Dlaczego moja nowa książka nie jest skazana na sukces?

W Amazonie, Empiku, Virtualo, Google Play, Smashwords i dziesiątkach innych, polskich i światowych księgarni internetowych właśnie pojawiła się moja najnowsza powieść pt. „Punkt Barana”. Choć jest naprawdę dobra, nie ma szans na sukces. Dzisiaj będzie o tym, dlaczego tak jest.

 Zacząłem ją pisać osadzając Emila Stompora, bohatera z mojej pierwszej powieści kryminalnej pt. „Era Wodnika” w nowej rzeczywistości. Akcję umiejscowiłem kilka lat po wydarzeniach, jakie rozegrały się na kartach „Ery Wodnika”. Mój bohater wpada w nowe kłopoty i niebezpieczeństwa. Mamy śledztwo, zabójstwa, intrygi, wielką politykę, dużo dialogów i sporo przekleństw. Do tego Warszawę, Hamburg, Biuro Spraw Wewnętrznych Policji, Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i akcję często opartą na prawdziwych wydarzeniach. Policyjna i przestępcza rzeczywistość, jaka otacza bohaterów powieści, jest prawdziwa  i gorzka, jak czarna kawa, bez cukru.

No dobrze, skąd wiem, że moja nowa powieść jest dobra? Przechwalam się czy stosuje wątpliwe moralnie chwyty marketingowe? Otóż nie. Tuż po napisaniu „Punktu Barana” wysłałem manuskrypt do kilkunastu najpoważniejszych wydawców. Jak się można spodziewać, nie otrzymałem prawie żadnej odpowiedzi. Prawie, bo Pani redaktor jednego z największych wydawnictw jednak zatelefonowała. Spotkaliśmy się potem w Warszawie i dowiedziałem się, że w ich wewnętrznym systemie punktacji „Punkt Barana” otrzymał aż 8 na 10 punktów, więc książkę biorą. Osiem na dziesięć to jednak nota niczego sobie, założyłem więc, że książka jest dobra.

Ustaliliśmy warunki współpracy, polegające na braku zaliczki (rzecz jasna), dziesięcioprocentowym honorarium oraz pilotażowym nakładzie trzech tysięcy egzemplarzy plus serii bliżej niesprecyzowanych działań promocyjnych. Niestety jednak potem trzykrotnie zapadała decyzja o odrzuceniu propozycji wydawniczej, a następnie jej przyjęciu. Minął rok, a wydawnictwo miejsca na „Punkt Barana” w swoim planie wydawniczym nie znalazło. Umowy nie podpisaliśmy, więc jak przystało na prekursora samodzielnego wydawania książek i e-booków w Polsce, powieść opublikowałem bez niczyjego wsparcia.  

W tej chwili jest ona dostępna w polskich księgarniach internetowych, jako e-book w trzech formatach (PDF, MOBI i EPUB), w cenach ok. 10-15 zł oraz w księgarniach światowych w cenie 2,99-3,68 USD. Można ją zamówić także w wersji papierowej w cenach 29-33 zł i ok. 10 USD za granicą. Najtaniej jest w EMPIk-u, więc jeśli mogę wtrącić trochę reklamy to polecam zakup „Punktu Barana” zarówno w edycji elektronicznej jak papierowej właśnie tam. Jest najtaniej (e-book za 11,73 zł a edycja papierowa za 29,49 zł) z darmowym odbiorem w salonie albo wysyłką (od 6,90 zł kurierem) i możliwością płatności przy odbiorze.  Wróćmy do meritum.

Czy żałuję, że moja książka nie poszła nakładem XXXX S.A? Oczywiście, że tak! Tym bardziej że negocjacje zakładały wydanie również „Ery Wodnika”, a także umowę na dwie, lub trzy kolejne części cyklu „astronomicznego” (kolejne części to:  „Gwiazdy Oriona”, „Konstelacja Artemidy” oraz „Znak Wagi”). Zapytacie, co dałaby mi współpraca z XXXX S.A, a czego sam nie mogę w tej chwili uzyskać? Przecież książka jest i tak dostępna? Jest też ebook i to we wszystkich możliwych formatach (Smashwords oferuje oprócz trzech najpopularniejszych również LRF, PDB, TXT, HTML no i DOCX). 

Prawie na pewno, jako autor niezależny zarabiam więcej niż oferowane dziesięć procent od jednego sprzedanego egzemplarza, a na sprzedaż w zagranicznych księgarniach z pewnością nie miałbym co liczyć. Tak, nie miałbym – nie znam polskiego, poważnego wydawcy, który skutecznie współpracowałaby w tej chwili w zakresie sprzedaży e-booków np. z Amazonem. Tak, generalnie zarabiam dużo więcej niż 10% na jednym egzemplarzu (choć za edycje papierowe sprzedawane przez Amazon, CreateSpace i Lulu dostaję ledwie 3-8%). Zatem co dałoby takiemu autorowi jak Aleksander Sowa podpisanie umowy z  XXXX S.A? Hm… Skalę, wsparcie, odciążenie i renomę.

Już wyjaśniam. Wydając wcześniejsze książki z dobrymi wydawnictwami, a do takich zaliczam np. Złote Myśli lub Wydawnictwa Komunikacji i Łączności, tak właśnie było. Wsparcie otrzymałem na kilku poziomach: począwszy od pracy nad tekstem, poprzez sprawę okładki, oferty promocyjnej, na skutecznej promocji oraz dystrybucji skończywszy. 

No właśnie – promocja i dystrybucja.  Moja książka, chociaż teoretycznie mogłaby być skazana na sukces, tego sukcesu prawdopodobnie nigdy nie osiągnie. Nie osiągnie, o ile nie zainteresuje się dziełem mainstreamowy wydawca. Samodzielne wydawanie książek (w obu formach: papierowej i elektronicznej) oznacza bowiem ograniczony krąg odbiorców. O ile w przypadku wydawania e-booków jest odrobinę łatwiej, to przy książkach papierowych mamy tutaj ogromną przepaść.

Samodzielne wydanie książki oznacza skierowanie jej do ograniczonej, dość wąskiej zazwyczaj grupy odbiorców. Oczywiście wielu autorów – w tym ja sam – ma pewną grupę stałych czytelników. Sukces samodzielnego autora zależy od skupienia ich wokół siebie, jednak skala odbioru, jaką można uzyskać współpracując z dużym wydawnictwem, jest nieporównywalna.  Podpisanie umowy wydawniczej skutkuje również tym, że z barków niezależnie działającego autora spada wszystko, czym musiał się zająć wcześniej – z wyjątkiem oczywiście pisania. Mam tu na myśli: redakcję, korektę, skład, konwersję do formatów elektronicznych, projekt okładki, wprowadzenie do dystrybucji, rozliczenia z księgarniami i wszelkie działania promocyjne.

Samodzielny autor, może zawalczyć o to, aby jego produkt był dostępny w najważniejszych kanałach dystrybucyjnych, nadal jednak nie ma szans w starciu na tym polu z dużym, prężnie działającym wydawcą. Dużemu jest łatwiej. Na moim przykładzie: moją książkę (jak wspomniałem) można kupić prawie wszędzie w edycji elektronicznej jednak próżno jej szukać na półce księgarskiej – można ją kupić jedynie na zamówienie w ledwie kilku księgarniach. Zakładany w negocjacjach z wydawnictwem nakład pilotażowy trzech tysięcy egzemplarzy oznaczałby jej dostępność prawie we wszystkich księgarniach stacjonarnych w Polsce. Osiągniecie tego samodzielnie, oznacza wyłożenie kilkanaście tysięcy złotych na początku i zdobycie kanałów dystrybucji książki, a to wcale nie jest proste i tanie.

Choćbym nie wiadomo jak się wytężał, jak bardzo przykładał się do działań promocyjnych,  nie jestem w stanie osiągnąć wyników dużego wydawnictwa. Mogę zbudować świetną ofertę, stronę www, profil na Twitterze, Google Plus czy Facebooku, Instagramie i zasypywać swoich odbiorców mailingiem oraz wpisami na blogu jednak wciąż dotyczyć to będzie wyłącznie moich subskrybentów. To z pewnością przełoży się na pewien sukces, ale w porównaniu ze skalą dużego wydawnictwa to kropla w morzu. Nie dotrę do czytelników, którzy mnie nie znają, a przynajmniej nie od razu.

Nie ma wątpliwości, że duży może więcej: jest w stanie zainwestować w reklamę książek, zorganizować i zrealizować profesjonalną kampanię promocyjną, wysłać mailing do kilkuset dziennikarzy. To wszystko oznacza kilkadziesiąt omówień premiery w ogólnopolskich mediach, recenzje w portalach czytelniczych, plakaty, standy, stoiska na targach książki czy spotkania autorskie. Innymi słowy sprzedaż.  Autor niezależny, samodzielny, self-publisher, czy jak jeszcze zwał to, czym się zajmuję, nie jest w stanie tego osiągnąć.

Wreszcie mamy renomę. Szczególnie u nas, że autor związany z dużym, dobrze postrzeganym wydawnictwem jest automatycznie odbierany przez czytelników jako twórca wartościowych pozycji. I jest w tym wiele racji, bo publikacje wydawane przez uznane wydawnictwa są w większości dopracowane redakcyjnie, merytorycznie oraz przechodzą wydawnicze sito. Jego oczka są wprawdzie utkane nie tylko z wysokich wymagań co do jakości, bo liczy się przede wszystkim pieniądz, niemniej wydanie w dobrym wydawnictwie to dla debiutanta renoma i prestiż. Basta.

Więc teoretycznie skazany na sukces „Punkt Barana” tego sukcesu nie osiągnie ;-) Nie wiem, co wpłynęło na decyzję o niepublikowaniu „Punktu Barana”. Wiem jednak prawie na pewno, że powodem nie był manuskrypt, oceniony – jak wspomniałem wysoko. Pamiętam też, że Pani redaktor wspominała o mojej self-publishigowej działalności i mam wrażenie, że z pewną rezerwą. Usłyszałem, że dobrze byłoby skończyć z tym, wycofać inne niż kryminalno-sensacyjne książki z mojego dorobku, bo pisanie w różnych gatunkach jeszcze żadnemu autorowi nie wyszło na dobre. A self-publishing, owszem jest inspirujący i raczej pozytywny, ale tylko raczej. No cóż – mają doświadczenie biznesowe, pewnie mają rację.

Pomimo oczywistych zalet samodzielnego wydawania, okazuje się, że nawet dobry produkt nie obroni się sam – to reklama jest najważniejsza. Po latach działania, jako self zaczynam dochodzić do wniosku, że jedyną naprawdę liczącą się zaletą samodzielnego wydawania jest fakt publikacji. A reszta? Wszystkie zalety self-publishingu jawią mi się jako jego wady – również z tą pierwszą, najważniejszą. Właśnie dlatego (między innymi) powstał ten wpis.


Jeśli jednak zachęciłem cię nim do zakupu „Punktu Barana”, oznacza to, że wszystko, o czym napisałem powyżej to bullshit, jak mawiają w anglojęzycznym slangu. A po ponad dziesięciu latach mniej lub bardziej samodzielnego wydawania okazuje się, że nadal nie mam o tym pojęcia.

Książki dla (prawie) pisarzy

Człowiek przed klawiaturą nie różni się wiele od muzyka, stolarza, hydraulika czy pracownika zakładu przetwórstwa mięsa, albo zawodnika uprawiającego brazylijskie jiu-jitsu. Można nauczyć się pisania, tak samo, jak przedstawiciele innych zawodów uczą się swojego fachu. I zwykle do tego potrzebne są pewne książki. Dziś będzie o tych, dla prawie pisarzy.

Nie byłbym sobą, gdybym lead powyżej nie zaopatrzył w tezę kontrowersyjną. Wszak przecież to ona zdecyduje czy odbiorca zacznie czytać mój tekst, czy też porzuci go na rzecz oglądania selfie na FC lub Instagramie albo kształtowania obrazu świata na podstawie Pudelka, Plotka czy innej Plejady. Pisania się można nauczyć? Co za bzdura! A co z darem, talentem, iskrą bożą, że o żyłce i drygu nie wspomnę?

Wielu okrywa pisarstwo aurą czegoś, co nie istnieje. Bo w moim odczuciu jest ono aktywnością taką jak każda inna działalność. I jak każdej innej można się w pewnym stopniu nauczyć, co ochoczo potwierdzą nauczyciele szkółek i kursów creative writing. Oczywiście łatwiej się nauczyć, jeśli mamy predyspozycje. Malarzem też łatwiej jest zostać, kiedy potrafi się odróżniać róż od cyklamenu.

Dziś, kiedy publikowanie stało się łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej, wielu pragnie pisać, niezależnie od potencjalnego pisarskiego daltonizmu. Wychodząc z założenia, że podręczniki w pisarskiej edukacji powinny  pomóc, sięgnąłem po książki dla nich.  I odczucia mam, że się tak wyrażę ambiwalentne.  Kto chce wiedzieć, czy słusznie, niech czyta, a potem hejtuje, ku uciesze internetowej gawiedzi. Zaczynajmy. 

Praktyczny Kurs Pisarstwa Katarzyny Krzan. Interesująca pozycja. Jedna z wartościowych, co zaskakuje (zważywszy na niezbyt imponującą objętość). Zawiera esencjonalne porady w zakresie budowania fabuły, techniki narracji, konstruowania postaci, prowadzania dialogów itp. Posiadacze doświadczenia w pisaniu mogą poczuć niedosyt. Ta sama autorka wydała też drugi poradnik pt. Zacznij pisać. Tytuł o bardziej motywacyjnym charakterze skupia się również na stronie praktycznej: czyli, jak wydać. Do niedawna były to najlepsze krajowe lektury dla ludzi chcących poznać podstawowe tajniki warsztatu pisarza. Był do chwili, kiedy ukazało się dzieło „Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller”.

Jakub Winiarski i Jolanta Rawska przygotowali najlepszy podręcznik dla kandydatów na pisarzy, z jakim się do tej pory zetknąłem. Są w nim zawarte porady warsztatowe, trochę teorii literatury, przydatne przykłady. Książka jest ciekawie złożona (ramki, wyróżnienia, ważne cytaty). Co ciekawe mojej opinii nie potwierdza ocena na Lubimyczytać.pl. Hm...? 6 to naprawdę, w tym wypadku, zdecydowanie za mało.  

Kolejna udana książka to „Galeria Złamanych Piór” Feliksa W. Kresa z notą  6,9.  Pełne drapieżnego humoru komentarze autora do zazwyczaj nieudolnej twórczości zwracają uwagę na główne błędy warsztatu. Nic dziwnego, że książka nosi podtytuł – Jak nie należy pisać książki. Dziełko wartościowe, jako lektura uzupełniająca. Ten sam autor opublikował też „Galerię dla dorosłych”. Uwagi podobne, choć jak to już bywa z sikłelami, książka słabsza (ocena 6,6). Często też nie na temat. Warto przeczytać, jeśli założymy, że to uzupełnienie poprzedniego uzupełnienia.

„Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania” – pozycja, od której proponowałbym zacząć pisarską edukację.  Katarzyna Bonda zawarła w niej wiele treści, mającej (tak sądzę) w założeniu zmotywować czytelnika do pisania i dodać mu odwagi. Autorka ogólnie rzecz biorąc wyszła zwycięsko w starciu z tematem (ocena 6,8). W chwilach słabości, kiedy nic się nie udaje i wszystko chciałoby się rzucić, warto poczytać.

Tutaj muszę dorzucić kilka zdań o książce, która poradnikiem pisarskim sensu stricto nie jest, a jednak okazuje się dla pisarza książką wielce przydatną. Mowa o „Podróży autora”. Podtytuł dzieła Christophera Voglera (Struktury mityczne dla scenarzystów i pisarzy) nie pozostawia wątpliwości, że dzieło adresowane jest dla zaawansowanego czytelnika. Ocena również (7,7) nie daje złudzeń, wcześniej czy później tę książkę kandydat na pisarza musi przeczytać. Szczególnie jeśli zechce stworzyć fascynującego bohatera. 

Vademecum grafomana” Jerzego Wittlina (6,9) mimo prawie pół wieku od wydania jest nadal świeże. Tytuł jest jak najbardziej przewrotny, bo to satyra na piszących, a nie poradnik. Można się przy tej lekturze uśmiechnąć, by zaraz potem przyznać autorowi rację.  Jeśli potraktujemy tę książkę, jako poradnik to wyłącznie o tym, jak nie robić z siebie błazna. A o to nietrudno, niestety.

Dalej jest gorzej. Ścianę hańby otwiera „Twórcze pisanie dla młodych panien” Izabeli Filipiak (5,9). Już tytuł, z zaznaczeniem grupy docelowej, wzbudza wątpliwość. Jeśli książkę nie będziemy traktować, jako poradnik, może ona ma sens. Głównie dla czytelniczek z Bravo Girl w tornistrze albo ich wersji późniejszej: korporacyjnych singielek z Cosmo w torebce. Nie warto. 

Następne moje rozczarowanie to „słynny amerykański podręcznik”, jak głosiły reklamy. Oceny na Lubimyczytać wskazują, że jest ono naprawdę bardzo moje, bo kilkuset czytelników „Warsztat pisarza. Jak pisać, żeby publikować. ” oceniło notą 7,2. Tymczasem czytanie męczyło bardziej niż cięcie pni hebanowych piłą z tępymi zębami. Po lekturze odechciało mi się pisać. Czytać też. Mógłbym błysnąć: jestem tak głupi, że nic nie (z)rozumiałem albo książka faktycznie jest napisana trudnym, męczącym i bełkotliwym językiem. Wydaje mi się jednak, że sedno problemu tkwi gdzie indziej. Książka Dwight Swain wprawdzie zawiera ogrom wartościowych uwag, liczne trafne spostrzeżenia i rady, lecz jest także przykładem, jak, „amerykańskie bestsellery” niekoniecznie są dobre w Polsce.

Na tym tle wyłamuje się „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga. Przy czym jestem zdania, że nie jest to poradnik, co tłumaczy zaskakująco wysoką ocenę (7,3). To biografia z elementami warsztatu pisarskiego. I jeśli przebrniemy historię potrącenia pisarza przez mikrobus oraz związane z tym cierpienia, dotrzemy do licznych informacji, które zainteresują niezainteresowanego życiem Kinga i które prawie-pisarz może wykorzystać. Na przykład, by z manuskryptu skreślać, co tylko się da. Zgadzam się.

W bardzo podobnej, tyle że epistolarnej konwencji Mario Vargas Llosa stworzył swoje „Listy do młodego pisarza” (6,8). Ciekawe, lecz dla kogoś chcącego nauczyć się pisania lub marzącego o karierze pisarskiej to nieprzydatne. Nie da się tego powiedzieć o amerykańskim dziele Dorothei Brande pt. „Będę pisarzem”.  Jej książka, choć oceniona słabo (5,4) to rasowy poradnik. Z lektury zapamiętałem, że warto być oryginalnym, pisanie wymaga ciszy i nie powinno się mówić o planach, bo to zabiera energię. Fragmenty o przenośnych maszynach do pisania i przypisy do anglojęzycznych dzieł raczej drażnią, niż się przydają.  Nie żałuję, ale widać, to odgrzewana nowość z roku 1934! Przeczytać nie zaszkodzi. 

Kolejny przekład mile zaskakuje. Mam na myśli „Jak napisać powieść kryminalną” pióra Lesley Grant-Adamson (ocena 6,7). Z czystym sumieniem mogę napisać, że to jeden z najlepszych zagranicznych poradników podejmujących problematykę pisania. Zawiera sporo wartościowych informacji, nie tylko na temat gatunku, lecz beletrystyki w ogóle. Wyłamuje się z zasady, że przy tego typu dziełach autorzy ponieśli mniejszą lub większą porażkę. Lektura obowiązkowa. 

Sztuka pisania. Tajemnice warsztatu pisarstwa odsłaniają: Ernest Hemingway, John Steinbeck, Kurt Vonnegut i inni)” – nazwiska w tytule oraz ocena (6,5) sugerują, że to zupełnie porządne dzieło. Jednak lektura wskazuje, że jako książka dla (prawie) pisarzy jest nieporozumieniem. Część autorów podaje wartościowe informacje i pisze na temat, lecz zaraz obok pojawiają się rozdziały, które nie powinny być w tej książce zamieszczone. Do tego złudny jest tytuł, bo niektóre teksty zupełnie nie dotyczą pisarstwa, ale pracy dziennikarskiej. Szkoda czasu i pieniędzy. 

Okazuje się, że napisanie poradnika o pisaniu powieści (tym bardziej świetnej) jest zadaniem trudnym nawet dla agenta literackiego, jakim jest Albert Zuckerman. „Jak napisać świetną powieść” przekonuje słusznie, że Polska to nie USA. Ocena (6,3) zachęca tylko częściowo. Autor wyszedł z założenia, że prezentując obszerne fragmenty i różne wersje planów powieści: „Człowiek z Petersburga”, „Ojciec chrzestny”, „Ptaki ciernistych krzewów”, „Przeminęło z wiatrem” czy „Garden od Lies” (?) osiągnie sukces. Widać jego starania odpowiedzenia na tytułowe pytanie, ale ostatecznie nie bardzo mu się udaje zaprezentować odpowiedź. O ile wiele wskazówek i rad trzeba uznać za wartościowe, to lektura jest ciężka, nużąca i nudna. Fakultatywnie można się skusić. 

Inaczej będzie, jeśli pod lupę weźmiemy „Jak zostać pisarzem”. Reklamowany, jako pierwszy polski podręcznik dla autorów zaskakuje od samego początku. Również ceną. Bo pięć dych za 300 stronicową książkę w miękkiej okładce, z notą 6,5 na Lubimyczytać.pl to dużo. Autorów jest aż sześciu (z naukowymi tytułami), ale prawie wszystkim poradnik pomylił się z wykładem z teorii literatury. Nudny, przegadany i przesyconym terminologią („hiperrealistyczny”, „purnonsens”, „konceptualny”, „amplifikacja” „reguły hagiograficzne” itp.) tekst powodował, że robiło mi się słabo. Owszem, na dużą pochwałę zasługuje pomysł, by ilustrować test przykładami (cytatami) z krajowego dorobku, ale nie zmienia to faktu, że „napisany lekko, dowcipnie” (jak głosi blurb na okładce) podręcznik jest bardzo trudny w odbiorze i przeznaczony dla kogoś, kto na temat teorii pisania wie już bardzo dużo. Kompletna porażka. 

Z wcześniej wydanych (o ile oczywiście trafimy na te tytuły gdzieś w antykwariacie lub bibliotece) warto polecić „Złoto i Magię” Issca Asimova (6,5). Szczególnie jeśli kandydat na twórcę zainteresowany jest fantastyką. Ta sama uwaga przy biografii Kira Bułyczowa: „Jak zostać pisarzem fantastą”, chociaż ocena jest odrobinę lepsza (6,6). À propos przedstawianych ocen z Lubimyczytać, nasuwa mi się konkluzja, że w wypadku dzieł o pisaniu, są one wyjątkowo niemiarodajne.

Odradzam marnowanie czasu, pieniędzy i prądu na „Lekcję pisania” pod redakcją Janusza Andermana, a czytelnicy twierdzą zupełnie inaczej. Dwudziestu twórców, wśród których błyszczą jak diament Pilch, Szymborska, Tokarczuk czy Krall, pomyliło zadanie przedstawienia drogi do bycia pisarzem z opisaniem drogi do stawania się gwiazdą. Chlubny wyjątek stanowi jedynie tekst Grynberga, dla mnie na notę z poziomu 7 to jednak za mało.

Jest jeszcze „Jak napisać powieść – ucz się sam” Nigela Watsa. Ocena 6,8 jest zasłużona. Warto sięgnąć po ten tytuł. Wprawdzie niczym się on na tle przedstawionych wcześniej tytułów nie wyróżnia, z wyjątkiem tego, że w tej samej serii wydano inne dzieło. Mowa o „Jak pisać dobrą poezję” i zdaje sobie sprawę, że będą tacy, którym teraz brew uniesie się nieświadomie. Tym bardziej że oceniono ją bardzo podobnie. Mimo wszystko jednak warto przeczytać.

Anna Grabka wydała „Napisz książkę”. Wszystkim cierpiącym na barki motywacji do pisania się on przyda. A wiem, że wielu z kandydatów na pisarzy ma świetne pomysły tylko... No właśnie, brak jest motoru by zacząć stukać w klawisze. 

Zamierzającym opublikować swoje próby pisarskie z myślą o zarobku polecam popełnione przeze mnie dzieło „Autor 2.0. Jak wydać (własną) książkę i na tym zarobić”. Wiem, że zdanie poprzednie brzmi jak autoreklama i chwalenie własnego ogonka, ale faktem jest, że moja książka piszącym się przyda, a szczególnie tym, którzy zechcą również znaleźć wydawcę. 

Są jeszcze: e-Książka|e-book szerokopasmowa kulturaŚmierć książkiEstetyka książki elektronicznej czy Pisać” i wiele, wiele innych***. Wiążą się one jednak z pisaniem mniej lub bardziej luźno, więc spuszczam na nie niniejszym kurtynę milczenia. Co nie znaczy, że nie warto ich czytać. Przeciwnie, w pisaniu najbardziej uczy czytanie, a książek przydatnych pisarzom jest wiele - i niekoniecznie są to wyłącznie poradniki pisarskie.  

Pisanie o pisaniu to temat na porażkę dla nawet największych. Czy warto czytać o tym?  Możliwe, że adept pióra i klawiatury dowie się tego, co wiedzieć powinien. Z pewnością zaczerpnie informacji o tym, jak pisać, budować fabułę, konstruować intrygę, układać dialogi i tworzyć bohaterów czy wybierać czas i miejsce akcji. Jednak wszystkie wspomniane lektury trzeba traktować z pewną rezerwą. Idealnego vademecum pisarza nie ma, tak jak ideału kobiety. Poza moją narzeczoną, rzecz jasna.

Można pomyśleć, że pisząc powieść, tworzymy dzieło. Jeśli książką będzie poradnik, mamy już tylko banał. Nic bardziej mylnego. Po przeczytaniu tych kilkunastu tytułów uważam, że napisać dobry poradnik jest sprawą szalenie trudną. Szczególnie jeśli ma on być o pisaniu. Dlatego z każdego wymienionego wyżej dzieła trzeba czerpać porady wybiórczo. Albo w ogóle. Bo tak naprawdę, to nikt nie wie, o co dokładnie w pisaniu chodzi.  
--
***
„Jak napisać i wydać książkę”  Tallar Grażyna Grace
„Szkoła twórczego pisania?” –  Joanna Wrycza-Bekier 
„Piszę, bo chcę! Poradnik kreatywnego pisania” –  Krystyna Bezubik
„Piszę, więc jestem” – Stanisław Jaworski
„Praktyczny Kurs Pisarstwa” – Katarzyna Siba
Mistrzologia– Arkadiusz Podlaski
„Alchemia słowa” –  Jan Parandowski
„Jak zostać pisarzem?” – Stanisław Stanik
„Chlapanie atramentem: poradnik dla młodych pisarzy” –  Anne Mazer, Ellen Potter 
„Wyznania młodego pisarza” –  Umberto Eco 
Sztuka pisania” – Wiktoria Nester
„Jak pisać? Poradnik” – Radosław Pawelec, Dorota Zdunkiewicz-Jedynak
„Jak pisać książki i ( nie ) dać się pozwać” –  Rafał Pieja, Marek Różycki
„Niedoskonałe odbicie: warsztat scenarzysty filmowego” – Maciej Karpiński
„Pisanie scenariusza filmowego” –  Syd Field, Rolf Rilla 
„Poczta literacka czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem” – Wisława Szymborska 
„Praca nad scenariuszem” – Oliver Schütte 
„O sztuce czytania i pisania” – Olof Lagercrantz
„Pisać skutecznie: strategie dla każdego autora” – Ewa Wilcz-Grzędzińska, Tomasz Wróblewski
„Sztuka pisania” – Andrzej Wiszniewski
„Sztuka pisania po polsku: poradnik praktyczny” – Michał Kuziak
„Jak napisać scenariusz” – Raymond G. Frensham
„Cześć, poeci i poetki” –  Danuta Wawiłow
„Jestem – więc piszę: między rzemiosłem a wyobraźnią” – Grażyna Tomaszewska, Beata Kapeli-Bagińska, Zofia Pomirska
„Mity i rzeczywistość literacka” – Jan Górec-Rosiński
„Sztuka myśli i słowa” – Stefan Garczyński 
„Sztuka opowiadania, sztuka słuchania” – Klaus W. Vopel 
„Złota róża : uwagi o pracy pisarza” – Konstanty Paustowski 
„Rzecz niemożliwa: fragmenty o pisaniu i kochaniu” – Remigiusz Ryziński
„Siódma zasłona literatury” – Henry Bars 
„Tajemnica i suspens. Wokół głównych problemów creative whiting” – Jacek  Dąbała


Piosenki między kartkami

Bywa, że niektóre filmy zapadają nam w pamięć bardziej za sprawą muzyki, niż fabuły czy gry aktorskiej. Jeszcze częściej na doskonałe dzieło filmowe składa się świetny scenariusz i genialny soundtrack. A jak jest w książkach? [Uwaga, w treści jest więcej linków do YT, niż rodzynków w serniku z Tesco – autor lojalnie ostrzega].

Pamiętacie wolną, ciągnącą się niczym długie godziny rejsu muzykę, a potem wraz z przyśpieszonym rytmem smyczków szaleńczy pęd U-96 po powierzchni wzburzonego morza w filmie Petersena „Okręt” z 1981 roku? Ciekawe, czy odczulibyśmy klaustrofobiczną atmosferę bez genialnej muzyki Klausa Doldingera z przerażającym dźwiękiem sonaru w tle? 

Morricone w spaghetti westernach („Dobry, Zły i Brzydki”, „Za garść dolarów”) serwuje nam obraz suchy, gorący aż czujemy piach i kurz pod kopytami naszego wierzchowca, a pot spływa nam po plecach. Zresztą Morricone sprawdza się też w horrorach. W „Coś” ścieżka dźwiękowa jest jak bicie serca. Dopóty ono bije, przerażenie rośnie, z każdą minutą. 

Taniec Eleny w „Bandycie” oddaje pozytywne przesłanie filmu, a kołysanka w „Psach” Pasikowskiego bez trąbek nie miałaby pewnie wyjątkowego nastroju alkoholowej libacji.  A skoro już o Lorencu mowa, to zastanawiam się, ilu z nas „Wyjazd z Polski” kojarzy z „Różyczką”, a ilu z czymś innym? Tak czy inaczej, ścieżka genialna, teraz już historyczna.  

Możemy niektórych gatunków filmowych nie lubić, nie oglądać, ale i tak zapamiętujemy pewne utwory. Wystarczy wspomnieć Righteous Brothers z „Uwierz w ducha”, Survivor ze swoim „Aye of the tiger” w „Rockym” albo „Fallen” Sarah McLachlan w „Mieście Aniołów”. Że o Céline Dion w „Titanicu” nie wspomnę, czy „The sound of silence w „Absolwencie” 

Każdy, kto widział „Gladiatora”, „Braveheart”  czy „Requiem dla snu” pewnie zgodzi się, że z inną muzyką te filmy nie byłyby już takie same. Nie byłyby pewnie takie dobre. Możliwe, że bez Stinga nie byłoby tak łatwo pokochać Leona Zawodowca, Banderas nie byłby w Desperado taki dziki, a w „Zapachu kobiety” nie czekalibyśmy z wypiekami na twarzy na błąd Dony i podpułkownika Franka Slade w tangu. 

Przykłady można mnożyć. To, że muzyka jest częścią obrazu filmowego, jest oczywiste od czasów, kiedy traper przygrywał widzom w kinie do niemego filmu. Czy zastanawialiście się jednak, jak jest z muzyką w literaturze? Każdy, kto pisał maturę, zapewne się teraz uśmiechnie. Cóż motyw muzyki w literaturze – to temat niemal żelazny.  

W tekstach literackich można znaleźć fragmenty opisujące grę na instrumentach, muzykę czy opisy słuchaczy urzeczonych grą. Weźmy, chociażby koncert Jankiela w „Panu Tadeuszu”. Można wspomnieć też „Symfonię patetyczną Czajkowskiego” w „Dziejach grzechu”, „Sonatę Kreutzerowska” Tołstoja czy balladę g-moll Chopina w „Pianiście” Szpilmana 

Wciąż jednak muzyka w książce to raczej opis (bardzo często z wykorzystaniem onomatopei) niż konkretny tytuł, kompozytor czy wykonawca. W tym zakresie liryka i dramat wiedzie prym przed epiką. Chociaż Euterpe jest przedstawiana z fletem, to jednak według literaturoznawców jej związek z Kalliope i Polihymnią wydaje się, oględnie rzecz biorąc, raczej chłodny. 

Nie ma istotnego związku pomiędzy strukturą utworów literackich i muzycznych, a raczej jest tak, że to muzycy czerpią inspirację z literatury. Przecież Salinger tytuł „Buszującego w zbożu” zaczerpnął z piosenki Roberta Burnsa. Myslovitz śpiewali „W deszczu maleńkich żółtych kwiatków”, będąc pod wpływem Marqueza, a zafascynowani „Mistrzem i Małgorzatą” Stonesi stworzyli „Sympathy for the devil”. 

Nie da się ukryć związku „Komu bije dzwon” Hemingwaya z utworem zespołu Metallica o takim samym tytule, a „1984” Davida Bowiego z Orwellem. Wiemy, że „Pachnidło” Süskinda zainspirowało Cobaina do napisania „Scentless apprentice”, a „Wuthering Heights” Emily Brontë do zaśpiewania Kate Bush swojego hitu o tym samym tytule.  To jednak wciąż tylko inspiracje, a co z prawdziwą muzyką w książkach? 

To, że muzyk stworzy dzieło muzyczne zainspirowany dziełem literackim, nie jest niczym niezwykłym, sytuacja odwrotna jest rzadsza. W końcu pięciominutowa piosenka, z tekstem liczącym dwieście pięćdziesiąt słów, to nie to samo co dziesięć arkuszy wydawniczych, każdy po czterdzieści tysięcy znaków ze spacjami. 

Utwór muzyczny bywa przedmiotem dzieł literackich, kiedy autor uwikła go w jakiś sposób w fabułę („Fortepian”, „Kontrabasista”, „Skrzypce”). Może on stanowić również bezpośredni temat wypowiedzi lub przyjąć pewne symboliczne znaczenie. Wydaje się, że muzyka odgrywa największą rolę w fabule, jeśli autor spełni te trzy warunki jednocześnie. 

W moich wcześniej opublikowanych powieściach motywy muzyczne umieszczałem rzadko. W najnowszej powieści kryminalnej pt. „Punkt Barana” jest inaczej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że odniesienia do szesnastu utworów muzycznych (tak!) to ryzyko. Przecież kryminał to nie musical, literatura to nie film i nie każdy musi znać (lub lubić) właśnie te piosenki/utwory, które wybrałem.

Nie inspirowałem się muzyką, choć przyznaję, że pisząc, czasem jej słucham. Pewnie łatwiej przy niej jest mi przelewać pomysły na papier. Jednak w „Punkcie Barana” nie jest ona w żadnym razie tematem i odgrywa rolę mocno poboczną. Pojawia się w tle, przy okazji zdarzeń, dialogów lub opisu konkretnej sceny. W założeniu ma służyć wywołaniu określonego efektu. 

O doborze nie zdecydował jedynie mój gust, raczej efekt, jaki chciałem w czytelniku wywołać, lub to, co chciałem w fabule podkreślić. Wierzcie lub nie, lecz dołożyłem sporo starań, aby nastrój powieści był odpowiedni. Przykładowo, kiedy Emil, będąc w Niemczech, nawiązuje pewną znajomość, nieprzypadkowo pojawia się w tle utwór niemieckiej kapeli punkrockowej

Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek skojarzy, że Campino (wokal w Die Toten Hosen) jest półkrwi Niemcem, podobnie jak Eckert z cytowanego fragmentu. Niemniej to nie jest przypadek. W innym fragmencie, bohaterowie książki spotykają się po to, by porozmawiać o śledztwie przy wódce. Taka senna scena skojarzyła mi się utworem „The Sound of Silence”.

Nie zdradzę wszystkich tytułów, mogę jednak dodać, że czytelnicy „Punktu Barana” odnajdą w treści jeszcze Boba Marleya, Fryderyka Chopina, Nicka Cave czy Helenę Vondráčkovą. Nie liczę, że wpiszę się w czytelnicze gusta (nie o to mi chodzi).  Chciałbym, by „Punkt Barana” był powieścią wyróżniającą się klimatem, zbudowanym między innymi dzięki muzyce. 

Przyznaję, pomieszałem literaturą z filmem, w to wszystko zamieszałem muzykę. Wielkie osiągnięcia światowej literatury zestawiłem z moją skromną powieścią, która dopiero za kilka tygodni trafi na wirtualne półki w księgarniach internetowych. I zastanawiam się, co o tym wszystkim myślicie?

Bohater cyklu astronomicznego

Dobry bohater jest niczym lokomotywa napędzająca fabułę. Naprawdę dobry bohater pociągnie nie jedną fabułę, ale cały cykl. Fascynujący bohater sprawia, że chcemy przewracać strony i kupować kolejne tomy. Dlatego wielu autorów ma właśnie takich, seryjnych bohaterów.

Zacznę od niekwestionowanej gwiazdy. Gwiazdy tak błyszczącej, że kiedy Arthur Conan Doyle zdecydował się ją uśmiercić, czytelnicy zaprotestowali czarnymi przepaskami na ubraniu. Nic dziwnego. Po pociągnięciu fabuł czterech powieści i pięćdziesięciu sześciu opowiadań z Sherlockiem Holmesem można się zaprzyjaźnić. I go pokochać, taki z niego as.

Agatha Christie wymyśliła Herkulesa Poirot z wąsikiem, Erle Stanley Gardner Perrego Masona o przenikliwej inteligencji, Jo Nesbø bezkompromisowego Harrego Hole, Camilla Läckberg lokalnego glinę Patrika Hedströma, a Harlan Coben błyskotliwego Myrona Bolitara.  Są lokomotywami genialnych fabuł, za które pokochali ich czytelnicy. I wydawcy, bo zarobiono na nich miliony.

À propos. Stieg Larsson stworzył bestsellerową trylogię. Na tyle bestsellerową, że postacie Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander pojawiły się – jakkolwiek trąci to oksymoronem – w jej czwartej części. Co ciekawe, w części, której Larsson nie tylko nie zdążył ukończyć, ale także zupełnie innej niż została wydana. I sprzedana w dwu i pół milionowym nakładzie.

Larsson planował, że Millennium będzie miała dziesięć tomów. Czwarty tom ukończył w trzech czwartych. Gotowe były też szkice dwóch kolejnych, kiedy zabił go zawał. Manuskrypty zostały w komputerze partnerki, z którą – jak twierdzą ich przyjaciele – pisarz konsultował wszystkie fabuły. Niektórzy podejrzewają Evę Gabrielsson nawet o ich współautorstwo.

Niestety Gabrielsson nie będąc żoną pisarza nie ma praw do dokończenia przygód Blomkvista, chociaż chciałaby to zrobić. Prawa przypadły ojcu i bratu, z którymi notabene pisarz utrzymywał raczej chłodne relacje. A, że martwych się nie pyta o zdanie, więc spadkobiercy zdecydowali, by to David Lagercrantz napisał czwartą część serii. Niestety, zupełnie od nowa.

Kochamy bohaterów, nie fabuły. Nie ma też co kryć, że seryjni bohaterowie się nieźle sprzedają. To naturalne, że czytelnik, jeśli raz pokocha postać stworzoną na potrzeby opowiadanej historii (a ona spełni jego oczekiwania), chce poznać dalszy ciąg jej literackich losów. A, że bohaterowie rodzą się w sercach autorów, my też chcemy im przedłużać życie.

Krajewski ma Mocka, Bonda Meyera, Słomczyński Alexa, Mróz Forsta i Chyłkę, a Ćwirlej komisarza Fischera. Słowacy mają Richarda Krauza z „Czerwonego kapitana” a  Dán sławę nad Wisłą. Wprawdzie bardziej z powodu filmu, ale bohater wyjściowo jest literacki. Mamy demokrację i nikt nie ma pretensji, że Polcy i Polaki wolą oglądać niż czytać. Serie się dobrze sprzedają i basta.

Seryjny bohater to nie tylko literatura i kryminał, bo świetnie się sprawdza w innych gatunkach. Wprawdzie Pan Samochodzik  Nienackiego nie przypomina Greya pani James, obaj jednak, w pewnym sensie to Supermeni. Hannibal Lecter fascynuje nas w thrillerach Thomasa Harrisa, a James Bond w powieściach szpiegowskich Ianay Fleminga.

U mnie, żaden z bohaterów nie pojawił się drugi raz, chociaż popełniłem łącznie osiem powieści i kilkanaście opowiadań. Żaden, z małym zastrzeżeniem. Żaden, ponieważ moja najnowsza powieść („Punkt Barana”) jeszcze się nie ukazała i stanie się to latem, a czytelnicy znajdą w niej komisarza Emila Stompora znanego z wydanej w 2010 roku „Ery Wodnika”.

„Punkt Barana” to kontynuacja „Ery Wodnika”. Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie pięć lat po wydarzeniach opisanych w pierwszej powieści. Oprócz Emila Stompora w „Punkcie Barana” znajdzie eię jeszcze jedna postać znaną z pierwszej części – szczegółów oczywiście nie zdradzę. Książka jest już dawno skończona, po redakcji, korekcie. Miała ukazać się na wiosnę, ale na razie spokojnie czeka, a ja piszę.

Kolejną powieścią z Emilem Stomporem będą „Gwiazdy Oriona” (tytuł roboczy), która w tej chwili znajduje się w bardzo zaawansowanej fazie. „Gwiazdy Oriona” to prequel „Ery Wodnika”. Jej akcja rozgrywa się w początku lat 90. XX wieku na Śląsku, a młody Emil Stompor bierze udział w ściganiu seryjnego mordercy kobiet. Bardzo się staram, by ten tom był najbardziej mroczną częścią cyklu.

Przyznam, że powołując do życia Emila Stompora nie brałem pod uwagę, że pojawi się on gdziekolwiek indziej, niż poza „Erą Wodnika”. I dlatego chronologia cyklu „astronomicznego” mocno kuleje. Zakładam, że na serię złoży się cztery lub pięć tytułów. Nie mam pewności co do ostatniego zdania, zatem nie będę zdradzał nic więcej na ten temat. Jedno jest pewne.

Cykl przygód mojego bohatera zamknie „Klątwa Artemidy” (tytuł roboczy). Akcja powieści będzie rozgrywać się z zupełnie nowej, dotąd niespotykanej scenerii i będzie dalszym ciągiem wydarzeń opisanych w „Punkcie Barana”. Oprócz Emila Stompora pojawią się dwaj inni, znani z „Punktu Barana” bohaterowie. Istnieje już szkic powieści i kilka rozdziałów.

Cechą wspólną części cyklu, oprócz postaci Emila Stompora i „astronomicznego” tytułu jest to, że w fikcyjną fabułę wplatam wątki oparte na prawdziwych wydarzeniach. Każdą książkę można czytać niezależnie od pozostałych, wszystkie części są powieściami kryminalnymi z domieszką thrillera, sensacji oraz powieści psychologicznej z wątkiem politycznym w tle.

Mam nadzieję, że „Punkt Barana” będę mógł Wam wkrótce zaprezentować. Jeśli spodobała wam się „Era Wodnika” i jesteście zainteresowani dalszymi przygodami Emila Stompora  zapraszam tutaj za jakiś czas. Niedługo opowiem, od czego się zaczęła „Era Wodnika”, jak stworzyłem swojego bohatera, jak pracowałem nad „Punktem Barana i o... muzyce w moich książkach. Zapraszam.  

Sprawa Krystiana Bali i jego książki Amok

Sąd jej nie uznał za dowód, ale miała wpływ na śledztwo. Autora skazano na dwadzieścia pięć lat więzienia. Pełna skatologicznych i delirycznych obrazów. Porażająco naturalistyczna i kontrowersyjna. Nie ma drugiej takiej pozycji w literaturze. Wciąż inspiruje pisarzy i filmowców.

Napisano ją ciekawym językiem. Przypomina literackie eksperymenty. Autora okrzyknięto „cesarzem metafor”. Na początku one szokują i bawią, potem tylko nużą. Tak samo, jak podboje seksualne głównego bohatera i jego życie na używkach. „Amok” to przede wszystkim nielinearna narracja, wulgaryzmy, filozofia i porno.

Wydało ją w 2003 roku niewielkie wydawnictwo. Niecałe dwieście stron, niepozorna okładka w trzech kolorach z grafiką kozła. Nie ma jej już w księgarniach, a w antykwariatach osiąga zawrotne ceny. Z jej powodu autor w atmosferze medialnego skandalu zyskał ogromną popularność. Do dziś uparcie twierdzi, że jest niewinny.

Trzy lata po jej wydaniu aresztowano go i oskarżono o zabójstwo. Ruszył najgłośniejszy proces poszlakowy w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. Pisały o tym New Yorker, Guardian, Time, Daily Mail, The Washington Post, Der Spiegel, Le Figaro, Le Parisien i Telegraph. Sprawę relacjonował CNN i BBC.

Przed jej wydaniem zaginął młody, przystojny właściciel agencji reklamowej. Miesiąc później jego zmasakrowane zwłoki wyłowiono z Odry. Ciało skrępowano liną. Mężczyzna nie miał wrogów, był uczciwy, lubiany, nie prowadził lewych interesów. Brakowało nie tylko mordercy, ale również motywu. Sprawę umorzono.

Po latach pewien policjant trafił na aukcji internetowej na telefon ofiary. Tą drogą dotarł na blog sprzedającego. Tam znalazł fragmenty książki. „Wyciągnąłem spod łóżka nóż i sznur […]. Zarzuciłem pętle na jej szyję […]. Wbiłem jej nóż powyżej lewej piersi […]. porzucam sznur […] nóż sprzedaję na internetowej aukcji […]”*.

Dla detektywa zbieżność szczegółów jest zaskakująca. Przypominają policjantowi niewyjaśnioną zbrodnię. Podejrzewa, że autor książki ma związek z zabójstwem, a bohater książki to alter ego autora. Obaj obracają się w takim samym kręgu społecznym, mają podobne zachowania, reakcje, poglądy, a nawet imię.

Zabójstwo z książki jest też bardzo podobne do prawdziwego, a narzędzie zbrodni zostaje sprzedane na internetowej aukcji. W opisie zbrodni pojawia się również sznur, a przecież nim skrępowano ofiarę. Autor pisze również, że jego bohater przemyślał różne scenariusze zbrodni. Policjantom brakuje jeszcze tylko motywu.

Tymczasem okazuje się, że zamordowany spotykał się z żoną pisarza, który jest  o nią chorobliwie zazdrosny. Świadkowie twierdzą, że chwalił się zabójstwem jednego z jej kochanków. Zostaje zatrzymany. Na przesłuchaniu przyznaje się do winy, ale natychmiast wzywa lekarza, a potem odwołuje zeznana. Prowadzi makabryczną grę.

Drwi z policjantów, śmieje się im w twarz, na każde pytanie ma wyjaśnienie. Biegli stwierdzają, że wykazuje ponadprzeciętną inteligencję, ale nie widzą w książce elementów bezpośrednio dotyczących zabójstwa. Badanie na wykrywaczu kłamstw wykazuje silną reakcję na zadawane pytania. Śledztwo trwa.

Policjanci odkrywają, że podróżując po świecie, pisarz szukał w Internecie informacji o tym zabójstwie. W komputerze ofiary jest faktura wystawiona przez pisarza. Jest  dowód, że autor „Amoku” dzwonił do zamordowanego. W jego domu śledczy znajdują wizytówkę ofiary, długopis z logo firmy zamordowanego i obciążające notatki.

Ten patrzy prokuratorowi w oczy i z kamienną twarzą utrzymuje, że jest niewinny. Jestem ofiarą systemu prawnego – mówi. Współczuje rodzinie zabitego. Wierzy w sprawiedliwość. W sądzie jest elegancko ubrany, skupiony, zimny. Bez emocji, z wyrachowaniem patrzy na matkę, trzymającą zdjęcie zamordowanego syna.

Obrońca wskazuje, że nie ma dowodów na winę, a śledztwo jest nierzetelne. Twierdzi, że założono odpowiedzialność pisarza. Prowadzący sprawę prokurator się wycofuje. Sędzia nazywa oskarżonego zdemoralizowanym narcyzem. Według sądu nie ma on wiarygodnego alibi na czas uprowadzenia, przetrzymywania, a potem zabójstwa.

Nie ustala jednak, jak doszło do mordu i kto się go dopuścił. Jednoznacznie nic też nie wskazuje na związek pisarza ze zbrodnią. Dla mediów wystarczającym dowodem jest książka i postawa oskarżonego przed sądem. Ten uznaje, że poszlaki stworzyły „ciąg logiczny”. Zostaje skazany za zaplanowanie, zlecenie i kierowanie zabójstwem.

Pisarz składa apelację, bo naruszono jego prawo do obrony. Telefon nie należał do ofiary, świadkowie kłamali, proces miał błędy proceduralne, a sąd źle interpretował fakty. Mimo tego wyrok zostaje utrzymany w mocy. Sąd Najwyższy odrzuca wniosek o kasację. Teraz pisarz czeka na orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Sprawa autora skazanego za zabójstwo podobne do opisanego we własnej książce inspiruje twórców. Poświęcono mu odcinek serii pt. „Bestie w ludzkiej skórze” wyświetlanego na CI POLSAT. Polska The Times informował, że Polański zekranizuje feralną książkę. Na razie na ten temat cisza, a tymczasem  pojawił się „’True Crimes”.

„Prawdziwe zbrodnie”(taki polski tytuł nosi hollywoodzka superprodukcja) zastała obsadzona przez gwiazdy. Zagrali Jim Carrey i Charlotte Gainsbourg obok Roberta Więckiewicza, Zbigniewa Zamachowskiego i Agaty Kuleszy. Doborowa obsada nie zapewniła jednak sukcesu. Film zyskał zaskakująco słabe oceny krytyków i widzów.

U nas córka Agnieszki Holland nakręciła „Amok”. Film wywołał kontrowersje jeszcze przed premierą. Rodzina zamordowanego uważała, że produkcja Kasi Adamik godził w ich dobre imię. Prawnicy odpowiadali, że prawa do ekranizacji podpisali z autorem „Amoku”. Film był jedną z najbardziej oczekiwanych premier 2017 roku.

Za sprawą filmów nieco popularności zyskał wydany przez mnie kilka lat wcześniej kryminał pt. „Koma. W odróżnieniu od obu filmów fabuła mojej książki jest znacznie ściślej oparta na wydarzeniach, jakie rzeczywiście miały miejsce – przynajmniej w części dotyczącej tego, jak oskarżono i osądzono Krystiana Balę.

Zabierając się do pisania, zebrałem wszelkie dostępne materiały na temat historii Krystiana Bali. W tym celu m.in. Nawiązałem kontakt z ludźmi znającymi Pana Balę osobiście. Oczywiście przeczytałem również „Amok”. Potem założyłem sobie, że „Koma” będzie oparta w maksymalnym stopniu o fakty okraszone odrobiną literackiej fikcji. Udało się. 

Chciałem, aby fabuła z rozdziału na rozdział nabierała tempa. W tym celu powołałem do życia fikcyjnego bohatera (dziennikarza), który spotyka się już znacznie z mniej fikcyjnymi postaciami. Prowadzi on rozmowy z poszczególnymi bohaterami, którzy zdradzają kolejne fakty (tak!) o tej historii.

Z tego powodu treść powieści „Koma” to niemal wyłącznie dialogi. Dzięki temu fabuła jest dynamiczna, a książkę szybko się czyta. Pomyli się jednak ten, kto uzna, że jest to książka dokumentalna. „Koma” jest powieścią kryminalną, inspirowaną i opartą na prawdziwych wydarzeniach: sprawie Krystiana Bali i jego książki Amok.

Powieść wydałem samodzielnie i bez wsparcia marketingowego, a mimo tego wciąż cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem czytelników. Nic dziwnego, historia o pisarzu, który zabił i opisał to w swojej książce, nie tylko wstrząsnęła światem, ale wciąż rozpala wyobraźnię wielu ludzi. Zapraszam do lektury. Zapewniam, że warto.

*Bala K. „Amok”. Wrocław 2003 r. s. 56-58.

Dlaczego moja nowa książka nie jest skazana na sukces?

W Amazonie, Empiku, Virtualo, Google Play, Smashwords i dziesiątkach innych, polskich i światowych księgarni internetowych właśnie pojawiła...