na przykład, że moi czytelnicy są upośledzeni i kalecy. Polemika skończyła się pozwem z żądaniem odszkodowania. Przegrał, ja zrozumiałem, że szkoda czasu.  

Ucz się na błędach, wyciągaj wnioski. Kiedy zaczynałem samodzielnie publikować swoje powieści, prawie nikogo w Polsce nie interesowała beletrystyka w formie elektronicznej. Księgarnie internetowe sprzedawały książki papierowe, a jedynymi e-bookami, jakie kupowano były poradniki. Często robiłem w Polsce coś, jako jeśli nie pierwszy, to z pewnością jeden z pierwszych. A takim zawsze jest trudniej, muszą popełniać błędy. Błędy są po to, aby się na nich uczyć. Poprawiłem swoje książki, stare wydania wycofałem z dystrybucji, wprowadziłem nowe, poprawione edycje. Do każdej kolejnej książki „przykładam się” bardziej. Nie oszczędzam na redakcji, tekst przechodzi korektę najmniej dwukrotnie.

Domena pierwszej strony autorskiej była trudna do zapamiętania. Zmieniłem ją na łatwiejszą. Nie wszystkie okładki się podobały, te brzydsze zmieniłem. Jeśli kulała redakcja, książkę podprawiałem do skutku. W trzech przypadkach źle wybrałem wydawnictwo, więc dziś wolę wydać książkę samodzielnie niż z pseudowydawcą. 

Utrzymuj kontakt z odbiorcą. Samodzielnie publikujący autor nie jest zazwyczaj w stanie przeprowadzić skutecznej akcji marketingowej na skalę tego, co może zrobić wydawnictwo z pieniędzmi. To nie oznacza, że self nie powinien walczyć o odbiorcę. Siła autora wydającego bez udziału wydawcy to grupa odbiorców i docieranie nich, bez pieniędzy za reklamę, a także oryginalne pomysły i kreatywność. Decydując się na self-publishing, trzeba prowadzić działalność marketingową. Konieczny jest blog, lista mailingowa, kanały w serwisach socjal-media (Facebook, Twitter, Google+własna strona www i pomysł (a raczej pomysły) pozwalający na nieustanne skupianie uwagi wokół tego, co się robi. Wspaniale mieć również kontakt z dziennikarzami i blogerami, a jeśli nie – o ten kontakt skutecznie zadbać. To wymaga czasu, ale jest konieczne.

Promowałem, zamiast pisać. Brakowało czasu i ochoty, aby tworzyć. Poczułem zmęczenie wszystkim, co wiązało się z publikowaniem. Skupiłem się na pisaniu. Skończyłem kolejną książkę, ale sprzedaż wcześniejszych spadła, a nową zainteresowało się niewielu. 

Publikując samodzielnie, popełniasz pisarskie samobójstwo. Nie oszukujmy się. Niemal cały self-publishing to utwory wcześniej odrzucone przez główny nurt wydawniczy. Bardzo rzadko jest inaczej. Oczywiście powody są różne i odrzucane bywają również dobre książki. Nauczyłem się jednak, że samodzielna publikacja nawet dobrej książki prawie na pewno pozbawia szans na wydanie jej tradycyjną ścieżką wydawniczą. I wystarczy jedna samodzielna publikacja, aby zamknąć przed sobą niektóre drzwi i wpaść w pewną szufladkę. Taki debiut to bardzo, bardzo zły pomysł. Od zdecydowania się na self-publishing, gorszy jest tylko wybór vanity-publishingu.

To pan wydał poradnik dla self-publisherów? Odpowiedziałem: nie –  o tym, jak wydać książkę, z rozdziałem o self-publishingu. Zobaczyłem uśmiech i machnięcie ręka. Kiedy indziej rozmawiając z wydawcą, usłyszałem: niedobrze, wydawał pan sam, self-publishingu nikt nie traktuje poważnie.

To pisanie jest najważniejsze. Pisze się z jakiegoś powodu. Jedni to robią dla pieniędzy, inni dla sławy, ambicji. Ja piszę, bo lubię. To moja pasja. Jednak zdaje sobie sprawę, że dzieło trafia do odbiorcy i ostatecznie to on jest najważniejszy, nie ja. To dla niego powinno się pisać. Więc jeśli wydawcy nie chcą wydawać, dziennikarze nie chcą o pisać, a blogerzy nie umieszczają recenzji nie załamuję rąk. Ostatecznie to czytelnik decyduje, co jest dobre. I jeśli dowiaduję się, że temu, tamtemu i jeszcze komuś innemu bardzo podobała się moja książka, wszystko inne mam w nosie. Mając zadowolonego odbiorcę, odniosłem sukces. On nie musi oznaczać kilkusettysięcznego nakładu.  Zresztą i tak niezły nakład moich książek i e-booków trafił do czytelników. Oczywiście nie są to nakłady gwiazd targów książki czy pierwszych stron w dodatkach do Gazety Wyborczej albo stron głównych portali dla czytelników, ale dla mnie to sukces. Zawdzięczam go temu, że nie poddałem, pracuje, tworzę, wydaję, a moi czytelnicy nadal są ze mną. Dziękuję.

To nieprawda, że mam szczęście do czytelników. Oni są ze mną, bo na to zapracowałem.  Tym, co napisałem, opublikowałem, a ty przeczytałeś. Poświęcasz mi czas, uwagę oraz pieniądze. Płacąc za mój utwór, wynagradzasz mnie za wysiłek, jaki włożyłem w jego napisanie i opublikowanie. W ten sposób mnie wspierasz, jako autora niezależnego. Dzięki tobie mogę tworzyć dalej.  

Jak się zaczęła seria astronomiczna?

Pisząc „Erę Wodnika”, nie zakładałem kontynuacji. Jednak opublikowałem jej sequel, a niebawem pojawi się kolejna część cyklu. Mam już fragmenty czwartego tomu i plany na następne. Dziś o tym, skąd wziął się pomysł i jak zaczęła się seria astronomiczna. Zdradzę, jak powstawały kolejne części i co będzie dalej. 


Wszystko zaczęło się dekadę temu. Zawsze sporo czytałem, interesowały mnie fakty, kryminalistyka, prawo i zbrodnia. Zainteresowałem się tematem seryjnych zabójców. Okazało się, że dość często ich ofiarami padają bezdomni, prostytutki, narkomani, wałęsający się po ulicach czy homoseksualiści. Zaczem czytać o tych, którzy wybierali bezdomnych. 

Analiza poszczególnych przypadków, choć makabryczna, była bardzo ciekawa, żeby nie napisać, że fascynująca. Wielu zabójców wybierało podobne ofiary, ale ich sposób działania, motywy, okoliczności znacząco się różniły. To właśnie od lektury biogramów zabójców (a czasem ich ofiar) zaczęło się to wszystko. To oni mnie zainspirowali. 

Jednym z nich był „Rzeźnik z Rostowa”, sprawca ponad pięćdziesięciu zabójstw. Zabijał dzieci. Inny, okrzyknięty „Kanałowym mordercą”, działał na terenie Frankfurtu nad Menem. Nigdy go nie schwytano. Z kolei Williama MacDonalda, uznano za najbardziej okrutnego zabójcę Australii. Pił alkohol z bezdomnymi, potem pozbawiał ich genitaliów i masakrował. 

Brazylijczyk Gomes da Rocha wyszukiwał ofiary, wałęsając się na motocyklu. Richard Kuklinski wprawiał się do zawodu płatnego zabójcy, mordując 50 bezdomnych. Nieopodal mojej rodzinnej miejscowości zabijał Karl Denke. Przypisuje mu się zabicie, a potem przerobienie na peklowane mięso około 40 ludzi. Nieszczęśników wybierał na dworcu kolejowym.

Także w Polsce działali mordercy gustujący we włóczęgach i bezdomnych. Szczeciński „Eksterminator” uderzył czterokrotnie, nim został zatrzymany. Był też zielonogórski „Francuz”. Zresztą, podobnych przykładów było więcej. Wszyscy posłużyli do stworzenia porterów psychologicznych, jakie pojawiły się na kartach moich powieści z serii astronomicznej. 

Kryminalistyka uczy, że istnieje kilka typów zabójców. Z uwagi na motywację, dzielimy ich na wizjonerów, maniaków władzy, hedonistów i misjonarzy. Jesiennym wieczorem 2007 roku czytałem o tym, jadąc autobusem ulicą Ozimską w Opolu. Przez okno zobaczyłem żebrzącą na chodniku staruszkę i jej widok podsunął mi pewien pomysł. To wtedy zacząłem pracę nad „Erą Wodnika”. 

Bezdomni i włóczędzy padają ofiarami, bo są łatwym celem. Nikt się nimi nie przejmuje, nikt nie szuka. Lektura biogramów potworów w typie misjonarza świadczyła, że eliminując takie ofiary, zabijali jednostki niepożądane lub nieprzydatne w społeczeństwie (w ich mniemaniu). Czasem twierdzili nawet, że „oczyszczają ulice”. Pomyślałem, że taki będzie, mój morderca. 

Wyobraźcie sobie, że istnieje człowiek uważający, że społeczność miasta to ekosystem. Morderca uważa, że, jak w każdym ekosystemie znajdują się w nim jednostki słabe, chore, kalekie lub stare. Wcześniej czy później powinny zostać wyeliminowane. W naturze zajmują się tym drapieżcy. W ekosystemie miejskim zajmie się tym seryjny morderca-misjonarz.

Czerpiąc z bogactwa przyrody i casususów znanych kryminalistyce zacząłem tworzyć. Uznałem, że mój zabójca będzie działał na terenie Opola, będzie wybierał bezdomnych i zechce spełnić pewną misję. W miarę powstawania materiału na książkę okazało się jednak, że wychodzi mi ktoś zupełnie inny, a utwór odbiega od początkowej idei. 

W mordercy z „Ery Wodnika” prawie niczego nie pozostawiłem z fazy, w jakiej zrodził się pomysł. Książka powstała od pierwszego do ostatniego rozdziału, bez planu i konspektu. Dzisiaj, po prawie dekadzie, uważam za poważny błąd. Dziesięć lat temu byłem jednak innym twórcą. Inny był czas, doświadczenie, wiedza i warsztat. Inny był mój morderca. 

Losy jednego z bohaterów „Ery Wodnika” oparłem na sprawie Ryszarda Siwica. Modus operandi mordercy zaczerpnąłem od seryjnego mordercy działającego w USA o pseudonimie Zodiak. Tekst ulegał zmianom, przechodził redakcje, skracałem go i szlifowałem – aż w 2012 roku „Era Wodnika” została opublikowana w ostatecznej wersji. Dziś, jestem z niej prawie zadowolony. 

W żadnym razie nie planowałem kontynuacji. Namęczyłem się z „Erą Wodnika” i miałem jej dość. Miała być pojedynczą powieścią, jednak po kilku latach okazało się, że będzie inaczej. Protagonista spodobał się czytelnikom. Kilka lat po wydaniu, po obejrzeniu filmu: „Psy 2. Ostatnia krew”, ruszyłem wyobraźnią. Niebawem zacząłem zbierać materiały na sequel i stukać w klawisze. Zaczął się rodzić „Punkt Barana” . 

Bohatera osadziłem w nowej rzeczywistości, pięć lat po wydarzeniach znanych z „Ery Wodnika”. Zrobiłem plan, charakterystykę bohaterów i jeszcze raz przeczyłem „Erę Wodnika”. Założyłem, że chociaż wszystkie książki serii będzie można czytać oddzielnie, losy bohaterów muszą być spójne. Wierzcie mi lub nie, ale to trudne zadanie, czasem bardzo mnie ograniczało. 

W drugiej części Stompor nie może mieć sześćdziesiątki na karku, skoro w pierwszej miał lat czterdzieści. Mając pewne cechy w „Erze”, musi je posiadać w „Punkcie” i tak dalej… Skoro jednak wcześniej mowa o dwóch braciach, można z tego skorzystać, prawda? Sięgnięcie do usuniętych przed publikacją fragmentów (oraz bohaterów) bardzo mi pomogło. 

Stworzyłem precyzyjny kwestionariusz bohatera – zresztą nie tylko Emila, ale i pozostałych postaci. Plan podzieliłem na główne wątki i wokół nich zbudowałem fabułę. Jeszcze większy nacisk położyłem na dialogi: złożyłem, że to w głównej mierze właśnie z nich mają składać się moje powieści. Czytelnik nie może przez pół strony się nudzić. 

Czas akcji „Ery” to rok 2008, „Punkt” rozgrywa się w 2012 roku, ale trzecią część przeniosłem  do roku 1992. Akcję kolejnego tomu zaplanowałem na lata 1999-2002, a wydarzenia w zamykającym tytule cyklu na rok 2015. Nie mam jeszcze tylko pewności co do szóstej części, której akcja poprzedzałaby wydarzenia znane z „Ery Wodnika”.

W „Erze Wodnika” i „Punkcie Barana” fabuła ostro skręca w stronę polityki. Taki zwrot nie czyni ich książkami gatunku political fiction. Ten zabieg jednak uwiarygodnia fabuły i czyni je ciekawszymi. Mamy tu odniesienia do zmian politycznych, a nawet postaci, w których można doszukiwać się podobieństw do prawdziwych bohaterów naszej sceny politycznej. 

Również i w trzeciej części („Gwiazdach Oriona”) przyjąłem takie założenia i je realizuję. Czyli, wzór na kolejne części cyklu prezentuje się następująco: Ten sam bohater (Emil Stompor) + nowi bohaterowie + nowe miejsce akcji + nowy czas akcji + nowy czarny charakter. Opcjonalnie gra o najwyższą stawkę (polityka) + zarysowane wcześniej wątki. 

Zrezygnowałem z zakładanej spójności graficznej okładek. Nawiązują do siebie tylko czcionką tytułu. One („Era Wodnika”, „Punkt Barana”, „Gwiazdy Oriona”, „Konstelacja Artemidy”, „Znak Wagi”) odnoszą się do zjawisk, ciał niebieskich i astrologii. Są aluzją do sił napędowych kierujących protagonistami. 

Cykl nie jest skazany na sukces. Powodzenie zależy od tego, czy czytelnik będzie chciał czytać o Emilu. Dlatego już teraz, aby zapewnić sobie potencjalnych odbiorców, zapraszam do pozostawienia kontaktu do siebie. Czyli reklama na koniec, bo zebranie grupy odbiorców jest ważnym narzędziem marketingowym samodzielnie działającego (jak ja) autora. 

Dlatego zapraszam już teraz do pozostania z Emilem Stomporem do końca. Jeśli go polubiłeś, spodobała ci się „Era Wodnika” lub (oraz) „Punkt Barana” i chcesz wiedzieć, co się wydarzy – zapisz się na newsletter już teraz.  Pewnego dnia otrzymasz wiadomość z informacją w tytule: moja nowa książka. Kto wie, czy nie będzie ona za damo, albo z obłędnie korzystnym rabatem? Zapraszam – zapisać możesz się tutaj

Dlaczego moja nowa książka nie jest skazana na sukces?

W Amazonie, Empiku, Virtualo, Google Play, Smashwords i dziesiątkach innych, polskich i światowych księgarni internetowych właśnie pojawiła się moja najnowsza powieść pt. „Punkt Barana”. Choć jest naprawdę dobra, nie ma szans na sukces. Dzisiaj będzie o tym, dlaczego tak jest.




Zacząłem ją pisać osadzając Emila Stompora, bohatera z mojej pierwszej powieści kryminalnej pt. „Era Wodnika” w nowej rzeczywistości. Akcję umiejscowiłem kilka lat po wydarzeniach, jakie rozegrały się na kartach „Ery Wodnika”. Mój bohater wpada w nowe kłopoty i niebezpieczeństwa. Mamy śledztwo, zabójstwa, intrygi, wielką politykę, dużo dialogów i sporo przekleństw. Do tego Warszawę, Hamburg, Biuro Spraw Wewnętrznych Policji, Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i akcję często opartą na prawdziwych wydarzeniach. Policyjna i przestępcza rzeczywistość, jaka otacza bohaterów powieści, jest prawdziwa  i gorzka, jak czarna kawa, bez cukru.

No dobrze, skąd wiem, że moja nowa powieść jest dobra? Przechwalam się czy stosuje wątpliwe moralnie chwyty marketingowe? Otóż nie. Tuż po napisaniu „Punktu Barana” wysłałem manuskrypt do kilkunastu najpoważniejszych wydawców. Jak się można spodziewać, nie otrzymałem prawie żadnej odpowiedzi. Prawie, bo Pani redaktor jednego z największych wydawnictw jednak zatelefonowała. Spotkaliśmy się potem w Warszawie i dowiedziałem się, że w ich wewnętrznym systemie punktacji „Punkt Barana” otrzymał aż 8 na 10 punktów, więc książkę biorą. Osiem na dziesięć to jednak nota niczego sobie, założyłem więc, że książka jest dobra.

Ustaliliśmy warunki współpracy, polegające na braku zaliczki (rzecz jasna), dziesięcioprocentowym honorarium oraz pilotażowym nakładzie trzech tysięcy egzemplarzy plus serii bliżej niesprecyzowanych działań promocyjnych. Niestety jednak potem trzykrotnie zapadała decyzja o odrzuceniu propozycji wydawniczej, a następnie jej przyjęciu. Minął rok, a wydawnictwo miejsca na „Punkt Barana” w swoim planie wydawniczym nie znalazło. Umowy nie podpisaliśmy, więc jak przystało na prekursora samodzielnego wydawania książek i e-booków w Polsce, powieść opublikowałem bez wsparcia.  

W tej chwili jest ona dostępna w polskich księgarniach internetowych, jako e-book w trzech formatach (PDF, MOBI i EPUB), w cenach ok. 10-15 zł oraz w księgarniach światowych w cenie 2,99-3,68 USD. Można ją zamówić także w wersji papierowej w cenach 29-33 zł i ok. 10 USD za granicą. Najtaniej jest w EMPIk-u, więc jeśli mogę wtrącić trochę reklamy to polecam zakup „Punktu Barana” zarówno w edycji elektronicznej jak papierowej właśnie tam. Jest najtaniej (e-book za 11,73 zł a edycja papierowa za 29,49 zł) z darmowym odbiorem w salonie albo wysyłką (od 6,90 zł kurierem) i możliwością płatności przy odbiorze.  Wróćmy do meritum.

Czy żałuję, że moja książka nie poszła nakładem XXXX S.A? Oczywiście, że tak! Tym bardziej że negocjacje zakładały wydanie również „Ery Wodnika”, a także umowę na dwie, lub trzy kolejne części cyklu „astronomicznego” (kolejne części to:  „Gwiazdy Oriona”, „Konstelacja Artemidy” oraz „Znak Wagi”). Zapytacie, co dałaby mi współpraca z XXXX S.A, a czego sam nie mogę w tej chwili uzyskać? Przecież książka jest i tak dostępna? Jest też ebook i to we wszystkich możliwych formatach (Smashwords oferuje oprócz trzech najpopularniejszych również LRF, PDB, TXT, HTML no i DOCX). 

Prawie na pewno, jako autor niezależny zarabiam więcej niż oferowane dziesięć procent od jednego sprzedanego egzemplarza, a na sprzedaż w zagranicznych księgarniach z pewnością nie miałbym co liczyć. Tak, nie miałbym – nie znam polskiego, poważnego wydawcy, który skutecznie współpracowałaby w tej chwili w zakresie sprzedaży e-booków np. z Amazonem. Tak, generalnie zarabiam dużo więcej niż 10% na jednym egzemplarzu (choć za edycje papierowe sprzedawane przez Amazon, CreateSpace i Lulu dostaję ledwie 3-8%). Zatem co dałoby takiemu autorowi jak Aleksander Sowa podpisanie umowy z  XXXX S.A? Hm… Skalę, wsparcie, odciążenie i renomę.

Już wyjaśniam. Wydając wcześniejsze książki z dobrymi wydawnictwami, a do takich zaliczam np. Złote Myśli lub Wydawnictwa Komunikacji i Łączności, tak właśnie było. Wsparcie otrzymałem na kilku poziomach: począwszy od pracy nad tekstem, poprzez sprawę okładki, oferty promocyjnej, na skutecznej promocji oraz dystrybucji skończywszy. 

No właśnie – promocja i dystrybucja.  Moja książka, chociaż teoretycznie mogłaby być skazana na sukces, tego sukcesu prawdopodobnie nigdy nie osiągnie. Nie osiągnie, o ile nie zainteresuje się dziełem mainstreamowy wydawca. Samodzielne wydawanie książek (w obu formach: papierowej i elektronicznej) oznacza bowiem ograniczony krąg odbiorców. O ile w przypadku wydawania e-booków jest odrobinę łatwiej, to przy książkach papierowych mamy tutaj ogromną przepaść.

Samodzielne wydanie książki oznacza skierowanie jej do ograniczonej, dość wąskiej zazwyczaj grupy odbiorców. Oczywiście wielu autorów – w tym ja sam – ma pewną grupę stałych czytelników. Sukces samodzielnego autora zależy od skupienia ich wokół siebie, jednak skala odbioru, jaką można uzyskać współpracując z dużym wydawnictwem, jest nieporównywalna.  Podpisanie umowy wydawniczej skutkuje również tym, że z barków niezależnie działającego autora spada wszystko, czym musiał się zająć wcześniej – z wyjątkiem oczywiście pisania. Mam tu na myśli: redakcję, korektę, skład, konwersję do formatów elektronicznych, projekt okładki, wprowadzenie do dystrybucji, rozliczenia z księgarniami i wszelkie działania promocyjne.

Samodzielny autor, może zawalczyć o to, aby jego produkt był dostępny w najważniejszych kanałach dystrybucyjnych, nadal jednak nie ma szans w starciu na tym polu z dużym, prężnie działającym wydawcą. Dużemu jest łatwiej. Na moim przykładzie: moją książkę (jak wspomniałem) można kupić prawie wszędzie w edycji elektronicznej jednak próżno jej szukać na półce księgarskiej – można ją kupić jedynie na zamówienie w ledwie kilku księgarniach. Zakładany w negocjacjach z wydawnictwem nakład pilotażowy trzech tysięcy egzemplarzy oznaczałby jej dostępność prawie we wszystkich księgarniach stacjonarnych w Polsce. Osiągniecie tego samodzielnie, oznacza wyłożenie kilkanaście tysięcy złotych na początku i zdobycie kanałów dystrybucji książki, a to wcale nie jest proste i tanie.

Choćbym nie wiadomo jak się wytężał, jak bardzo przykładał się do działań promocyjnych,  nie jestem w stanie osiągnąć wyników dużego wydawnictwa. Mogę zbudować świetną ofertę, stronę www, profil na Twitterze, Google Plus czy Facebooku, Instagramie i zasypywać swoich odbiorców mailingiem oraz wpisami na blogu jednak wciąż dotyczyć to będzie wyłącznie moich subskrybentów. To z pewnością przełoży się na pewien sukces, ale w porównaniu ze skalą dużego wydawnictwa to kropla w morzu. Nie dotrę do czytelników, którzy mnie nie znają, a przynajmniej nie od razu.

Nie ma wątpliwości, że duży może więcej: jest w stanie zainwestować w reklamę książek, zorganizować i zrealizować profesjonalną kampanię promocyjną, wysłać mailing do kilkuset dziennikarzy. To wszystko oznacza kilkadziesiąt omówień premiery w ogólnopolskich mediach, recenzje w portalach czytelniczych, plakaty, standy, stoiska na targach książki czy spotkania autorskie. Innymi słowy sprzedaż.  Autor niezależny, samodzielny, self-publisher, czy jak jeszcze zwał to, czym się zajmuję, nie jest w stanie tego osiągnąć.

Wreszcie mamy renomę. Szczególnie u nas, że autor związany z dużym, dobrze postrzeganym wydawnictwem jest automatycznie odbierany przez czytelników jako twórca wartościowych pozycji. I jest w tym wiele racji, bo publikacje wydawane przez uznane wydawnictwa są w większości dopracowane redakcyjnie, merytorycznie oraz przechodzą wydawnicze sito. Jego oczka są wprawdzie utkane nie tylko z wysokich wymagań co do jakości, bo liczy się przede wszystkim pieniądz, niemniej wydanie w dobrym wydawnictwie to dla debiutanta renoma i prestiż. Basta.

Więc teoretycznie skazany na sukces „Punkt Barana” tego sukcesu nie osiągnie ;-) Nie wiem, co wpłynęło na decyzję o niepublikowaniu „Punktu Barana”. Wiem jednak prawie na pewno, że powodem nie był manuskrypt, oceniony – jak wspomniałem wysoko. Pamiętam też, że Pani redaktor wspominała o mojej self-publishigowej działalności i mam wrażenie, że z pewną rezerwą. Usłyszałem, że dobrze byłoby skończyć z tym, wycofać inne niż kryminalno-sensacyjne książki z mojego dorobku, bo pisanie w różnych gatunkach jeszcze żadnemu autorowi nie wyszło na dobre. A self-publishing, owszem jest inspirujący i raczej pozytywny, ale tylko raczej. No cóż – mają doświadczenie biznesowe, pewnie mają rację.

Pomimo oczywistych zalet samodzielnego wydawania, okazuje się, że nawet dobry produkt nie obroni się sam – to reklama jest najważniejsza. Po latach działania, jako self zaczynam dochodzić do wniosku, że jedyną naprawdę liczącą się zaletą samodzielnego wydawania jest fakt publikacji. A reszta? Wszystkie zalety self-publishingu jawią mi się jako jego wady – również z tą pierwszą, najważniejszą. Właśnie dlatego (między innymi) powstał ten wpis.

Jeśli jednak zachęciłem cię nim do zakupu „Punktu Barana”, oznacza to, że wszystko, o czym napisałem powyżej to bullshit, jak mawiają w anglojęzycznym slangu. A po ponad dziesięciu latach mniej lub bardziej samodzielnego wydawania okazuje się, że nadal nie mam o tym pojęcia.

Jak samodzielnie opublikowałem swoją książkę, czyli „Punkt Barana” case study.

Przedstawię wam drogę, jaką tekst mojej najnowszej powieści przeszedł od autora do czytelnika. Czyli będzie o tym, jak samodzielnie opublikować swoją książkę papierową oraz e-booka na przykładzie powieści pt. „Punkt Barana”.



Mając skończony tekst, skierowałem się do wydawcy. O tym, gdzie mnie ta droga zawiodła, już pisałem. Zanim jednak do tego doszło, utrwaliłem go frontem Times New Roman w rozmiarze 12. Wiersze ułożyłem w odstępach (interlinii) 1,5. Plik miał numerację stron w stopce, z wyjątkiem oczywiście pierwszej strony, oraz kartę tytułową z tytułem, imieniem i nazwiskiem, adresem, numerem telefonu i adresem e-mail autora. Swoje dane teleadresowe powtórzyłem na ostatniej stronie.

Manuskrypt miał postać pliku tekstowego i zajmował 1,1 MB. Liczył ponad 68 tysięcy wyrazów. Jeśli kogoś fascynuje statystyka, dodam, że są to 252 strony formatu A4. Jednak w branży wydawniczej objętość tekstów przyjęto określać inną jednostką, więc napiszę: „Punkt Barana” ma objętość 11,6 arkusza wydawniczego. Więcej na temat przygotowywania propozycji wydawniczych przeczytasz w moim poradniku „Autor 2.0. Jak wydać (swoją) książkę i na tym zarobić”.

[Klik w link powyżej i zakup oznacza 7-8 zł brutto dla mnie, jakie dostanę od wydawnictwa. Jeśli potrzebujesz mojego poradnika, zapraszam do zakupu. Z góry dziękuję, że w ten sposób wynagradzasz mnie za jego napisanie i wspierasz jako autora.] 

Założyłem oczywiście, że „Punkt Barana” będę musiał wydać sam, więc spowodowałem, by tekst uzyskał formę logicznego i napisanego w języku polskim. Jeszcze zanim zupełnie surowy trafił do redakcji, kilkakrotnie go przeczytałem. W trakcie czytania stosowałem znaną radę wielu pisarzy, aby skreślać wszystko, co niepotrzebne. Książkę odchudziłem o 20%, co stanowi w tym wypadku 3,2 arkusza wydawniczego.

Dopiero tak oszlifowany tekst przeszedł redakcję oraz korektę. Miało to tę dobrą stronę, że moja propozycja wydawnicza przed obliczem recenzenta prawie nie miała błędów.
Zanim zdecydowałem się na publikację, tekst przeszedł jeszcze jedną korektę. Decydując się na samodzielne wydanie, pozyskałem z Biblioteki Narodowej numery ISBN. Nie zawsze są one konieczne (polskie księgarnie je wymagają, ale w Kindle Store ich nie trzeba; Smashwords, Lulu czy CreateSpace przydziela swoje). Pomaga serwis e-ISBN.

„Punkt Barana” jest kontynuacją powieści „Era Wodnika” wobec tego uznałem, że okładki powieści tej serii powinny ze sobą współgrać. Już dużo wcześniej przygotowałem projekt dla „Punktu Barana”, jednak ostatecznie zdecydowałem się stworzyć inny. Nowy nawiązuje jedynie krojem frontów tytułu do „Ery Wodnika”, nie odwijając się wprost do wcześniejszego motywu.   

Mając okładkę, mogłem przystąpić do składu wersji PDF. Przyjąłem założenie, że książka nie będzie drukowana z PDF-u, a czytana w tym formacie na monitorze (lub na wyświetlaczu czytnika e-booków) albo smartfonie. Wymusiło to taki format oraz wielkość czcionki, aby książkę można było wygodnie czytać na małym wyświetlaczu. To oczywiście oksymoron: powieści w PDF-ie czyta się niewygodnie, obojętnie na czym (tym bardziej na smartfonie).

Kolejny etap polegał na przygotowaniu pliku tekstowego dla księgarni Smashwords. Tutaj było istotne, by ograniczyć do niezbędnego minimum formatowanie e-booka. Smashwords automatycznie tworzy z pliku wyjściowego kilka formatów, m.in. EPUB, MOBI (Kindle), LRF czy PDB i skomplikowane formatowanie powoduje błędy. A udana konwersja pliku przez Smashwords oznacza pojawienie się publikacji również w kilkunastu innych, ważnych księgarniach (m.in. iTunes, Barnes & Noble, Kobo) więc warto się starać.

Plik przeznaczony do rozpowszechnienia w Kindle Store stworzyłem na podstawie swoich doświadczeń z Amazon. Tutaj problemem jest język polski, jaki amerykańska platforma dla samodzielnie publikujących autorów nie obsługuje. Na szczęście serwis KDP jest prosty, intuicyjny i dobrze mi znany, więc „Punkt Barana” pojawił się w ofercie już kilka godzin po dodaniu.

Amazon nie wspiera publikowania książek w języku polskim, co nie przeszkadza ludziom od Bezosa w zarabianiu na nich. Papierową edycję „Punktu Barana” wprowadziłem do Amazon  wykorzystując serwis CreateSpace. Rozpowszechnienie jej tym sposobem ma tę zaletę, że według zapewnień CreateSpace może ona trafić do oferty tysiąca (tak!) księgarni internetowych oraz bibliotek.

Liczba robi wrażenie, ale moje statystyki wskazują, że tylko 15% mojej sprzedaży pochodzi z szerokiej dystrybucji (Expanded Distribution). Decydując się na to rozwiązanie, niestety powodujemy też zwyżkę ceny minimalnej książki. W wypadku „Punktu Barana” wynosi ona 9,08 USD. Gdybym nie zdecydował się dystrybuować książki do owego tysiąca księgarni i bibliotek, minimalna cena sprzedaży „Punktu Barana” wynosiłaby 6,05 USD. Oczywiście cały czas jest mowa o druku w technologii POD (print on demand).

Kolejnym etapem rozpowszechnienia mojej książki było przygotowanie do sprzedaży jej edycji papierowej w księgarni Lulu. Tutaj, jak w CreateSpace wykorzystywany jest intuicyjny kreator. Należy pamiętać o różnicach pomiędzy Polską a USA. Amerykanie nie znają naszych diakrytyków (ogonków w alfabecie). Dotyczy to tylko stron internetowych, w druku książka po polsku, jest książką po polsku i ogonki – na szczęście – są wszystkie.

W USA europejskie formaty znormalizowane nie funkcjonują, co rodzi utrudnienia. Próżno szukać A4 czy B5, mamy natomiast Trade Paperback albo Pocekt. Dodatkowo poszczególne platformy wydawnicze stosują własne formaty. Dla przykładu „Punkt Barana” w CreateSpace jest sprzedawany w formacie 6 × 9 (czyli ok. 15,2 × 21 cm) oraz bardziej kieszonkowym i zbliżonym do naszych realiów 5 × 8 (czyli ok. 13 × 20 cm), lecz Lulu już ich nie uznaje.  

Publikując zapowiedź „Punktu Barana” na swojej stronie internetowej, przygotowałem notkę reklamową, czyli tzw. blurb. Firmie zewnętrznej zleciłem konwersję do plików MOBI (Kindle) oraz EPUB. Teraz wystarczyło przygotować darmowe fragmenty, umieścić je na serwerze i zaktualizować stronę www. Potem pozostało wprowadzić ofertę wraz z okładką oraz plikami i zdecydować o cenie.

W części polskich księgarni wprowadzanie nowego tytułu odbywa się przez administratora (np. Virtualo), u innych samodzielnie (np. EbookPoint.pl). Co ciekawe, wkrótce po publikacji w kilku księgarniach tytuł pojawił się jako „Punkt barana”. Taki sam błąd popełniła niestety również firma składająca tekst do formatów EPUB i MOBI(Kindle).

Tytuł nawiązuje do terminu astronomicznego (tak samo, jak „Era Wodnika” i pozostałe tytuły cyklu). „Punkt Barana” oznacza moment przecięcia się ekliptyki z równikiem niebieskim. Pisownia „Punkt barana” jest niedopuszczalna. Spowodowała ożywioną wymianę korespondencji do administratorów i informatyków, trochę nerwów i niestety niepotrzebną stratę czasu.

Czekało mnie jeszcze złożenie pliku środka (format A5, czyli 14,8 × 21 cm) i przygotowanie okładki do druku w odpowiednich wymiarach (ze spadami i kodem kreskowym) dla wersji papierowej dostępnej w krajowych księgarniach. Niestety nie jest to już tak proste, jak przy korzystaniu z amerykańskich kreatorów, ale po kilkunastu dniach książka znalazła się w najbardziej polecanym przez mnie EMPiK-u. Na koniec, we współpracy z jednym z wydawnictw umieściłem e-booka w księgarni GooglePlay

Jak widać, przy samodzielnej publikacji najbardziej potrzebny jest czas oraz trochę pieniędzy. Oczywiście mając więcej pieniędzy i tylko trochę czasu, można zdecydować się na vanity publishing. Osobiście jednak nie widzę sensu. Najbardziej czasochłonne jest pisanie (i poprawianie) książki, a koszty samodzielnej publikacji nigdy nie będą tak wysokie, jak w przypadku vanity publishingu.

Jakość ostatecznego produktu, prawdopodobnie nie będzie porównywalna z samodzielnym wydaniem. Vanity publishing w założeniu jest nastawiony przede wszystkim na zysk, bez dbania o jakość.  Ostatnia przyczyna to odbiór. Trzeba pamiętać, że samodzielne wydawanie w Polsce nie ma dobrej opinii, subsydy publishing także, a vanity publishing w szczególności. O ile są w ogóle przez kogokolwiek rozróżniane.

Nie wolno zapominać, że niektóre etapy samodzielnego wydania książki wymagają pewnej wiedzy, umiejętności albo wprawy. Dlatego nie zdecydowałem się na konwersję do EPUB i MOBI(Kindle), choć samodzielnie składałem pliki tekstowe. Nie polecam projektowania okładki, jeśli nie mamy narzędzi, umiejętności i wiedzy. Na pewno nie warto oszczędzać też na redakcji oraz korekcie.  

Tytuł pojawił się w wyszukiwarkach w porównywarce cen. Powieść znajduje się w ofercie liczących się polskich księgarni internetowych oraz kilku największych księgarni internetowych świata. Jest dostępna w edycjach elektronicznych (różne formaty) oraz w wersji papierowej (na zamówienie). Dalej nie pozostaje nic innego, jak tylko działania promocyjne i marketingowe, chociaż moja nowa książka nie jest skazana na sukces. O tym, dlaczego, dowiecie się w kolejnym wpisie.

* 3,60 PLN – kurs USD na dzień 26.09.2017 r. 

Książki dla (prawie) pisarzy

Człowiek przed klawiaturą nie różni się wiele od muzyka, stolarza, hydraulika czy pracownika zakładu przetwórstwa mięsa, albo zawodnika uprawiającego brazylijskie jiu-jitsu. Można nauczyć się pisania, tak samo, jak przedstawiciele innych zawodów uczą się swojego fachu. I zwykle do tego potrzebne są pewne książki. Dziś będzie o tych, dla prawie pisarzy.

Nie byłbym sobą, gdybym lead powyżej nie zaopatrzył w tezę kontrowersyjną. Wszak przecież to ona zdecyduje czy odbiorca zacznie czytać mój tekst, czy też porzuci go na rzecz oglądania selfie na FC lub Instagramie albo kształtowania obrazu świata na podstawie Pudelka, Plotka czy innej Plejady. Pisania się można nauczyć? Co za bzdura! A co z darem, talentem, iskrą bożą, że o żyłce i drygu nie wspomnę?

Wielu okrywa pisarstwo aurą czegoś, co nie istnieje. Bo w moim odczuciu jest ono aktywnością taką jak każda inna działalność. I jak każdej innej można się w pewnym stopniu nauczyć, co ochoczo potwierdzą nauczyciele szkółek i kursów creative writing. Oczywiście łatwiej się nauczyć, jeśli mamy predyspozycje. Malarzem też łatwiej jest zostać, kiedy potrafi się odróżniać róż od cyklamenu.

Dziś, kiedy publikowanie stało się łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej, wielu pragnie pisać, niezależnie od potencjalnego pisarskiego daltonizmu. Wychodząc z założenia, że podręczniki w pisarskiej edukacji powinny  pomóc, sięgnąłem po książki dla nich.  I odczucia mam, że się tak wyrażę ambiwalentne.  Kto chce wiedzieć, czy słusznie, niech czyta, a potem hejtuje, ku uciesze internetowej gawiedzi. Zaczynajmy. 

Praktyczny Kurs Pisarstwa Katarzyny Krzan. Interesująca pozycja. Jedna z wartościowych, co zaskakuje (zważywszy na niezbyt imponującą objętość). Zawiera esencjonalne porady w zakresie budowania fabuły, techniki narracji, konstruowania postaci, prowadzania dialogów itp. Posiadacze doświadczenia w pisaniu mogą poczuć niedosyt. Ta sama autorka wydała też drugi poradnik pt. Zacznij pisać. Tytuł o bardziej motywacyjnym charakterze skupia się również na stronie praktycznej: czyli, jak wydać. Do niedawna były to najlepsze krajowe lektury dla ludzi chcących poznać podstawowe tajniki warsztatu pisarza. Był do chwili, kiedy ukazało się dzieło „Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller”.

Jakub Winiarski i Jolanta Rawska przygotowali najlepszy podręcznik dla kandydatów na pisarzy, z jakim się do tej pory zetknąłem. Są w nim zawarte porady warsztatowe, trochę teorii literatury, przydatne przykłady. Książka jest ciekawie złożona (ramki, wyróżnienia, ważne cytaty). Co ciekawe mojej opinii nie potwierdza ocena na Lubimyczytać.pl. Hm...? 6 to naprawdę, w tym wypadku, zdecydowanie za mało.  

Kolejna udana książka to „Galeria Złamanych Piór” Feliksa W. Kresa z notą  6,9.  Pełne drapieżnego humoru komentarze autora do zazwyczaj nieudolnej twórczości zwracają uwagę na główne błędy warsztatu. Nic dziwnego, że książka nosi podtytuł – Jak nie należy pisać książki. Dziełko wartościowe, jako lektura uzupełniająca. Ten sam autor opublikował też „Galerię dla dorosłych”. Uwagi podobne, choć jak to już bywa z sikłelami, książka słabsza (ocena 6,6). Często też nie na temat. Warto przeczytać, jeśli założymy, że to uzupełnienie poprzedniego uzupełnienia.

„Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania” – pozycja, od której proponowałbym zacząć pisarską edukację.  Katarzyna Bonda zawarła w niej wiele treści, mającej (tak sądzę) w założeniu zmotywować czytelnika do pisania i dodać mu odwagi. Autorka ogólnie rzecz biorąc wyszła zwycięsko w starciu z tematem (ocena 6,8). W chwilach słabości, kiedy nic się nie udaje i wszystko chciałoby się rzucić, warto poczytać.

Tutaj muszę dorzucić kilka zdań o książce, która poradnikiem pisarskim sensu stricto nie jest, a jednak okazuje się dla pisarza książką wielce przydatną. Mowa o „Podróży autora”. Podtytuł dzieła Christophera Voglera (Struktury mityczne dla scenarzystów i pisarzy) nie pozostawia wątpliwości, że dzieło adresowane jest dla zaawansowanego czytelnika. Ocena również (7,7) nie daje złudzeń, wcześniej czy później tę książkę kandydat na pisarza musi przeczytać. Szczególnie jeśli zechce stworzyć fascynującego bohatera. 

Vademecum grafomana” Jerzego Wittlina (6,9) mimo prawie pół wieku od wydania jest nadal świeże. Tytuł jest jak najbardziej przewrotny, bo to satyra na piszących, a nie poradnik. Można się przy tej lekturze uśmiechnąć, by zaraz potem przyznać autorowi rację.  Jeśli potraktujemy tę książkę, jako poradnik to wyłącznie o tym, jak nie robić z siebie błazna. A o to nietrudno, niestety.

Dalej jest gorzej. Ścianę hańby otwiera „Twórcze pisanie dla młodych panien” Izabeli Filipiak (5,9). Już tytuł, z zaznaczeniem grupy docelowej, wzbudza wątpliwość. Jeśli książkę nie będziemy traktować, jako poradnik, może ona ma sens. Głównie dla czytelniczek z Bravo Girl w tornistrze albo ich wersji późniejszej: korporacyjnych singielek z Cosmo w torebce. Nie warto. 

Następne moje rozczarowanie to „słynny amerykański podręcznik”, jak głosiły reklamy. Oceny na Lubimyczytać wskazują, że jest ono naprawdę bardzo moje, bo kilkuset czytelników „Warsztat pisarza. Jak pisać, żeby publikować. ” oceniło notą 7,2. Tymczasem czytanie męczyło bardziej niż cięcie pni hebanowych piłą z tępymi zębami. Po lekturze odechciało mi się pisać. Czytać też. Mógłbym błysnąć: jestem tak głupi, że nic nie (z)rozumiałem albo książka faktycznie jest napisana trudnym, męczącym i bełkotliwym językiem. Wydaje mi się jednak, że sedno problemu tkwi gdzie indziej. Książka Dwight Swain wprawdzie zawiera ogrom wartościowych uwag, liczne trafne spostrzeżenia i rady, lecz jest także przykładem, jak, „amerykańskie bestsellery” niekoniecznie są dobre w Polsce.

Na tym tle wyłamuje się „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga. Przy czym jestem zdania, że nie jest to poradnik, co tłumaczy zaskakująco wysoką ocenę (7,3). To biografia z elementami warsztatu pisarskiego. I jeśli przebrniemy historię potrącenia pisarza przez mikrobus oraz związane z tym cierpienia, dotrzemy do licznych informacji, które zainteresują niezainteresowanego życiem Kinga i które prawie-pisarz może wykorzystać. Na przykład, by z manuskryptu skreślać, co tylko się da. Zgadzam się.

W bardzo podobnej, tyle że epistolarnej konwencji Mario Vargas Llosa stworzył swoje „Listy do młodego pisarza” (6,8). Ciekawe, lecz dla kogoś chcącego nauczyć się pisania lub marzącego o karierze pisarskiej to nieprzydatne. Nie da się tego powiedzieć o amerykańskim dziele Dorothei Brande pt. „Będę pisarzem”.  Jej książka, choć oceniona słabo (5,4) to rasowy poradnik. Z lektury zapamiętałem, że warto być oryginalnym, pisanie wymaga ciszy i nie powinno się mówić o planach, bo to zabiera energię. Fragmenty o przenośnych maszynach do pisania i przypisy do anglojęzycznych dzieł raczej drażnią, niż się przydają.  Nie żałuję, ale widać, to odgrzewana nowość z roku 1934! Przeczytać nie zaszkodzi. 

Kolejny przekład mile zaskakuje. Mam na myśli „Jak napisać powieść kryminalną” pióra Lesley Grant-Adamson (ocena 6,7). Z czystym sumieniem mogę napisać, że to jeden z najlepszych zagranicznych poradników podejmujących problematykę pisania. Zawiera sporo wartościowych informacji, nie tylko na temat gatunku, lecz beletrystyki w ogóle. Wyłamuje się z zasady, że przy tego typu dziełach autorzy ponieśli mniejszą lub większą porażkę. Lektura obowiązkowa. 

Sztuka pisania. Tajemnice warsztatu pisarstwa odsłaniają: Ernest Hemingway, John Steinbeck, Kurt Vonnegut i inni)” – nazwiska w tytule oraz ocena (6,5) sugerują, że to zupełnie porządne dzieło. Jednak lektura wskazuje, że jako książka dla (prawie) pisarzy jest nieporozumieniem. Część autorów podaje wartościowe informacje i pisze na temat, lecz zaraz obok pojawiają się rozdziały, które nie powinny być w tej książce zamieszczone. Do tego złudny jest tytuł, bo niektóre teksty zupełnie nie dotyczą pisarstwa, ale pracy dziennikarskiej. Szkoda czasu i pieniędzy. 

Okazuje się, że napisanie poradnika o pisaniu powieści (tym bardziej świetnej) jest zadaniem trudnym nawet dla agenta literackiego, jakim jest Albert Zuckerman. „Jak napisać świetną powieść” przekonuje słusznie, że Polska to nie USA. Ocena (6,3) zachęca tylko częściowo. Autor wyszedł z założenia, że prezentując obszerne fragmenty i różne wersje planów powieści: „Człowiek z Petersburga”, „Ojciec chrzestny”, „Ptaki ciernistych krzewów”, „Przeminęło z wiatrem” czy „Garden od Lies” (?) osiągnie sukces. Widać jego starania odpowiedzenia na tytułowe pytanie, ale ostatecznie nie bardzo mu się udaje zaprezentować odpowiedź. O ile wiele wskazówek i rad trzeba uznać za wartościowe, to lektura jest ciężka, nużąca i nudna. Fakultatywnie można się skusić. 

Inaczej będzie, jeśli pod lupę weźmiemy „Jak zostać pisarzem”. Reklamowany, jako pierwszy polski podręcznik dla autorów zaskakuje od samego początku. Również ceną. Bo pięć dych za 300 stronicową książkę w miękkiej okładce, z notą 6,5 na Lubimyczytać.pl to dużo. Autorów jest aż sześciu (z naukowymi tytułami), ale prawie wszystkim poradnik pomylił się z wykładem z teorii literatury. Nudny, przegadany i przesyconym terminologią („hiperrealistyczny”, „purnonsens”, „konceptualny”, „amplifikacja” „reguły hagiograficzne” itp.) tekst powodował, że robiło mi się słabo. Owszem, na dużą pochwałę zasługuje pomysł, by ilustrować test przykładami (cytatami) z krajowego dorobku, ale nie zmienia to faktu, że „napisany lekko, dowcipnie” (jak głosi blurb na okładce) podręcznik jest bardzo trudny w odbiorze i przeznaczony dla kogoś, kto na temat teorii pisania wie już bardzo dużo. Kompletna porażka. 

Z wcześniej wydanych (o ile oczywiście trafimy na te tytuły gdzieś w antykwariacie lub bibliotece) warto polecić „Złoto i Magię” Issca Asimova (6,5). Szczególnie jeśli kandydat na twórcę zainteresowany jest fantastyką. Ta sama uwaga przy biografii Kira Bułyczowa: „Jak zostać pisarzem fantastą”, chociaż ocena jest odrobinę lepsza (6,6). À propos przedstawianych ocen z Lubimyczytać, nasuwa mi się konkluzja, że w wypadku dzieł o pisaniu, są one wyjątkowo niemiarodajne.

Odradzam marnowanie czasu, pieniędzy i prądu na „Lekcję pisania” pod redakcją Janusza Andermana, a czytelnicy twierdzą zupełnie inaczej. Dwudziestu twórców, wśród których błyszczą jak diament Pilch, Szymborska, Tokarczuk czy Krall, pomyliło zadanie przedstawienia drogi do bycia pisarzem z opisaniem drogi do stawania się gwiazdą. Chlubny wyjątek stanowi jedynie tekst Grynberga, dla mnie na notę z poziomu 7 to jednak za mało.

Jest jeszcze „Jak napisać powieść – ucz się sam” Nigela Watsa. Ocena 6,8 jest zasłużona. Warto sięgnąć po ten tytuł. Wprawdzie niczym się on na tle przedstawionych wcześniej tytułów nie wyróżnia, z wyjątkiem tego, że w tej samej serii wydano inne dzieło. Mowa o „Jak pisać dobrą poezję” i zdaje sobie sprawę, że będą tacy, którym teraz brew uniesie się nieświadomie. Tym bardziej że oceniono ją bardzo podobnie. Mimo wszystko jednak warto przeczytać.

Anna Grabka wydała „Napisz książkę”. Wszystkim cierpiącym na barki motywacji do pisania się on przyda. A wiem, że wielu z kandydatów na pisarzy ma świetne pomysły tylko... No właśnie, brak jest motoru by zacząć stukać w klawisze. 

Zamierzającym opublikować swoje próby pisarskie z myślą o zarobku polecam popełnione przeze mnie dzieło „Autor 2.0. Jak wydać (własną) książkę i na tym zarobić”. Wiem, że zdanie poprzednie brzmi jak autoreklama i chwalenie własnego ogonka, ale faktem jest, że moja książka piszącym się przyda, a szczególnie tym, którzy zechcą również znaleźć wydawcę. 

Są jeszcze: e-Książka|e-book szerokopasmowa kulturaŚmierć książkiEstetyka książki elektronicznej czy Pisać” i wiele, wiele innych***. Wiążą się one jednak z pisaniem mniej lub bardziej luźno, więc spuszczam na nie niniejszym kurtynę milczenia. Co nie znaczy, że nie warto ich czytać. Przeciwnie, w pisaniu najbardziej uczy czytanie, a książek przydatnych pisarzom jest wiele - i niekoniecznie są to wyłącznie poradniki pisarskie.  

Pisanie o pisaniu to temat na porażkę dla nawet największych. Czy warto czytać o tym?  Możliwe, że adept pióra i klawiatury dowie się tego, co wiedzieć powinien. Z pewnością zaczerpnie informacji o tym, jak pisać, budować fabułę, konstruować intrygę, układać dialogi i tworzyć bohaterów czy wybierać czas i miejsce akcji. Jednak wszystkie wspomniane lektury trzeba traktować z pewną rezerwą. Idealnego vademecum pisarza nie ma, tak jak ideału kobiety. Poza moją narzeczoną, rzecz jasna.

Można pomyśleć, że pisząc powieść, tworzymy dzieło. Jeśli książką będzie poradnik, mamy już tylko banał. Nic bardziej mylnego. Po przeczytaniu tych kilkunastu tytułów uważam, że napisać dobry poradnik jest sprawą szalenie trudną. Szczególnie jeśli ma on być o pisaniu. Dlatego z każdego wymienionego wyżej dzieła trzeba czerpać porady wybiórczo. Albo w ogóle. Bo tak naprawdę, to nikt nie wie, o co dokładnie w pisaniu chodzi.  
--
***
„Jak napisać i wydać książkę”  Tallar Grażyna Grace
„Szkoła twórczego pisania?” –  Joanna Wrycza-Bekier 
„Piszę, bo chcę! Poradnik kreatywnego pisania” –  Krystyna Bezubik
„Piszę, więc jestem” – Stanisław Jaworski
„Praktyczny Kurs Pisarstwa” – Katarzyna Siba
Mistrzologia– Arkadiusz Podlaski
„Alchemia słowa” –  Jan Parandowski
„Jak zostać pisarzem?” – Stanisław Stanik
„Chlapanie atramentem: poradnik dla młodych pisarzy” –  Anne Mazer, Ellen Potter 
„Wyznania młodego pisarza” –  Umberto Eco 
Sztuka pisania” – Wiktoria Nester
„Jak pisać? Poradnik” – Radosław Pawelec, Dorota Zdunkiewicz-Jedynak
„Jak pisać książki i ( nie ) dać się pozwać” –  Rafał Pieja, Marek Różycki
„Niedoskonałe odbicie: warsztat scenarzysty filmowego” – Maciej Karpiński
„Pisanie scenariusza filmowego” –  Syd Field, Rolf Rilla 
„Poczta literacka czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem” – Wisława Szymborska 
„Praca nad scenariuszem” – Oliver Schütte 
„O sztuce czytania i pisania” – Olof Lagercrantz
„Pisać skutecznie: strategie dla każdego autora” – Ewa Wilcz-Grzędzińska, Tomasz Wróblewski
„Sztuka pisania” – Andrzej Wiszniewski
„Sztuka pisania po polsku: poradnik praktyczny” – Michał Kuziak
„Jak napisać scenariusz” – Raymond G. Frensham
„Cześć, poeci i poetki” –  Danuta Wawiłow
„Jestem – więc piszę: między rzemiosłem a wyobraźnią” – Grażyna Tomaszewska, Beata Kapeli-Bagińska, Zofia Pomirska
„Mity i rzeczywistość literacka” – Jan Górec-Rosiński
„Sztuka myśli i słowa” – Stefan Garczyński 
„Sztuka opowiadania, sztuka słuchania” – Klaus W. Vopel 
„Złota róża : uwagi o pracy pisarza” – Konstanty Paustowski 
„Rzecz niemożliwa: fragmenty o pisaniu i kochaniu” – Remigiusz Ryziński
„Siódma zasłona literatury” – Henry Bars 
„Tajemnica i suspens. Wokół głównych problemów creative whiting” – Jacek  Dąbała


Piosenki między kartkami

Bywa, że niektóre filmy zapadają nam w pamięć bardziej za sprawą muzyki, niż fabuły czy gry aktorskiej. Jeszcze częściej na doskonałe dzieło filmowe składa się świetny scenariusz i genialny soundtrack. A jak jest w książkach? [Uwaga, w treści jest więcej linków do YT, niż rodzynków w serniku z Tesco – autor lojalnie ostrzega].
 



Pamiętacie wolną, ciągnącą się niczym długie godziny rejsu muzykę, a potem wraz z przyśpieszonym rytmem smyczków szaleńczy pęd U-96 po powierzchni wzburzonego morza w filmie Petersena „Okręt” z 1981 roku? Ciekawe, czy odczulibyśmy klaustrofobiczną atmosferę bez genialnej muzyki Klausa Doldingera z przerażającym dźwiękiem sonaru w tle? 

Morricone w spaghetti westernach („Dobry, Zły i Brzydki”, „Za garść dolarów”) serwuje nam obraz suchy, gorący aż czujemy piach i kurz pod kopytami naszego wierzchowca, a pot spływa nam po plecach. Zresztą Morricone sprawdza się też w horrorach. W „Coś” ścieżka dźwiękowa jest jak bicie serca. Dopóty ono bije, przerażenie rośnie, z każdą minutą. 

Taniec Eleny w „Bandycie” oddaje pozytywne przesłanie filmu, a kołysanka w „Psach” Pasikowskiego bez trąbek nie miałaby pewnie wyjątkowego nastroju alkoholowej libacji.  A skoro już o Lorencu mowa, to zastanawiam się, ilu z nas „Wyjazd z Polski” kojarzy z „Różyczką”, a ilu z czymś innym? Tak czy inaczej, ścieżka genialna, teraz już historyczna.  

Możemy niektórych gatunków filmowych nie lubić, nie oglądać, ale i tak zapamiętujemy pewne utwory. Wystarczy wspomnieć Righteous Brothers z „Uwierz w ducha”, Survivor ze swoim „Aye of the tiger” w „Rockym” albo „Fallen” Sarah McLachlan w „Mieście Aniołów”. Że o Céline Dion w „Titanicu” nie wspomnę, czy „The sound of silence w „Absolwencie” 

Każdy, kto widział „Gladiatora”, „Braveheart”  czy „Requiem dla snu” pewnie zgodzi się, że z inną muzyką te filmy nie byłyby już takie same. Nie byłyby pewnie takie dobre. Możliwe, że bez Stinga nie byłoby tak łatwo pokochać Leona Zawodowca, Banderas nie byłby w Desperado taki dziki, a w „Zapachu kobiety” nie czekalibyśmy z wypiekami na twarzy na błąd Dony i podpułkownika Franka Slade w tangu. 

Przykłady można mnożyć. To, że muzyka jest częścią obrazu filmowego, jest oczywiste od czasów, kiedy traper przygrywał widzom w kinie do niemego filmu. Czy zastanawialiście się jednak, jak jest z muzyką w literaturze? Każdy, kto pisał maturę, zapewne się teraz uśmiechnie. Cóż motyw muzyki w literaturze – to temat niemal żelazny.  

W tekstach literackich można znaleźć fragmenty opisujące grę na instrumentach, muzykę czy opisy słuchaczy urzeczonych grą. Weźmy, chociażby koncert Jankiela w „Panu Tadeuszu”. Można wspomnieć też „Symfonię patetyczną Czajkowskiego” w „Dziejach grzechu”, „Sonatę Kreutzerowska” Tołstoja czy balladę g-moll Chopina w „Pianiście” Szpilmana 

Wciąż jednak muzyka w książce to raczej opis (bardzo często z wykorzystaniem onomatopei) niż konkretny tytuł, kompozytor czy wykonawca. W tym zakresie liryka i dramat wiedzie prym przed epiką. Chociaż Euterpe jest przedstawiana z fletem, to jednak według literaturoznawców jej związek z Kalliope i Polihymnią wydaje się, oględnie rzecz biorąc, raczej chłodny. 

Nie ma istotnego związku pomiędzy strukturą utworów literackich i muzycznych, a raczej jest tak, że to muzycy czerpią inspirację z literatury. Przecież Salinger tytuł „Buszującego w zbożu” zaczerpnął z piosenki Roberta Burnsa. Myslovitz śpiewali „W deszczu maleńkich żółtych kwiatków”, będąc pod wpływem Marqueza, a zafascynowani „Mistrzem i Małgorzatą” Stonesi stworzyli „Sympathy for the devil”. 

Nie da się ukryć związku „Komu bije dzwon” Hemingwaya z utworem zespołu Metallica o takim samym tytule, a „1984” Davida Bowiego z Orwellem. Wiemy, że „Pachnidło” Süskinda zainspirowało Cobaina do napisania „Scentless apprentice”, a „Wuthering Heights” Emily Brontë do zaśpiewania Kate Bush swojego hitu o tym samym tytule.  To jednak wciąż tylko inspiracje, a co z prawdziwą muzyką w książkach? 

To, że muzyk stworzy dzieło muzyczne zainspirowany dziełem literackim, nie jest niczym niezwykłym, sytuacja odwrotna jest rzadsza. W końcu pięciominutowa piosenka, z tekstem liczącym dwieście pięćdziesiąt słów, to nie to samo co dziesięć arkuszy wydawniczych, każdy po czterdzieści tysięcy znaków ze spacjami. 

Utwór muzyczny bywa przedmiotem dzieł literackich, kiedy autor uwikła go w jakiś sposób w fabułę („Fortepian”, „Kontrabasista”, „Skrzypce”). Może on stanowić również bezpośredni temat wypowiedzi lub przyjąć pewne symboliczne znaczenie. Wydaje się, że muzyka odgrywa największą rolę w fabule, jeśli autor spełni te trzy warunki jednocześnie. 

W moich wcześniej opublikowanych powieściach motywy muzyczne umieszczałem rzadko. W najnowszej powieści kryminalnej pt. „Punkt Barana” jest inaczej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że odniesienia do szesnastu utworów muzycznych (tak!) to ryzyko. Przecież kryminał to nie musical, literatura to nie film i nie każdy musi znać (lub lubić) właśnie te piosenki/utwory, które wybrałem.

Nie inspirowałem się muzyką, choć przyznaję, że pisząc, czasem jej słucham. Pewnie łatwiej przy niej jest mi przelewać pomysły na papier. Jednak w „Punkcie Barana” nie jest ona w żadnym razie tematem i odgrywa rolę mocno poboczną. Pojawia się w tle, przy okazji zdarzeń, dialogów lub opisu konkretnej sceny. W założeniu ma służyć wywołaniu określonego efektu. 

O doborze nie zdecydował jedynie mój gust, raczej efekt, jaki chciałem w czytelniku wywołać, lub to, co chciałem w fabule podkreślić. Wierzcie lub nie, lecz dołożyłem sporo starań, aby nastrój powieści był odpowiedni. Przykładowo, kiedy Emil, będąc w Niemczech, nawiązuje pewną znajomość, nieprzypadkowo pojawia się w tle utwór niemieckiej kapeli punkrockowej

Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek skojarzy, że Campino (wokal w Die Toten Hosen) jest półkrwi Niemcem, podobnie jak Eckert z cytowanego fragmentu. Niemniej to nie jest przypadek. W innym fragmencie, bohaterowie książki spotykają się po to, by porozmawiać o śledztwie przy wódce. Taka senna scena skojarzyła mi się utworem „The Sound of Silence”.

Nie zdradzę wszystkich tytułów, mogę jednak dodać, że czytelnicy „Punktu Barana” odnajdą w treści jeszcze Boba Marleya, Fryderyka Chopina, Nicka Cave czy Helenę Vondráčkovą. Nie liczę, że wpiszę się w czytelnicze gusta (nie o to mi chodzi).  Chciałbym, by „Punkt Barana” był powieścią wyróżniającą się klimatem, zbudowanym między innymi dzięki muzyce. 

Przyznaję, pomieszałem literaturą z filmem, w to wszystko zamieszałem muzykę. Wielkie osiągnięcia światowej literatury zestawiłem z moją skromną powieścią, która dopiero za kilka tygodni trafi na wirtualne półki w księgarniach internetowych. I zastanawiam się, co o tym wszystkim myślicie?

Zobacz, czego nauczył mnie self-publishing

Minęło kilkanaście lat, odkąd wydano moją pierwszą publikację. Po niej przyszły następne, potem zacząłem wydawać sam. Moje książki  trafiły...